Dinette – żeby każdy rok zaczynał się właśnie tutaj!


Sylwestra 2016 spędzaliśmy ze znajomymi na totalnym luzie, w domu, z dwójką naszych dzieciaków i kolejną dwójką przyjezdnych u boku, z marzeniami o możliwości dłuższego pospania w Nowy Rok. Oczywiście plany o porannym lenistwie wzięły w łeb, kiedy o siódmej rano do naszego łóżka przywędrował Kazik, prosząc o ukochaną jajecznicę. Rok 2017 rozpoczął się więc szybko, ale mimo wszystko z uśmiechem, który rozciągnął się na twarzy jeszcze szerzej po telefonie przyjaciół z Niemiec, którzy Sylwestra spędzali we Wrocławiu. Padło szybkie pytanie – idziecie z nami na obiad do Dinette? Wiadomo. Pomimo, oględnie ujmując, niezbyt wypoczętego organizmu, wybraliśmy spotkanie w dobrym towarzystwie i z dobrym jedzeniem. Ekipa zabezpieczyła się wcześniej, dzięki czemu cały wielki stół w centrum lokalu należał do nas. Wewnątrz tłumy, obsługa uwijająca się jak w ulęgałkach, a my pośrodku, z nieco zmęczonymi twarzami i krzyczącymi dzieciakami. 

Trafiliśmy akurat na końcówkę Menu No. 5, a także załapaliśmy się jeszcze na wkładkę sylwestrową ze specjalnymi przekąskami, z których naturalnie skorzystaliśmy. Zamówiliśmy sporo, dzieliliśmy się, niektórych dań próbowałem więcej, innych mniej, ale taki przegląd kuchni Dinette na początek roku to zdecydowanie dobry pomysł. Pomyślcie zawczasu o Nowym Roku 2018.

Rozpoczynamy może banałem, ale jakże przyjemnym i tak potrzebnym właśnie tego konkretnego dnia. Krewetki w tempurze (15 zł/3 szt) są smaczne, soczyste, a panierka sprawia wrażenie, że odsączanie wycisnęło z niej każą kroplę tłuszczu. W podobnym, acz bardziej wyrazistym klimacie utrzymują się hiszpańskie krokiety jamon (17 zł/3 szt). Kremowa konsystencja i przyjemny słodko-ostry smak, przechodzący przez usta po każdym kęsie, przywołują w pamięci podobną przekąskę, którą jedliśmy podczas kulinarnej wycieczki po tapas barach w Barcelonie. Mojej żonie aż zatrzęsły się uszy, kiedy wypatrzyła w karcie holenderskie ostrygi (21 zł/3 szt). Podane jedynie w wyciśniętym sokiem z cytryny, mięsiste i całkiem sporych rozmiarów. Bardzo udany wstęp.

Nasz młody, pomiędzy kęsem krewetki i krokiecika, przegryza cudnie delikatne kluseczki z masłem (15 zł). Ja z kolei zadowalam zarówno swoje podniebienie, jak i wzrok pięknie prezentującą się na talerzu makrelą escabeche (22 zł), czyli marynowaną, a wcześniej lekko podsmażoną. Wspaniała jest w tym wypadku gra kolorów, ale i niesamowita kompozycja chrupiących świeżych warzyw – brukwi, kolorowych marchewek, kalafiora, cebuli, pora i szczypiorku. Dzieje się tu bardzo wiele – poczynając od różnorodności tekstur, aż po świetną, nieco słodką makrelę, która między innymi dzięki jednej z kart Dinette ze Sky Towera, stała się moją ulubioną rybą. 


Znajomi ze smakiem pałaszują foie gras (31 zł) z puree z dyni i paloną gruszką, a także małże w winie (17 zł) i  absolutnie obłędne, grubo krojone ceviche z kulbina (25 zł), wzbogacone o odświeżające aromaty limonki, kolendry i chili. My z kolei ponownie robimy zwrot w stronę tradycyjnej karty, zamawiając krem z buraka (16 zł) z zakwasem, a przede wszystkim niezwykle udanie łączący w sobie słodko-dymną śliwkę i kiszone buraki. Gulasz z jelenia (39 zł) po prostu rozpływa się w ustach, ma w sobie tę „dzikość”, cały czas w tle przebija się lekka dymna, może słodka nuta, zakończona iglastym, żywicznym motywem jałowca. Jeśli nie było to najlepsze danie dnia, to na pewno znalazło się w moim osobistym TOP 3. Wzorcowo przygotowane, klasyczne danie.

Zachwycam się mięciutką szarpaną łopatką jagnięcą (29 zł), tracącą dużo w kompozycji z hummusem, o którym jednoznacznie wypowiadamy się jako najsłabszej pozycji dnia. Pasta z ciecierzycy przechodzi właściwie niezauważona, brakuje jej wyrazistości i szkoda, że stanowi jedynie tło dla tak umiejętnie przygotowanej jagnięciny. Zupełnie inaczej odbieramy sataye z kurczaka (18 zł), co do których nie mieliśmy wielkich oczekiwań. Ciekawie zbalansowany, orzechowy sos nie jest za mdły dzięki dodanemu chili oraz podbijającemu jeszcze smak kompresowanemu z limonką miękkiemu ogórkowi. No i samo mięso – marynowane, soczyste udko stanowi trafioną przekąskę do noworocznego piwa z browaru Stu Mostów.

Cenię sobie zabawę smakami Szefa Kuchni Pawła Bieganowskiego, ale i odwagę w łączeniu czasami nieoczywistych składników, cenię obsługę, której zebranie w Nowy Rok już samo w sobie uważam za wielki sukces, w dodatku znajdującej się w jak zawsze wysokiej formie. Dinette jest pięknie kwitnącym kwiatem na wrocławskiej mapie kulinarnej. Kwiatem, który otwiera przed nami wszystkie wdzięki, a jednocześnie pozwala za każdym razem odnaleźć coś nowego i nieznanego. Jeśli zasada – jaki Nowy Rok, taki cały rok – ma się sprawdzić w 2017, to jestem za, bo Dinette to jedno z tych miejsc, w których chciałbym bywać częściej, a czasami inne obowiązki po prostu na to nie pozwalają. To także jedno z tych miejsc, do których spokojnie można iść bez znajomości i sprawdzania obecnej karty, bo każda odsłona menu, poza trafionym smakiem, niesie za sobą najważniejszy chyba element, jakiego szukamy w restauracji – jakość. Smacznego w nowym roku.

Dinette

Pl. Teatralny 8

FB

Total 18 Votes
7

Tell us how can we improve this post?

+ = Verify Human or Spambot ?

Comments

comments