9 restauracyjnych horrorów na Halloween


Bardzo lubię pisać o rozwoju polskiej i wrocławskiej gastronomii, chwalić ją – czasami na wyrost, ale też zdaję sobie sprawę z wielu niedociągnięć i elementów, nad którymi właściciele i goście muszą pracować. Wcześniej opisałem Wam m.in. 9 największych błędów wrocławskich restauracji, dzisiaj – ze względu na Halloween – jeszcze jedno zestawienie: 9 restauracyjnych horrorów. Kilka punktów jest zbieżnych, kilka innych się różni. Zapraszam do dyskusji.

PRZEKONANIE O WŁASNEJ NIEOMYLNOŚCI

Działamy w gastronomii od lat, dobrze wiemy co i jak robić, co Wy nam będziecie mówić. Niestety, nie ma nic gorszego od uwierzenia we własną nieomylność, a taki grzech popełnia wielu właścicieli. Pięćdziesiąt osób pisze, że coś nie gra – muszą się mylić, przecież nasz Szef Kuchni to wielki specjalista od mięsa, w końcu przez dziesięć lat pracował smażąc schabowe nad morzem. Ah, no i klasyką jest obrażenie się na blogiera, co to odważył się napisać niepochlebną opinię. Bo co to on wie, kim tak naprawdę jest, przecież my pozjadaliśmy wszystkie rozumy i jesteśmy nieomylni, a za trzy miesiące musimy zamykać biznes.

BEMARY

Jakieś dziesieć lat temu Wrocław zalała fala wszelkiego rodzaju multifoodów, z których prym wiodło STP. Mieszkańcy stolicy Dolnego Śląska oraz studenci zachłysnęli się możliwością jedzenia bez konieczności oczekiwania, w dodatku jedynie za 3,29 zł za 100 g. Bemary to zło, ale najgorsze jest to, że pomimo spektakularnego upadku choćby wspomnianego STP, ciągle powstają miejsca korzystające z ich „dobrodziejstwa”. Zeschnięty schabowy z podgrzewacza, zleżała goloneczka, a może wspaniale gumowe frytki? Tak, to jest patologia.

PIZZA, MAKARON I BURGERY

Tercet egzotyczny, charakteryzujący restauracje niepotrafiące znaleźć swojej tożsamości. Pizza, burger i makarony w stylu carbonary z litrem śmietany – warto dorzucić te pozycje do steków, łososia czy carpaccio, bo wtedy każdy gość będzie mógł znaleźć coś dla siebie. Student zje burgera, dziecko pizzę, a rodzice makaron. Dla każdego coś, tylko wszystko bez smaku. Jak chcesz być dobry we wszystkim i boisz się specjalizacji, to giniesz w zalewie kilkunastu innych identycznych knajpek.

FOCHY OBSŁUGI

Zostawił mnie chłopak, jak mam być dla Pana miła. Nie zaliczyłam/łem egzaminu na studiach, proszę wybaczyć, że nie znam dobrze menu. Dopiero od wczoraj pracuję, zapomniałam się dowiedzieć, w jaki sposób piecze się to mięso. To tylko pierwsze z brzegu tłumaczenia stosowane przez obsługę w restauracjach. I wiecie co? W sumie to mało mnie to interesuje. Wiadomo, każdy może mieć słabszy dzień, ale czy to naprawdę musi przekładać się na słaby poziom obsługi, czy naprawdę ja muszę przez tracić, chcąc zostawić swoje pieniądze? Wybaczam małe błędy wydawaniu, nie wybaczam fochów, bo ja pracując z ludźmi, swoich słabości nie tłumaczę osobistymi problemami.

LOKALNOŚĆ I SEZONOWOŚĆ

Temat rzeka – coraz częściej restauracje chwalą się, że dania w karcie przygotowywane są jedynie przy użyciu naturalnych, lokalnych i sezonowych składników, bo taka moda, bo dobrze brzmi. Tylko co tak naprawdę oznacza? Szparagi we wrześniu, truskawki na początku kwietnia czy sola we wrocławskim bistro? Spora część restauracji stara się na fali popularności sezonowych i lokalnych posiłków budować pewną narrację wokół swoich lokali, co niestety nijak ma się do rzeczywistości. Faktycznie, coraz więcej restauracji dba o te czynniki przy ustalaniu swojej karty, ale wiecie co – Szefowie Kuchni tych miejsc nie chwalą się tym, nie afiszują, tylko robią swoje, bo prawda jest taka, że to żadna moda, a naturalna kolej rzeczy, bo co może być łatwiejszego od korzystania z produktów od działających w okolicy hodowców i rolników?

GOTOWCE

Przodują w tym te wszystkie pseudo polskie restauracje na wrocławskim Rynku, nastawione na codzienne wizyty setek turytów, choć oczywiście nie tylko, bo tego typu praktyki spotykam często w osiedlowych barach, chwalących się swoją „domową kuchnią:. Sorry, nasze babcie vegetą nie wzmacniały smaku pierogów. Winegrety, sosy pieczeniowe, balsamico do ozdoby, a na dokładkę mix warzyw z mrożonki. A, jeszcze pomidorówka z koncentratu i na tym można zakończyć, żeby się bardziej nie wkurzać.

ROSZCZENIOWOŚĆ GOŚCI

Żeby nie było tak kolorowo i nie wyszło na to, że cała wina leży tyko po stronie właścicieli lub obsługi. Ogrom programów kulinarnych, które atakują nas codziennie z telewizorni, a także właściwie nieograniczona możliwość wyrażania swojej opinii w internecie, spowodowały, że właściwie każdy w  naszym kraju jest Magdą Gessler. A goście potrafią być bezlitośni – potrafią przyczepić się do każdej pierdoły, aby wybłagać rabat, darmowy deser czy znaleźć pretekst do tego, aby nie zapłacić. Bywają tacy, którzy dopiero po zjedzeniu całego talerza raczą poinformować kelnera, że coś było nie tak, choć i tak największą zakałą stali się obecnie samozwańczy krytycy, którzy to nie raczą opowiedzieć na miejscu kelnerowi czy szefowi kuchni o swoich wątpliwościach dotyczących konkretnego dania, ale z wielką pomysłowością „zjadą” ich na Facebooku. Długo by mówić, niestety. Świadomość gości również wpływa na poziom gastronomii, nie da się temu zaprzeczyć. I na koniec – jeśli już oceniacie, starajcie się, aby to była merytoryczna ocena, a nie ograniczająca się do żenującego: „w sumie wszystko ok, ale dupy nie urywa„.

ŁOSOŚ

Nie wiem skąd ten fenomen łososia, naprawdę. Kilka lat temu można było uważać go za pewien powiew świeżości, ale do cholery, łosoś to żadna tam wielka ekstrawagancja smakowa, w dodatku ten hodowlany to shit nie mniejszy od podobnie faszerowanych kurczaków, które z wielką swadą się wyklina. Czasami odnoszę wrażenie, że te wszystkie niesprofilowane restauracje uznają, że istnieje konieczność posiadania łososia w menu, jakby miał podnieść ich status. Łosoś pieczony, tatar z łososia, łosoś w sosie koperkowym i z kurkami, ah, co za specjały. A świetne ryby z Doliny Baryczy, jeśli trzymamy się bliskości Wrocławia, dalej pływają sobie wolne.

OTWIERAMY, ALE NIKOMU O TYM NIE POWIEMY

Niezmiennie zaskakuje mnie brak reklamy, podstawowej promocji nowo otwieranych restauracji czy barów. Nie wystarczy już otworzyć restaurację na Rynku, żeby klienci walili drzwiami i oknami, nie przy takiej konkurencji, jaka ma obecnie miejsce. Co odważniejsi nie otwierają na początku nawet fanpage’a na Facebooku, brak menu na stronie jest standardem, a po trzech miesiącach trzeba się zamykać. W świecie tysięcy blogów, portali, vlogów i social media, brak reklamy jest grzechem niedopuszczalnym.

Foto – http://blog.mrcostumes.com/
Total 53 Votes
29

Tell us how can we improve this post?

+ = Verify Human or Spambot ?

Comments

comments