Patologie nadmorskiej gastronomii


W tym roku, głównie ze względu na dość ciężko przechodzoną przez moją żonę ciążę, a także chęć spotkania się z przyjaciółmi z Niemiec, którzy postanowili spędzić wakacje nad Bałtykiem, wybraliśmy się na kilka dni nad polskie morze. Dla mnie, poza corocznymi wizytami w Gdyni, to pierwsza wizyta w tym miejscu od kilku dobrych lat, podczas których ponad urlop na północy kraju przedkładałem wyjazdy za granicę. Co by nie mówić, nasze morze ma swój klimat i niepowtarzalną atmosferę, choć raczej nie w szczycie sezonu, kiedy to na wybrzeże zjeżdża się cała Polska – zarówno ta A, B oraz C, pełen przekrój.

Ledwie kilka dni wystarczyło mi do zapoznania się z całym przekrojem nadmorskiej gastronomii. Gastronomii, o której można powiedzieć jedno – nie cechuje się nadmierną ambicją. Oczywiście, należy rozdzielić choćby mocno rozwijającą się Gdynię z imprezowym Mielnem. Postanowiłem skupić się właśnie na tych naszych, swojskich „kurortach”, bo to one wyznaczają trendy obciachu i żenady. Proszę Państwa, przed Wami subiektywny ranking kilku największych patologi polskiej gastronomii nadmorskiej.

Mała porcja – duża porcja

IMG_9559

Wpadasz do pierwszej smażalni po przyjeździe, zamawiasz rybkę, no bo co innego, w końcu po to przyjechałeś. Jako że to pierwszy z trzech twoich dzisiejszych obiadów, prosisz o małą porcję, a i zapłacić nie chciałbyś najwięcej. Mija 20 minut i zjawia się on – kelner z dwoma rybami, jak nic małą porcją. Pół kilo ryby, może 60 dag. Płacisz oczywiście przy odbiorze, żeby już nie było odwrotu, czterdzieści sześć pindzieśont, za jedną małą, tfu, ogromną rybę. Na pytanie o wyjaśnienie skąd wzięło się tak cudowne rozmnożenie, pada sakramentalne – tak się nałożyło albo tylko takie porcje mamy. 

Jakość. Jaka jakość?

IMG_9909

Jeśli w nadmorskich kurortach w Biedronce wypieka się pizzę i smaży kurczaki, wiedz, że coś tu nie gra. Zapchajmy turystów banałami skleconymi ze składników najniższej jakości. nie przyzwyczajajmy ich do nadmiernie dobrego smaku, bo jeszcze zaczną wymagać. Przechodząc obok budek z kebabem, czujesz taki smród, że boisz się omdlenia, idziesz na zapiekankę, otrzymujesz suchą bułę z nieroztapiającym się serem i sosami fanexu, a w niby włoskiej knajpce podają ci kawałek zgniecionej, odmrażanej bagietki z pobliskiej Biedry do kremu pomidorowego nie z warzyw, na które akurat trwa sezon, a tych kwaśnych z puszki. O jakości ryb specjalnie rozpisywać się nie będę, bo wszystko co można powiedzieć na ten temat, powiedziała już Magda z Krytyki Kulinarnej. Jakość produktu to ostatnie słowo, jakim kierują się właściciele nadbałtyckich punktów gastronomicznych. Ma być maksymalna przebitka.

Czy mogę zapłacić kartą?

Ale jak kartą? Przecież to dodatkowy jeden procent opłat dla nas, a my w dwa miesiące zarabiamy na cały rok. Nic to, że za piwo kosztujące w każdym innym sklepie w Polsce 3,29 zł, tutaj płacisz 6,50 zł. Jeden procent prowizji, jeden!, nie możemy sobie na to pozwolić. Gotówa i tyle, XXI wiek. Niektórzy płacą już telefonami czy zegarkami, nad morzem płacisz papierem.

Turysta bierze wszystko, turysty nie trzeba szanować.

IMG_9906

Nie ma litości, turysta to nie klient, to człowiek, który ma zostawić kasę, nie narzekać i najlepiej nie wracać, bo i tak za rok przyjadą następni. To podpunkt odnoszący się właściwie do większości miejscówek z nadbałtyckich kurortów, ale do jego napisania zmusiła mnie wizyta w niezwykłej restauracji, znajdującej się przy deptaku w Darłowie. Gościniec Darłowo & Cafe Bar Dejavu to lokal, do którego trafiliśmy podczas jednego z tych dni, kiedy deszcz lał niemiłosiernie i niespecjalnie chciało nam się wyściubiać nosy poza Darłowo. Ciekawa lokalizacja tuż nad Wieprzą, pseudo zabytkowe wnętrze i restauracja, taka, którą powinno się zamknąć, dla zasady. Pierogi – odmrażane, choć najlepsze z zestawu, flaki – prawdopodobnie wyciągnięte z jednego z biegających nieopodal kotów, żurek – no comments, obsługa – oczywiście robiąca łaskę zanim podejście, no i na koniec prawdziwa perła – smażony ser (25 zł), choć nieusmażony, uformowany z zebranych ze śniadania plastrów jakiegoś seropodobnego tworu. Na pytanie, czy ser smażony powinien być roztopiony, otrzymaliśmy tylko odpowiedź, że nie, że powinien wyglądać dokładnie jak ten ze zdjęcia powyżej. To jest kwintesencja i podsumowanie. Turyście wciśniemy najgorsze spady, bo on nie potrzebuje czego innego.

Wyróżnić się, a po co?

IMG_9453

Kebaby, zapiekanki, zapiekanki z kebabami, rolowane ziemniaki, hot-dogi, zapiekanki z zapiekankami, „włoskie” restauracje i burgery. Czy trzeba czegoś więcej? A po co, mamy to co w każdym mieście w Polsce, pełen przekrój najgorszego fastfoodowego dna i żenady. Jeśli ryby, to klasyka, bez choćby małej chęci wyróżnienia się czymkolwiek – dorsz, flądra, panierka, fryty z mrożonki i jedziemy. Zupełnie jakby właściciele nadmorskiej gastronomii mieli wzornik, z którego wykrawają swoje lokale i budki. Ok, sorry, niektórzy się wyróżniają, serwują oscypki z grilla, takie morskie.

Świadomość

Spodnie rybaczki 3/4, sandały, naciągnięte po łydkę skarpety i ciepły browar z puszki, kupiony w pobliskiej Biedrze i pity pod stołem w smażalni. Taki, może nieco naciągany, trochę kabaretowy, ale jednak w dużej mierze prawdziwy obraz Polaka jawi mi się po tych kilku dniach. To nie żadna ściema, tak wygląda ten przysłowiowy Janusz, co to jedzie nad polskie morze, bo taniej, choć wcale nie, bo przecież trzeba opierniczyć dorszyka, bo tylko tutaj tak smakuje. Niestety, ten przykładowy Janusz z Grażynką zazwyczaj mają w tylnej części ciała to, co jedzą. Dosłownie i w przenośni. Ma być tanio, bo przecież wydałem już sześć dych na nocleg, i dużo, pod browarka i wieczorną wódeczkę ze szwagrem. Świadomość to słowo klucz, bo nieświadomy Janusz nie wymaga. Tfu, on wymaga, niskiej ceny, ale nie jakości. Choćby tej minimalnej, w końcu to wakacje, a na wakacjach można jeść syfy, a że te wakacje trwają 12 miesięcy w roku? Kto by się tam przejmował. I nawet jeśli Januszów, Sebów czy innych Waldków jest 60%, to właściciele nadmorskich knajpek nie mają motywacji, żeby nie sprzedawać najgorszego gówna, bo ono i tak zejdzie, a koszty minimalne. Może więc zacznijmy od siebie, wymagajmy, a obraz tego nadmorskiego piekiełka się zmieni? Może, choć chyba nie w tym wieku.

I cholera, mam z tym powyższym zestawieniem poważny problem, bo Bałtyk uwielbiam i raczej się to nie zmieni, nawet jeśli na dziesięć dni pobytu przez dziewięć leje deszcz. Nie uwielbiam jednak tutejszej gastronomii. Wszystko co opisałem, to nie są fakty wyssane z palca, nie są to naciągane teorie, to okrutna prawda o restauracjach i barach, ale i turystach. Dlatego jednak w kolejnych latach wybiorę Gdynię lub Gdańsk, gdzie patologii także nie brakuje, ale jednak da się nieźle zjeść. Szkoda, ale nie widzę perspektyw na to, aby w najbliższych latach coś mogło się zmienić.

Total 121 Votes
28

Tell us how can we improve this post?

+ = Verify Human or Spambot ?

Comments

comments