Wrocławscy Ulicożercy – relacja (czerwiec ’16)


W iście piknikowym nastroju, nieśpiesznym krokiem udaliśmy się w upalne sobotnie popołudnie do Browaru Mieszczańskiego na kolejną już edycję festiwalu food trucków Wrocławscy Ulicożercy. Lubię to miejsce za klimat, choć czasami zwyczajnie brakuje miejsca, o co obawialiśmy się i tym razem, myśląc, że upał przyciągnie na Hubską całe rzesze wrocławian. Sprawy potoczyły się jednak odwrotnie, a gości festiwalu zjawiło się o wiele mniej, niż poprzednio, kiedy to siąpiący przez cały dzień deszcz miał odstraszyć potencjalnych klientów. Naturalnie nie narzekaliśmy na brak kolejek, więc czym prędzej ustawiliśmy się przy pierwszym stanowisku, które wzbudziło nasze zainteresowanie.

IMG_7083 IMG_7087

Chłopaki ze Shrimp House podczas festiwalu odpuścili sobie smażenie krewetek w tempurze na rzecz grillowanych, czym zaskarbili sobie zainteresowanie każdego, kto tylko przechodził obok. Różowiejące na ogniu krewetki przyciągały wzrok, o aromatach wydobywających się ze stoiska nie mówiąc. Szaszłyk krewetkowy jednak nie tylko pachnie, ale i smakuje. Na początku uderza dymny posmak, a pod koniec uwydatniają się morskie nuty, a wszystko to w połączeniu z dobrze znanym z lokalu stacjonarnego delikatnie ostrym sosem mango. Podczas jedzenia jest trochę zabawy, robótek ręcznych, ale warto, zdecydowanie. W ofercie była jeszcze zupa tajska, na którą miałem wrócić później, ale jak się okazało, przesadziłem z ilością potraw i nie dałem rady. 

IMG_7081 IMG_7082

Nie tracąc czasu, w trakcie oczekiwania na krewetki, ruszyłem do warszawskiego auta My Little Thailand. Na moje czerwone curry z kurczakiem i bambusem (16 zł) czekałem maksymalnie trzy minuty, przez co wspomniane wcześniej krewetki zagryzałem tym właśnie daniem. Całkiem udanym zresztą, ze sporą ilością świeżej kolendry i ostrym na tyle, że na czole pojawiło się sporo kropli potu. Kremowa konsystencja, właściwie rozpadające się na włókna mięso, nieco ryżu i przyjemny aromat. Takie streetfoodowe klimaty trafiają w 100% w moje gusta.

IMG_7088 IMG_7089 IMG_7090

Natomiast zawiodłem się ramenem z kolejnego stołecznego food trucka – Akita Ramen. Ich Tokyo Love (21 zł) potwierdziło moje dotychczasowe streetfoodowo-ramenowe doświadczenia. O ile chashu rozpływało się w ustach, tak już sam wywar jakby trochę za krótko gotowany, bez wyrazu, znikający w tle każdego z dodatków. Raczej nie tak to powinno wyglądać.

IMG_7091 IMG_7094 IMG_7095

Szukając czegoś dla naszego młodego, przystanęliśmy przy przyczepie, tfu, Budce z naleśnikami. Budka to stały gość wrocławskich ulicznych eventów, stąd też wiemy, że warto skusić się na coś z ich karty. My trochę mieszamy, zamawiając naleśnika z bananami i ricottą (10 zł). Kazik wcisnął całą, wcale niemałą porcję, która starczyła mu spokojnie do końca dnia. Klasyczne, miękkie ciasto i tym razem bardzo sprawna obsługa. Brawo.

IMG_7096 IMG_7100

Grecką ofertą zainteresował mnie krakowski truck Real Greek. Zestaw bifteki (20 zł) składał się z dwóch wołowych kotletów z wyraźnie zaznaczonym ziołowo-tymiankowym aromatem. Soczystych w środku, choć z trochę zbytnio wysuszoną warstwą zewnętrzną. Do tego grube frytki z mrożonki i pomidor z cebulą. W smaku naprawdę nieźle, choć wykonanie jednak niedokładne.

IMG_7099 IMG_7101 IMG_7109

Pomiędzy kolejnymi daniami chłodziliśmy się rzemieślniczymi piwami, choć akurat te uważam za najsłabszy element festiwalu, który jakby nie było w całości nazywa się Wrocławscy Ulicożercy – festiwal food trucków i zacnego piwa. Zacne niestety nie jest, a wybór ograniczający się do kilku pozycji po prostu nie przystoi. 

Wychodząc do domu, zaczepiliśmy jeszcze o Panczo, gdzie pomimo zwiększającego się z każdą godziną tłumku wrocławian w Browarze Mieszczańskim, tłumów nie odnotowano. Po pięciu minutach odebraliśmy nasze tacos z wołowiną (13 zł) oraz burrito z szarpanym kurczakiem (18 zł). Panczo to ciągle chyba najlepsza wrocławska opcja tex-mexowa, burrito tradycyjnie bez zastrzeżeń, napakowane do granic wytrzymałości tortilli, pełne mięsa, lekko ostre i świetnie zgrillowane. Z kolei tacos lepiej smakuje z pulled pork, aniżeli z delikatnie przesuszoną wołowiną. 

Po krótkim rozbracie z festiwalami food trucków, wynikającym z pewnego znużenia oraz zbyt dużych kolejek, polubiłem ten klimat na nowo. Długość kolejek się rozluźniła, dodatkowo w Browarze istnieje możliwość wypuszczenia dziecka na plac zabaw, co przy wyjściach rodzinnych z żywym dzieckiem należy do najważniejszych atutów. Nowe, ciekawe auta, , niewielki odsetek burgerów i dużo miejsca do siedzenia – do Browaru Mieszczańskiego wrócimy z chęcią na kolejną edycję.

Total 3 Votes
0

Tell us how can we improve this post?

+ = Verify Human or Spambot ?

Comments

comments