Co i gdzie zjeść w Barcelonie – przewodnik cz. 2


W pierwszej części kulinarnego przewodnika po Barcelonie przedstawiłem wam jedynie niewielką ilość miejsc, które odwiedziliśmy podczas urlopu. Wielość knajpek spowodowała, że aby was nie zanudzić jednorazowo, rozbiłem wpis na dwie części. Tym razem część druga, mam nadzieję nie mniej ciekawa.

Poprzednie wpisy z Barcelony

Co i gdzie zjeść w Barcelonie – przewodnik cz. 1

Gdzie zjeść tapas w Barcelonie

Miejsca, które trzeba odwiedzić w Barcelonie – La Boqueria

Miejsca, które trzeba odwiedzić w Barcelonie – La Paradeta

Drugiego dnia wybraliśmy się do knajpki z najświeższymi i chyba najlepszymi owocami morza w dobrej cenie w Barcelonie. Z La Paradety, o której mogliście przeczytać w pierwszej części, mieliśmy już wrócić do domu, ale jako że udało się zjeść dość szybko, mały Kazik czuł się w głośnym El Born jak ryba w wodzie i nie w głowie mu zasypianie skoro dookoła tyle się działo. A w Barcelonie wieczorem dzieje się naprawdę sporo. Skierowaliśmy swoje kroki w miejsce, w którym na spokojnie mogliśmy napić się piwa i wina.

Tyle że znalezienie takiej miejscówki w momencie, kiedy całe miasto wybyło z domów, aby się orzeźwić i zjeść kolację do najłatwiejszych nie należy. Przechodziliśmy tak obok kolejnych wypełnionych do ostatniego krzesełka ogródków i powoli traciliśmy nadzieję, aż przed nami wyłonił się urokliwy plac George’a Orwella (Placa de George Orwell)

IMG_7502Zajęliśmy jedyny wolny stolik w barze Lisa i, o dziwo, natychmiast podbiegł do nas uśmiechnięty kelner, przedstawiając jednocześnie napoje dostępne w menu. Moje zdziwienie było dość spore, bo po dwóch dniach picia – delikatnie mówiąc – słabego piwa, otrzymałem okazję skosztowania rzemieślniczego napoju z Barcelony. Kraftowe piwo Barcino występuje w trzech odsłonach – India Pale Ale, Pale Ale i Weissbier. Wybrałem pierwszą opcję i mogłem się poczuć usatysfakcjonowany. Co prawda piwo nie było tak dobre jak choćby to z browaru Doctor Brew, ale stanowiło ciekawą odskocznię od hiszpańskich koncerniaków.

Na plac George’a Orwella jeszcze wróciliśmy, o czym później, a tymczasem udaliśmy się – a jakże – coś zjeść. W końcu nie od dzisiaj wiadomo, że piwo wzmaga apetyt. Kierując się w stronę stacji metra Liceu, wstąpiliśmy do baru specjalizującego się w serwowaniu Arep. Arepa to swego rodzaju tortilla z mąki kukurydzianej, będąca podstawowym daniem kuchni wenezuelskiej i kolumbijskiej. Miejscowi pokierowali nas w stronę Arepamundi (Carrer de N’Aglà, 6), wedle ich opinii najlepszej areperii w mieście.

IMG_7504 IMG_7503 IMG_7505 IMG_7506Kiedy stwierdziłem przy tubylcach, że arepy to taki barceloński zamiennik kebabu, ich wzrok skierowany w moją stronę był dość wymowny. Moje stwierdzenie nie było jednak pozbawione sensu, ponieważ Arepamundi znajduje się w bezpośrednim sąsiedztwie tętniącej życiem każdej nocy Carrer d’Escudellers. To ulica z niezliczoną ilością barów, klubów i… dilerów. Tak, nie zdziwcie się, kiedy jakiś czarnoskóry jegomość zaproponuje wam zakup nielegalnych środków.

Mieliśmy okazję spróbować trzech różnych arep –Mejicany, napchanej głównie fasolą, Caraiby z fetą i platanami oraz Venezuelany z kurczakiem. Najbardziej smakowała mi ta ostatnia wersja, aczkolwiek pierwszego spotkania z arepami to specjalnie udanych zaliczyć nie mogę. Brakowało mi wyrazistości, którą tylko w niewielkim stopniu zapewnił ostry sos. Mała arepa to koszt 2,50 euro, większa jest droższa o 1,50 euro.

Poza wspomnianymi wyżej narkotykami, na Escudellers nie powinniście mieć problemów z zakupieniem zimnego piwa. Co kilka metrów spotkacie Pakistańczyków oferujących puszki Estrelli. Z jakiego powodu? Ano dlatego, że w Hiszpanii po godzinie 23 nie kupicie już piwa w żadnym markecie.

Nazajutrz pospaliśmy nieco dłużej, a to dlatego, że poprzedniego dnia wróciliśmy mocno po północy. Chcąc odwdzięczyć się za gościnę naszym gospodarzom, przygotowałem śniadanie na hiszpańską modłę, udowadniając, że Polak także potrafi zrobić smaczną tortillę ziemniaczaną. Nieskromnie powiem, że wyszła świetna, wywołała uśmiech na naszych twarzach i pozytywnie nastawiła przed upalnym dniem.

IMG_7390Po południu ruszyliśmy poleniuchować na Barceloniecie, choć od razu muszę zaznaczyć, że upał był tak męczący, iż wytrzymanie ponad dwóch godzin w słońcu graniczyło z cudem. Zwłaszcza, kiedy jest się z małym dzieckiem.

IMG_7547Upały zazwyczaj do minimum ograniczają chęć jedzenia, chociaż zasada ta nie do końca sprawdza się w moim przypadku. W międzyczasie zdążyłem zgłodnieć, ale niestety nasz powrót z plażowania przypadł na ten zły moment, w którym Hiszpanie siestują i spora ilość barów oraz restauracji jest zwyczajnie zamknięta. Co prawda w Barcelonie i tak nie jest z tym najgorzej, ponieważ nie wszyscy właściciele decydują się zamknąć lokale po południu. Będąc kilka lat temu na południu Hiszpanii przeżyliśmy lekki szok próbując coś zjeść w okolicach godziny 16-17. Każdy z barów został zatrzaśnięty na trzy spusty, a nam pozostało przygotowanie obiadu w mieszkaniu.

Spacerując po gotyckiej dzielnicy Barri Gotic mijaliśmy kolejne placyki, aż trafiliśmy na… Placa de George Orwell. Tym razem jednak do tapas baru Bahia, co okazało się najgorszą decyzją podczas naszej barcelońskiej przygody gastronomicznej. Opieszałość pani kelnerki jeszcze pewnie był przeżył, ale słabiutkie patatas bravas i tortilla de patatas, sprawiły, że nie skusiliśmy się na inne specjały.

IMG_7666 IMG_7667 IMG_7668Dwa kroki dalej znajduje się grecki fastfood Dionisos, do którego wstąpiliśmy, kiedy poczuliśmy, że głód coraz mocniej daje o sobie znać. Jedzenie gyrosa w Barcelonie to niemalże świętokradztwo, ale w ramach chwilowego odpoczynku od tapas, skusiliśmy się na małą porcję kurczaka w picie.

IMG_7669 IMG_7670Mięso aromatyczne, soczyste, bardzo smaczne, w dodatku w towarzystwie chrupiących warzyw, od których aż biła świeżość. Dobra fastfoodowa odmiana dla osób, które znajdą się w tym rejonie Barcelony w nocy.

Zmęczeni słońcem wróciliśmy do domu na kolację, szybko usnęliśmy, bo kolejnego dnia mieliśmy zaplanowaną wizytę na Camp Nou, mekce kibiców najlepszego klubu piłkarskiego na świecie ostatnich lat. Osobiście kibicuję zupełnie innym drużynom, z kolei moja żona od lat zakochana jest w katalońskim klubie, a swoją miłość próbuje przelewać od pierwszych dni na Kazika.

Dojazd na stutysięcznik, na którym swoje mecze rozgrywa FC Barcelona nie stanowi wielkiego problemu. Wystarczy niebieską linią metra dojechać na stację Collblanc, przespacerować się kilkaset metrów, podążając najlepiej za ubranymi w bordowo-granatowe stroje kibicami, aby po kilku minutach zza wysokich bloków mieszkalnych wyłoniła się jedna z trybun stadionu.

Okolice Camp Nou są niepozorne, w pierwszym momencie ciężko uwierzyć, że akurat w tym miejscu znajduje się prawdopodobnie najsłynniejszy stadion na świecie. Położony jest pośrodku dzielnicy, wokół toczy się zwyczajne życie, aczkolwiek w miarę zbliżania się do bram kompleksu stadionowego ewidentnie narasta podniecenie na twarzach wszechobecnych kibiców z niemal każdego zakątka świata.

IMG_7676 IMG_7679Już na dzień dobry wita nas bar, którego nie omieszkałem pominąć, aby nieco orzeźwić się zmrożonym piwem. Ceny są spore, bo za samo piwo w barze tuż przy bramie zapłacicie 3,60 euro, a na stoiskach gastronomicznych pod samym stadionem nawet 4,50 euro.

Akurat w przeddzień naszej wizyty na Camp Nou odbywały się wybory na prezydenta klubu, więc kiedy dotarliśmy na miejsce trwały prace porządkowe utrudniały nieco zwiedzanie. Jako ciekawostkę napiszę, że prezydenta Barcelony wybierają wszyscy zdeklarowani i płacący składki kibice. Podczas tegorocznych wyborów frekwencja wyniosła 43,1%, czyli niewiele mniej niż w naszych krajowych wyborach prezydenckich.

Samego stadionu nie zwiedzaliśmy, ponieważ moja żona zrobiła to pół roku wcześniej, a ja specjalnie nie miałem takiej potrzeby. Wycieczka po stadionie i muzeum Barcelony kosztuje 23 euro. Nieodłącznym elementem odwiedzin Camp Nou jest także wstąpienie do sklepu, a właściwie trzypiętrowego marketu, w którym na dobrą sprawę można spędzić kilka godzin. W środku znajdziecie dosłownie wszystko na czym tylko da się nadrukować herb klubu. Zarówno ubranka i gadżety dla dzieci, kolekcję damską, męską, a także… koszulki dla psów. Mistrzowie marketingu, zresztą niech za cały komentarz wystarczy, że jest to przynoszący największe dochody ze wszystkich sklepów NIKE na całym świecie.

IMG_7680 IMG_7720Po opuszczeniu sklepu można na spokojnie przysiąść pod jedną z trybun, napić się czegoś i zjeść pintxos, z których jednak zrezygnowałem zarówno ze względu na horrendalnie wysokie ceny, jak i niespecjalną jakość.

IMG_7722 IMG_7724 20150719_134022Cały obiekt robi faktycznie wrażenie, nawet jeśli nie jest się wielkim kibicem zespołu Leo Messiego. Warto podjechać na stadion choćby po to, aby przekonać się jak wielką marką jest FC Barcelona.

Z kolei my musieliśmy jak najszybciej przemieścić się w stronę Barcelonety, gdzie nasi znajomi już czekali w kolejce do stolika w tapas barze Jai-Ca (Carrer de Ginebra, 13). Dotarliśmy z lekkim opóźnieniem, z dwoma przesiadkami, akurat w momencie, kiedy jeden ze stolików się zwolnił.

Jai-Ca to jeden z najpopularniejszych tapas barów w mieście, położony niemalże przy plaży, działający od rana do wieczora bez żadnych przerw. To jedno z tych miejsc, które jeszcze przed wyjazdem umieściłem na liście do obowiązkowego odwiedzenia.

IMG_7747 IMG_7753W środku panuje niesamowity gwar, kelnerzy są ewidentnie zalatani i czasami traktują gości nieco lekceważąco. Trzeba się jednak do tego przyzwyczaić, taki klimat.

Menu to przekrój przez najpopularniejsze tapas, a dzięki wizycie z wspomnianymi znajomymi, mieliśmy szansę spróbować kilku różnych.

IMG_7755 IMG_7757 IMG_7758 IMG_7761 IMG_7762 IMG_7764 IMG_7767 IMG_7772Jeśli będziecie mieć szansę, wybierajcie się na tapas zawsze w większym gronie, co stwarza okazję do zamówienia większej ilości dań. Pulpo a la gallego (Galician octopus, 13 €), czyli ośmiornica po galicyjsku jest wybitna i zdobywa moje serce od pierwszej chwili. Chipirones (5,60 €), a więc malutkie kalmary w panierce razem z patatas bravas (3,90 €) stanowią świetną przekąskę, a calamares a la romana (5,90 €) nie są gumowate i znikają z talerzyka w momencie. Pierwszy raz miałem okazję skosztować także malutkich sardeli (boquerones). Usmażonych, lekko słonych, niezwykle wyrazistych.

W moim przekonaniu Jai-Ca to zdecydowana barcelońska czołówka, ceny nie zwalają z nóg, natomiast jedzenie jak najbardziej. Nic, tylko wpadać przed i po plażowaniu. My byliśmy jeszcze przed, co stanowiło doskonałą pozycję wyjściową przed kolejnymi posiłkami, tym razem z ominięciem tapasów.

Idąc z Barcelonety w stronę Rambli przez El Born nie sposób nie trafić na najpopularniejszą burgerownię w Barcelonie – Kiosko (Av. del Marquès de l’Argentera, 1). Od samego początku byłem sceptycznie nastawiony do pomysłu odwiedzenia tego miejsca, ale moja żona stwierdziła, że tak ją przegoniłem po wszystkich tapas barach, że tym razem to ona wybiera i chce burgera.

IMG_7808 IMG_7805 IMG_7809

Nie ma co ukrywać, to miejscowa siedziba hipsterów, aczkolwiek pomysły realizowane w Kiosko są dość ciekawe. Po ustawieniu się w kolejce otrzymujemy karteczkę, na której zaznaczamy jakiego burgera chcemy, z jakim mięsem i dodatkami. Podchodząc do kasy przekazujemy uzupełnioną, płacimy, bierzemy numerek i czekamy. W nasze ręce trafia także mały kartonik, który po złożeniu stanowi uchwyt do burgera chroniący nas przed pobrudzeniem.

Klasyczny burger kosztował 6,40 euro, trafił do nas po około 15 minutach, co – zważywszy na duży ruch – można uznać za bardzo dobry wynik.

IMG_7811 IMG_7812Żona mocno zachwalała burgera, ja ugryzłem dwa razy, ale nie rzucił mnie na kolana. Stawiam, że to jedno z tych miejsc mających świetny PR, ale niezbyt dobre jedzenie. Zachwytów zdecydowanie nie rozumiem, a w samym Wrocławiu naliczyłbym kilka miejsc, w których można zjeść lepsze burgery. najlepsze w tym zestawieniu było mięso, wysmażone na medium, ale zabite przez bardzo mdły majonez.

Skoro już postanowiliśmy się nie oszczędzać, kolejnym przystankiem była La Taguara Areperia (Carrer del Rec, 10). Chciałem dać jeszcze jedną szansę arepom i wyszło mi to na dobre. Te z La Taguara w pełni mnie usatysfakcjonowały, były o wiele bardziej wyraziste, a i wybór zdecydowanie większy.

IMG_7813 IMG_7821Spróbowaliśmy Carne Mechada (4,50 euro), a więc opcję z długo duszoną wołowiną. To pozycja dla miłośników mięsa. Po prostu arepa wypchana po brzegi strzępami soczystego mięsa. Ja zdecydowałem się na La Catira (4,15 euro) z tartym żółtym serem i delikatnie doprawionym kurczakiem. Obie opcje bardzo mi podpasowały, zacierając złe wrażenie z poprzedniej niezbyt udanej przygody z arepami.

IMG_7816 IMG_7817 IMG_7818 IMG_7819Kolejny, przedostatni już dzień wakacji upłynął nam znakiem zakupów. W tym celu skierowaliśmy swoje kroki na ulicę Diagonal, przecinającą miasto na całej jego długości. Właściwie to nie kroki, a w podróż wyruszyliśmy oczywiście metrem, aż do stacji Maria Cristina. To raczej mało turystyczne okolice, typowo biznesowa dzielnica, w której rzadko spotyka się kogoś nieubranego w garnitur. Dlatego też charakter tutejszych knajpek jest nieco inny, a ceny trochę wyższe. Całe szczęście, nam udało się znaleźć miejsce z przyzwoitymi cenami.

IMG_7841 IMG_7842 IMG_7843

La Llimona (Carrer de Constança 6) to niewielka restauracyjka, właściwie tapas bar, który skusił nas swoją ofertą dnia (Menu del dia). Za 10,50 euro otrzymujemy dwudaniowy obiad, w tym wypadku akurat gazpacho i bistec de ternera plancha.

IMG_7845 IMG_7851 IMG_7854

Być w Hiszpanii i nie zjeść ich genialnego chłodnika? Nie, to niemożliwe. Ten w La Llimona był świetny, mocno czosnkowy i doskonale orzeźwiał. Trzeba przyznać, że nawet w niewielkich restauracyjkach do perfekcji opanowano przygotowanie tego popisowego dania.

Bistec de ternera plancha, czyli po prostu cienko rozbity stek wołowy podany z frytkami. Nie spodziewajcie się znanego nam grubego, średnio wysmażonego steka. To wrzucony na kilka chwil na grill plasterek wołowiny, może nieco za suchy, ale stanowiący pewną nowinkę i ciekawostkę.

IMG_7856 IMG_7846 IMG_7847 IMG_7853

Ja postawiłem na patatas bravas (3,60 euro) i Pimentos de Padron (4,75 euro). Te pierwsze, wiadomo. Obsmażone dwukrotnie ziemniaczki podane z ostrym sosem paprykowo-majonezowym. Z kolei w Pimentos de Padron zakochałem się od pierwszego wejrzenia. Uwielbiam ostre jedzenie, ale w tymi papryczkami jest ciekawa sprawa. Otóż one właśnie nie są ostre, a przynajmniej nie wszystkie. Zaledwie jedna na pięć zerwanych z krzaczka papryczek piecze, reszta nie. taka swoista rosyjska ruletka. Ja w swojej porcji trafiłem na trzy ostrzejsze, aczkolwiek nie piekielnie. Mimo wszystko Pimentos de Padron stały się moim ulubionym tapas, głównie ze względu na niepowtarzalny, lekko słodkawy smak.

Ich przygotowanie jest niezwykle proste. Podsmaża się je na oliwie do momentu, kiedy zaczną brązowieć, przesypuje na talerz i posypuje gruboziarnistą solą. Musicie tego spróbować, niebo w gębie.

Moja żona nieco utknęła w sklepach na Diagonal, przez co o mało nie spóźniliśmy się na wcześniej umówioną kolację. Mąż siostry mojej żony jest Kolumbijczykiem, a jako że 20 lipca wypada kolumbijskie Święto Niepodległości, zostaliśmy zaproszeni do restauracji Tropicalissima (Gran via de les corts catalanes 482), znajdującej się niemalże u podnóża budowanej od 1882 roku, robiącej wrażenie bazyliki Sagrada Familia.

IMG_7862 IMG_7866 IMG_7868 IMG_7870 IMG_7872 IMG_7879 IMG_7880Tropicalissima to bar/restauracja w typowo latynoskim klimacie, z krzykliwym kelnerem, no i serwująca kuchnię kolumbijską i kreolską. Juan podpowiedział nam jakie dania z menu jadało się u niego w domu, więc aby uczcić jego narodowe święto zamówiliśmy kilka różnych.

Empanadas (1,90 euro/szt) to chrupiące, smażone pierożki z nadzieniem mięsnym. Spróbowaliśmy zarówno z kurczakiem, jak i wołowiną. Te drugie smakowały mi bardziej, choć oba w połączeniu z ostrą salsą stanowiły ciekawy wstęp do kolacji.

Po pozytywnej przygodzie z arepami wybrałem raz jeszcze tę opcję, tym razem w postaci Arepa Mixta (5,20 euro). To, jak powiedział gospodarz, akurat danie spotykane częściej w barach, taki kolumbijski fastfood. Strzępiona wołowina i kurczak zostały ułożone na placku kukurydzianym, a całość polano kilkoma rodzajami sosów. Ciężko się w tym przypadku do czegoś doczepić, porcja spora, ze smacznym mięsem.

Bandeja Paisa (11,90 euro) została podana dokładnie tak, jak w Kolumbii. To danie charakteryzujące się różnorodnością podanych na jednym półmisku potraw. Jest i smażony boczek, jest chorizo, a także ryż, fasola, patacones, a więc placki z platanów, jajko i arepa. Lekkostrawne specjalnie nie było, gdyby nie spieczony za mocno boczek, wypadłoby naprawdę dobrze. Porcja dla naprawdę dużego mężczyzny.

Z kolei Picada (9,90 euro) stanowi ponownie połączenie wielu składników, tyle że w tym wypadku boczek nie jest podany w jednym kawałku, a całość, na którą składają się małe arepy, patacones, chorizo i warzywa, jest wymieszana.

Po takiej kolacji, pomimo sporej odległości, ruszyliśmy w stronę mieszkania na piechotę, aby spalić choć część nabytych kalorii. Po drodze minęliśmy jeszcze kilka małych sklepików, gdzie w lodówkach chłodziły się znane z kraju na Wisłą napoje.

IMG_7884 IMG_7885Następnego dnia wieczorem musieliśmy niestety wracać do Polski. Na szczęście wstaliśmy wcześnie rano i obskoczyliśmy kilka miejsc. Na początek ruszyliśmy na Churros, które do tej pory stanowiły dla nas pewną zagadkę.

IMG_7893 IMG_7894

Właściciel Xurrerii spojrzał na nas ze zdumieniem, co zrozumieliśmy dopiero później, gdy okazało się, że Hiszpanie jedzą churros głównie w zimowej porze, na rozgrzanie. My trochę na przekór wciągnęliśmy porcję (4,50 euro) z gęstą, potwornie gorącą czekoladą przy około 35 stopniach.

Churros to podłużne rurki z ciasta parzonego, smażone w głębokim oleju, podawane z czekoladą, w której trzeba je zamoczyć przed ugryzieniem. Stanowią ciekawą opcję przekąski z samego rana, aczkolwiek nie można uważać ich za pełnoprawne, wartościowe danie. W celu porządnego posilenia się o poranku, ruszyliśmy raz jeszcze w stronę Mercat de La Boqueria, najsłynniejszego barcelońskiego targowiska.

IMG_7098 IMG_7158 IMG_7112 IMG_7902 IMG_7900Wypiliśmy kilka świeżutkich soków za jedno euro, skosztowaliśmy świeżych fig, zatrzymaliśmy się na tortillę hiszpańską w jednym z barów, a ja nabyłem koszyk Pimentos de Padron za śmieszne 1,5 euro. Czas gonił, więc musieliśmy szybko wracać w stronę mieszkania, aby zdążyć jeszcze zjeść obiad składający się z zakupionych po drodze owoców morza.

IMG_7908 IMG_7909 IMG_7910 IMG_7913 IMG_7915Ceny owoców morza w marketach są niskie do tego stopnia, że nie mogliśmy się opanować i oczywiście kupiliśmy za dużo. Nic jednak nie smakuje tak dobrze, jak przyrządzone w dobrym towarzystwie krewetki, kalmary, mule i papryczki Pimentos de Padron. Objedliśmy się mocno, co spowodowało, że właściwie w biegu ruszyliśmy w stronę metra, aby dostać się na dworzec autobusowy Barcelona Nord, skąd odjeżdżają autobusy dowożące pasażerów na lotnisko w Gironie.

Już na miejscu okazało się, że czasu trochę mamy, szybko rozglądnęliśmy się po okolicy i wdepnęliśmy na kawę i szybki obiad do BraCafe (Carrer del Comte d’Urgell, 35) tuż naprzeciwko dworca. Zachęceni przystępną ceną Menu del Dia (9,95 euro) zamówiliśmy gazpacho, tortillę de patatas i na deser Requeson con miel y nuecess, a więc coś w rodzaju delikatnego sernika.

IMG_7941 IMG_7942 IMG_7943 IMG_7944

Jedzenie było naprawdę przyzwoite i uczciwe, warte tych niespełna 10 euro.

Jeden fakt z lotniska w Gironie. Zostawcie sobie chociaż kilka euro w kieszeni, ponieważ na lotnisku nie da się kupić napojów do samolotu płacąc kartą.

Nasz ośmiodniowy urlop w Barcelonie zleciał niesamowicie szybko, ale pozostawił mnóstwo wspomnień, wiele ciekawych, nowo poznanych smaków i tylko zachęcił do zaplanowania powrotu w to miejsce. Barcelona kryje w sobie niezliczoną liczbę atrakcji, dla siebie znajdą coś zarówno amatorzy kulinariów, jak i turyści z zacięciem do odwiedzania muzeów i zabytków. Aktywnie czas spędzą osoby kochające sport, a imprezowicze na pewno nie zdążą obskoczyć wszystkich barów w ciągu swojego pobytu. Bezwzględnie warto odwiedzić stolicę Katalonii.

 

Total 5 Votes
1

Tell us how can we improve this post?

+ = Verify Human or Spambot ?

Comments

comments