Ojami – zostań Szefem Kuchni we własnym domu


Kiedy odezwał się do mnie zespół Ojami, z propozycją spróbowania ich dań, moja początkowa reakcja nie należała do najbardziej optymistycznych. Sprawa z Ojami wygląda następująco – zamawiacie wybrane przez siebie danie, które kurier dostarcza pod same drzwi. Takie jedzenie na dowóz, powiecie. Nie do końca, choć faktycznie ktoś Wam je dowozi. Pierwsza różnica polega na tym, że Ojami to nie restauracja. Pakunek, który trafia w Wasze ręce to wszystkie niezbędne do przygotowania konkretnej potrawy dla dwóch osób składniki – pokrojone, podzielone, z dołączonym do zestawu przepisem i spisem urządzeń, jakie będą Wam potrzebne. Czyli taka opcja dla lubiących gotować, ale nieprzepadających za przedzieraniem się przez sklepowe półki w poszukiwaniu brakującego składnika.

Dlaczego więc miałem pewne obawy? Pierwsza sprawa – niespecjalnie lubię sztywne przepisy. Nie umiem ich czytać, zawsze staram się do dania wprowadzić jakiś swój element, więc nie do końca nadaję się do pracy odtwórczej. Po chwili zastanowienia wpadłem jednak na pewien chytry plan – skoro Ojami ma stanowić alternatywę dla gotowania na własną rękę czy zamawiania jedzenia z dowozem, postanowiłem zrobić mały test. Jako że od jakiegoś czasu poza domem jadam głównie w dni powszednie, a w weekendy gotuję dla rodziny, założyłem sobie, że sprawdzę, które danie dla dwóch osób wyjdzie taniej, smaczniej oraz szybciej – z gotowej paczki czy moje.

Dań do wyboru jest kilkanaście, ja zdecydowałem się na Pad Thai, którego od kilku dobrych tygodni doskonalę w warunkach domowych. Cena zestawu dla dwóch osób – 45 zł. Dużo to, mało, czy w sam raz? Sprawdźmy.

Cały pakunek zjawia się u nas w kartonowym pudełku, w którym znajdują się woreczki z poszczególnymi produktami, wydzielonymi akurat na dwie porcje. Makaron do pad thai, oczyszczony i pokrojony filet z kurczaka, marynata Pad Thai w wykonaniu OJAMI, posiekany czosnek, 2 jajka od szczęśliwych kur z Wyszynek, umyte kiełki fasoli mung, limonka, szczypiorek, prażone orzechy ziemne, olej rzepakowy.

45 zł wydaje się być kwotą podobną do tej restauracyjnej za podobną potrawę i trochę tak jest, ale w zamian otrzymujemy niemalże gotowca, którego nie da się zepsuć. Może nie jest to poziom trudności podobny do zalania zupki chińskiej, ale na pewno nie wyrasta poza możliwości nawet osób niespecjalnie mocno czujących się przy garach.

Z obliczeniem konkretnej kwoty, jaką wydałem na moją wersję, jest o tyle problem, że większość składników musiałem zakupić w ilości większej od potrzeb. I tak:

  • makaron – 8,30 zł
  • sos sojowy – 6,50 zł
  • pasta tamaryndowa – 9,50 zł
  • pierś z kurczaka 200 g – 12 zł
  • 2 jajka – 1,80 zł
  • limonka – 60 gr
  • szczypiorek – 3 zł
  • kiełki – 3,90 zł
  • sos rybny – 6,99 zł
  • orzeszki – 1 zł

Jak widzicie, kwota bardzo zbliżona, a nawet wyższa o ok. 10 zł, a i tak nie doliczyłem jeszcze choćby cukru brązowego czy sosu chili. Oczywiście sos sojowy, rybny czy część makaronu zostaną na później, ale jeśli ktoś niespecjalnie dba o zasoby swoich przypraw, to zakup wszystkiego naraz, kiedy najdzie ochota na zrobienie takiego dania, może okazać się kosztowny. Nie mówiąc o konieczności przeznaczenia większej ilości czasu na przygotowanie poszczególnych składników.

Sam przepis na Pad Thai jest dość banalny, zwłaszcza, kiedy ma się ogarnięte wszystkie produkty. Najpierw do miski z gorącą wodą trafia makaron, następnie na patelni lądują kolejne składniki – olej, czosnek, kurczak, marynata i makaron, na koniec jajka, szczypiorek, a już na talerzu kolejna porcja zielonego i orzeszki. Co tu dużo mówić – całość zajęła mi 12 minut, łącznie z doprowadzeniem do odpowiedniego stanu makaronu oraz otwarciem wszystkich pakunków, a także ułożeniem gotowej potrawy na talerzach gości, których zaprosiliśmy.

Początkowo, widząc ilość makaronu przed ugotowaniem, bałem się, że porcje będą malutkie. Wyszło tak, że znajomi nie mogli dokończyć swoich porcji ze względu na ich wielkość. Co jednak najważniejsze – no cholera, pad thai wyszedł świetny, odpowiednio zbalansowany, ze słodko-kwaśną mieszanką smaków i miksem tekstur. Będąc w tajskiej restauracji moja ocena wahałaby się pomiędzy czterema a pięcioma gwiazdkami.

Idąc tym tropem smakowym, trochę inspirując się kolejnością wrzucania składników, przygotowałem także swój najbardziej popularny na świecie azjatycki makron. Najważniejszym elementem jest sporządzenie odpowiedniej mikstury, tworzącej marynatę czy też sos do pad thaia. W mojej znalazła się pasta tamaryndowa, brązowy cukier, sok z limonki, sos sojowy, rybny i pasta chili. Nieskromnie muszę przyznać, że wyszło więcej niż dobrze, a znajomi, bez nadmiernej kurtuazji, zachwalali także moją wersję. Śmiesznie wyszło, bo smak jednego i drugiego makaronu różnił się nieznacznie.

Plusy?  Na pewno oszczędność czasu, bezdyskusyjnie. Pomijając kilkadziesiąt minut spędzonych na zakupach, swój makaron pad thai przyrządziłem w 29 minut, czyli na dzień dobry jedna wersja od drugiej różni się przede wszystkim czasem potrzebnym na przygotowywanie – obieranie, krojenie, sprawdzenie przepisu, przyrządzenie sosu. Niewątpliwie in plus zaliczyć można także element wygody, a więc pokrojone, zapakowane i dopasowane tylko do wrzucenia na patelnię. To w końcu także możliwość przekonania się, że także usmażenie takiego dania we własnej kuchni nie stanowi wielkiego problemu. Ojami może okazać się ciekawym bodźcem do rozpoczęcia przygody z poważniejszym gotowaniem dla siebie, rodziny, znajomych, pozytywnym kopem zachęcającym do eksperymentów oraz pomysłem pokazującym, że choćby właśnie dania azjatyckie nie są nieosiągalne, a ich receptura to magia. Dostajesz pomysł i składniki, reszta zabawy pozostaje po Twojej stronie. 

Podczas zamawiania istnieje możliwość wybrania terminu dostawy nawet na 10 dni do przodu. Dzięki temu, jeśli wiecie, że mają wpaść do Was goście, teściowa czy chcielibyście zrobić wrażenie na narzeczonej, a niespecjalnie ogarniacie gotowanie we własnym zakresie, wystarczą dwa kliknięcia, a paczuszka niedługo wyląduje pod drzwiami, a opinia o Waszych umiejętnościach kulinarnych poszybuje mocno do góry.

Pomimo początkowego sceptycyzmu, oceniam ofertę Ojami bardzo pozytywnie. Zaskoczył mnie faktycznie bardzo poprawny smak, szybkość przygotowania, ale i właśnie fakt, że ugotowanie swojego pierwszego poważnego obiadu z Ojami może przyczynić się do złapania bakcyla i prób rozwijania własnych umiejętności. Smacznego!

Do 21.05.2017 trwa jeszcze promocja dla osób spoza Poznania, zamawiających dania w Ojami. Na hasło POLSKA otrzymacie obecnie 10% rabatu.

Wpis powstał we współpracy z marką Ojami.
Total 12 Votes
5

Tell us how can we improve this post?

+ = Verify Human or Spambot ?

Comments

comments