Warszawa w 10 godzin – Koszyki, Hoppiness, Jabeerwocky i Shipudei Berek


Czytając WPK pewnie już się zorientowaliście, że niespecjalnie dobrze czuję się w blogerskim towarzystwie. Nie przyjmuję zazwyczaj zaproszeń na blogerskie spędy, staram się nie uczestniczyć w przesadnej ilości tego typu imprez. Nuda, panie, nuda, po prostu, a czasami wręcz efekt, jak gdybym znajdował się w ukrytej kamerze. W 2016 trafiłem jedynie na  merytoryczny Blog Forum Gdańsk, z kolei na początku 2017 zakupiłem bilety na samolot do Warszawy, kiedy na facebookowej tablicy przemknęła mi wiadomość o siódmej edycji Food Blogger Fest. Nigdy wcześniej w siedzibie Agory na Czerskiej mnie nie było, bilet na Ryanaira kosztował jakieś całe 17 zł, więc pomyślałem – dlaczego nie? No więc już wiem dlaczego nie. Klimat podobny do całej reszty imprez dla blogowej braci – selfie z gotowym sosem Barilla, selifczek z czekoladką z Wedla, no i koniecznie fota na Insta z paczką sałat firmy, której nazwy nawet nie pamiętam. Koniecznie z hasztagiem, oznaczeniem połowy obecnych i głupim uśmieszkiem, bo przecież można wygrać roczny zapas tej sflaczałej mieszanki sałat. Dobra, nie wiem jaki zapas, ale coś tam można było wygrać, ale ja czułem się największym wygranym, mogąc oglądać te wszystkie pseudo profesjonalne blogerki uśmiechające się do swoich telefonów. 

Na koniec tego przydługiego wstępu – fajnie, że blogosfera kulinarna jest dostrzegana, super, że istnieje możliwość spotkania się w realu z osobami, które robią podobne rzeczy do ciebie, ale do cholery, ta impreza była nudna, a same wykłady absolutnie niespójne ze sobą, choć pojedynczo może i całkiem znośne. No i te marki, które – wybaczcie organizatorzy – w żadnym wypadku nie pasują mi do wizerunku tych wszystkich piszących o jakości, dobrym produkcie i szacunku do producentów. Równie dobrze sponsorem imprezy mógłby zostać McDonald’s i na swoim stoisku tłumaczyć prawidła wysokiej jakości własnych specjałów. Ja swój udział zakończyłem po jakiejś godzinie, więcej nie dałem rady, bo ani dobrze zjeść, ani posłuchać, ani wczuć się w klimat. Taki ze mnie blogier, co to nie przepada za większością blogierów, którzy uważają, iż na hasło bloger otworzą się przed nimi wszystkie drzwi, a kurier codziennie będzie zwoził kontenery darmowych giftów.

Tyle złego, bo już przed wyjazdem zakładałem, że sama konferencja może okazać się niewypałem. Druga strona to Warszawa, kulinarna Warszawa, którą uwielbiam. W telegraficznym skrócie zapraszam Was na moją dziesięciogodzinną podróż po polskiej stolicy. Samolot wzniósł się w powietrze z wrocławskiego lotniska o 6.50, w centrum Warszawy znalazłem się nieco ponad godzinę później, a w podróż powrotną wyruszałem już chwilę po 18. Tak więc miałem 10 godzin na Food Blogger Fest, obiad, drugi obiad, piwo, kolejne piwo i dobrą lekturę. Z całej długiej listy miejsc do odwiedzenia w Warszawie wybrałem dwa najważniejsze punkty – Hala Koszyki oraz odwiedzenie jakiegoś dobrego piwnego adresu w centrum. Plan się powiódł, o czym zaraz, a dodatkowo doszły bonusy.

Na dzień dobry trafiliśmy na śniadanie do znanego mi już Shipudei Berek. Trafiliśmy, bo w samolocie spotkałem Kasię Sieradz i Laurę Chołodecką z Magazynu Kocioł – jedne z tych blogerek, z którymi rozumiem się doskonale. Berek okazał się naturalnym wyborem, bo poranna oferta w centrum miasta wcale nie należy do bogatej, choć może po prostu mój research był słaby. Berek sprawdził się wcześniej, sprawdził się także i teraz. Laurę zaskoczyła ilość mezze (19 zł), czyli malutkich talerzyków z różnorodnymi przekąskami w arabskim klimacie. Nie gorzej wybrała Kasia, której aromatyczna zielona szakszuka (15 zł) pięknie pachniała czosnkiem. Moja szakszuka na pizzy (11 zł) sprawiała wrażenie lekko niedopieczonej, a trochę nijakie ciasto zdecydowanie uratowała sama szakszuka. Przyjemne połączenie słodyczy i ostrości oraz jajka z lejącym się żółtkiem, to zdecydowanie to, czego potrzebowałem po nocy z trzema godzinami snu.

Po obfitym śniadaniu wyruszyliśmy w podróż na Czerską, gdzie miała się odbyć impreza, dla której zdecydowaliśmy się w sobotni poranek na pokonanie ponad 300 kilometrów w powietrzu. Moje wrażenia, raczej niespecjalne pozytywne, starałem się Wam przedstawić w pierwszym akapicie. Teraz pora na to, co wydarzyło się trochę później, bo jeszcze na długo przed południem dotarłem do punktu numer jeden mojej mapy – słynnych na całą Polskę Koszyków. Po drodze pierwszy raz widziałem ciekawy obrazek – do Manekina nie ustawiała się kolejka. Nie ustawiłem się także i ja, przeszedłem jakieś 200 metrów, aż w końcu moim oczom ukazał się pięknie odremontowany, ceglany budynek Hali Koszyki

Czym są Koszyki? Tak w skrócie, to taki wrocławski odpowiednik Hali Targowej, tyle że w odnowionej formie i całkowicie zagospodarowane przez gastronomię. Mniejszą, większą, streetfoodową, swoje miejsce znalazła tu jedna z restauracji Mateusza Gesslera, a także… Bierhalle. Obecność tego ostatniego a’la browaru zadziwia mnie chyba najbardziej. Jeśli cały koncept nie jest spójny, to tylko i wyłącznie dzięki Bierhalle właśnie. Reszta jednak składa się w jedną całość i pasuje do siebie w 100%.

Jeszcze w samolocie wyczytałem sporo niepochlebnych opinii na temat Koszyków – że hipsterka, że jedzenie takie se, że drogo, i w ogóle wszelkie plagi współczesnego świata. No i cholera – brednie i nic więcej. Świetne miejsce, udany koncept, miejsce tętni życiem, na stolikach we wspólnej części dla gości mieszają się smaki kuchni z całego świata. Może tylko wentylacja do poprawy. Poziom europejski, poziom światowy, miejsce, którym na pewno można się chwalić poza Polską. Dochodzą mnie słuchy, że tajemniczy inwestorzy planują podobny projekt w centrum Wrocławia i na 99% byłby to hit. Warzywka i owoce można kupić na innych halach, tutaj przychodzi się zjeść, napić piwa i pogadać ze znajomymi. Do wyboru, do koloru – Azja, Meksyk, piwo, wege, owoce morza czy Hiszpania, wybór należy do Was.

Pierwsze kroki skierowałem w stronę mojego ukochanego tex-mexowego Gringo Bar, posiadającego w ofercie pełen przekrój – burrito, quesadille czy tacos (9 zł/szt). Wybrałem te ostatnie głównie ze względu na rozmiar, aby móc później zmieścić coś jeszcze. Zarówno wersja z szarpanym kurczakiem i wołowiną na duży plus. Ciekawie podkręcone przyprawami, rozpadające się na włókna mięso i orzeźwiające dodatki w postaci mango i melona, które równoważyły niczego sobie, sporą ostrość. Zdecydowanie do powtórki. 

Dokładnie naprzeciwko mieści się inna streetfoodowa, tajska miejscówka – Tuk Tuk. Mój pad thai z kurczakiem (23 zł) dopełnił dzieła zniszczenia i spowodował, że w dalszą drogę postanowiłem wybrać się już na nogach, aby spalić choć część tych kalorii. Odpowiednio zbalansowana kwaśność ze słodyczą, świeże, chrupiące dodatki i ten typowy, lekko dymny aromat woka unoszący się znad talerza. Na to właśnie liczyłem i się nie zawiodłem.

Na koniec jeszcze kilka słów o sposobie zamawiania. Kilka restauracji posiada własne stoliki i obsługę kelnerską, ale większość miejsc w ulicznym klimacie dzieli pomiędzy siebie wspólną strefę dla klientów mogących zasiadać pomiędzy wszystkimi barami. Po złożeniu i opłaceniu zamówienia otrzymujemy brzęczek, który swoim wibrowaniem daje znać o możliwości odbioru dań. Prosto, sprawnie, bez komplikacji.

Z wypełnionym po brzegi żołądkiem zebrałem się w sobie i obrałem azymut na Chmielną, gdzie mieści się jeden z ciekawszych multitapów w Warszawie – Hoppiness Beer&Food. Pomijając fakt, że przyszedłem na piwo, zainteresował mnie także drugi człon nazwy lokalu, bo przecież jakoś tak głupio siedzieć tylko przy szklance. Sam Hoppiness nie należy do najbardziej przestronnych barów z piwem, przez co już od wczesnych godzin popołudniowych, po zejściu się kilku gości, w środku zaczyna się robić klimatycznie, co niektórzy mogą odczytywać jako ciasno. Na 12 kranach znaleźć można piwa z najlepszych polskich browarów, w tym najwięcej z Pracowni Piwa, a w menu znajdziecie przekrój modnych przekąsek z szarpanym mięsem na czele. Ja postawiłem na bułeczki bao z wołowiną (23 zł) z czerwoną kapustą i podkręcającym smak chrzanowym sosem. Same bułki okazały się minimalnie za suche, idące trochę bardziej w stronę papmpuchów, aniżeli bao, ale już mięso to klasa sama w sobie. Soczyste, miękkie, delikatnie słodkie i cholernie sycące. Drugi, tudzież trzeci obiad w przeciągu kilku godzin sprawił, że ciężko było się podnieść, ale zaplanowałem sobie jeszcze jeden multitap.

Drugim ulubionym piwnym miejscem w stolicy obok Hoppiness jest stacjonujący na Nowogrodzkiej, jakieś 300 metrów dalej Jabeerwocky, a to z dwóch powodów. Po pierwsze – jestem fanem vloga prowadzonego przez odpowiedzialnych za Jabeerwocky Rafała Kowalczyka i Marcina Chmielarza, po drugie – selekcja piw w Jabeer należy chyba do najlepszych w kraju. Udało mi się spróbować kilku, zwłaszcza z tych browarów, które rzadziej widuję we Wrocławiu, i właściwie się nie zawiodłem na żadnym. Przyjemne miejsce, zwłaszcza dla osób doceniających jakość dobrego piwa.

Zanim się obejrzałem trzeba było ruszać w drogę powrotną. Wizyta w Warszawie, mimo że ekspresowa, jak najbardziej udana, nie licząc oczywiście nic niewnoszącego, wspomnianego wcześniej spędu blogerów. Przybyłem, zjadłem, wypiłem, nacieszyłem podniebienie i wróciłem. Wymienione wyżej miejsca, może niespecjalnie eleganckie, ale taki miałem zamiar, zapewniające radość z jedzenia, polecam zdecydowanie.

Total 9 Votes
1

Tell us how can we improve this post?

+ = Verify Human or Spambot ?

Comments

comments