The Winners Pub – pastrami, mecz, burger, mecz


W dawnych czasach, kiedy to większość wrocławian nie zdawała sobie jeszcze sprawy z tego, że w nie tak znowu odległej stolycy rozpoczął się burgerowy boom, chadzaliśmy z żoną i znajomymi na burgery do pubu, wywołującego u nas wspomnienia związane z wizytami w ukochanym Londynie. Ba, większość osób kojarzyło wtedy burgery głównie z tymi pseudo kanapkami z Maka. The Winners Pub pewnie nie był pierwszym miejscem, w którym można było zjeść burgery we Wrocławiu, szybsze był chyba dziewczyny ze SztrassBurgera, ale to właśnie w pubie na Włodkowica te kanapki z wołowiną po prostu coś urywały. No i kosztowały swoje, bo dla niezbyt dobrze zarabiającego wówczas nauczyciela WF-u 29 zł za burgera nie było błahostką.

9378e0ec-6098-4cd2-ba4a-796a04287a8f

9e9e2e10-61c6-4195-be63-f6b587943e59

Lubię klimat tego miejsca – wyspiarski, z drewnianym barem i ławami, telewizorami, z których jedno po drugim sączą się sportowe wydarzenia i prostym, prawdziwie barowym jedzeniem. Karta nie zmieniła się od kilku lat, ciągle poczesne miejsce w menu zajmują burgery oraz steki, bo wołowina stanowi o sile tego lokalu. Do Winnersa przybyliśmy z dwóch powodów – mojego i żony, choć nasze motywacje różniły się od siebie. Żona jest coraz bliżej rozwiązania, lada dzień trafi do szpitala rodzić Gustawa, więc w ramach jednego z ostatnich życzeń zapragnęła zjeść swojego ulubionego burgera. Natomiast ja zamarzyłem sobie wypróbować winnersowej kanapki z pastrami.

I teraz dwie uwagi. Po pierwsze – gdybym nie wiedział wcześniej, że w Winnersie można zjeść pastrami, nie dowiedziałbym się o tym w lokalu. W menu takiej informacji nie ma, z kolei kelnerka jej nie udziela, więc dopytuję się sam i zamawiam, choć w sumie w ciemno, bo obsługująca nas pani sama nie wie czy kanapka kosztuje 30, 35, czy może 45 zł. Druga rzecz – piwo. Tak, pewnie zauważyliście już, że na jego punkcie jestem przewrażliwiony, ale po prostu nie rozumiem w jaki sposób w tak ciekawym, wzorowanym na brytyjskie puby miejscu można podawać najgorsze koncernowe sikacze, zapominając choćby o Guinnessie, a o polskich rzemieślnikach nie wspominając.

Dużym atutem Winnersa od zawsze była szybkość wydawania dań. Nawet przy pełnym obłożeniu obu sal, dania trafiały na stolik maksymalnie do 20 minut. Podobnie było tym razem, a na pierwszy ogień poszła kanapka z pastrami, którego jednak nikt w The Winners Pub nikt nie robi samodzielnie. To, podobnie jak choćby w Zenka Cafe, produkt Pastrami Deli, bardzo umiejętne podany swoją drogą. Nie w bajglu jak w popularnej kawiarni. Grube plastry pastrami zostały zamknięte w tym wypadku pomiędzy dwoma kawałkami pszennego, dobrze zgrillowanego. To jest strzał w dziesiątkę, bo pastrami potrzebuje tego grillowego, dymnego posmaku, ale i odpowiednio kontrastującej, nie za miękkiej kapusty i podkręcającego kaloryczność sera. Samo pastrami? Dobrze naparowane, ziołowe, miękkie i cudnie wołowe. Ta kanapka, wraz z chrzanowym sosem podanym obok, spełnia wszelkie oczekiwania względem pastrami. Jest jednak jedna sprawa – 40 zł za kanapkę z mięsem, które nie jest przygotowywane na miejscu, to jednak sporo, a wiecie, że na ceny nie mam zwyczaju narzekać.
a6823bc2-1645-4eff-a9a8-60dba23783b1

Cheeseburger (32 zł) na pierwszy rzut oka wygląda nieco komicznie – wysoki, z niewielkim kawałkiem mięsa w stosunku do bułki. Ale to tylko pozory, bo po umiejętnym ułożeniu burgera w dłoniach całość odpowiednio się zbija i umożliwia komfortowe jedzenie. Sama bułka to mocny punkt – cieniutka, z chrupiącą, podpieczoną wierzchnią stroną oraz puszystym wnętrzem. O ile jednak pieczywo pozostało mocnym punktem Winnersa, tak nie mogę tego powiedzieć o mięsie. Samemu burgerowi nie można zarzucić braku soczystości i odpowiedniego stopnia wysmażenia. Gorzej, że mięso jest jałowe, kompletnie niedoprawione, kompletnie ginie pomiędzy resztą składników, których wcale tak wiele nie ma. Sytuację ratuje nieco wyrazisty, rzadki sos czosnkowy, ale tego charakteru brakuje w przypadku użytej tu polędwicy wołowej. A szkoda, bo cała otoczka pozostałych produktów tworzy dobry podkład pod najlepszego burgera w mieście. Ten z Winnersa najlepszy już na pewno nie jest.

48af9d06-d1ee-44ab-b532-d903a944d8e4

Nie wyszliśmy zawiedzeni, bo pomimo pewnych niedociągnięć, w Winnersie da się zjeść przyzwoicie, w dodatku – jeśli lubicie sport – na spokojnie możecie spędzać tu całe weekendy, kiedy dzieje się najwięcej. Wyraźny regres zanotował burger, kanapka z pastrami to klasa sama w sobie, tylko zastanawia mnie jedno – jakie są granice cenowe mody na reubeny, bo 40 zł naprawdę mocno podbija stawkę.

ranking4The Winners Pub

Włodkowica 5

FB

 

Total 10 Votes
3

Tell us how can we improve this post?

+ = Verify Human or Spambot ?

Comments

comments