pan.pot – z azjatyckiej ulicy


Kiedy dwa lata temu powstał pan.puh, nie wszyscy wierzyli w powodzenie tego projektu. Bo lokal schowany w małej uliczce, bo menu udziwnione, bo baozi za grube. Tyle że pan.puh ma się dobrze, swoją działalność rozszerzył o pojawiającego się na zlotach food trucka, a samo menu ewoluowało i cieszy się sporym powodzeniem nie tylko studentów z okolicznego Uniwersytetu. Kolejnym krokiem w gastronomicznym rozwoju właściciela pan.puh jest pan.pot, mieszczący się w lokalu, który chwilę wcześniej opuściła ekipa niespecjalnie udanego greckiego baru streetfoodowego Grexit.

Pomysł na pan.pot jest stosunkowo prosty, a przy tym innowacyjny na wrocławskim rynku, a opiera się na chińskiej idei hot pot czy też huoguo, czyli kociołków z gorącym wywarem, w których przyrządza się dowolnie wybrane przez siebie produkty wedle uznania. Pan.pot to wersja mocno uproszczona, bo danie przygotowuje dla nas kucharz. Naszym zadaniem jest wybór ułożonych w wielkiej chłodni produktów – ich cena to 5 zł za 100 g, a następnie wywaru z trzech dostępnych – chińskiego, tajskiego i japońskiego oraz stopnia ostrości. Opcją dodatkową jest jeszcze sos za 3 zł, który możemy skomponować sami, a przyda się nam, kiedy zechcemy maczać w nim poszczególne dodatki z wywaru.

W pan.pot pojawiam się dwukrotnie. Za pierwszym razem jest pusto, następnego dnia właściwie nie ma gdzie usiąść. Jak napisałem już wyżej, proces zamawiania należy do najłatwiejszych na świecie – bierzemy miskę, szczypce i nakładamy to, co lubimy, a następnie podstawiamy na wagę i wybieramy rodzaj wywaru. 

W oddzielnych miskach leżą poszczególne produkty – kilka rodzajów makaronu, warzywa korzeniowe, kapusty, grzyby azjatyckie, tofu, kurczak, wołowina, wieprzowina. Przy tych ostatnich muszę na chwilę przystanąć. Warunki sanitarne w Azji, zwłaszcza w streetfoodowej odsłonie gastronomii – delikatnie mówiąc – nie prezentują najwyższych standardów, ale przyznam, że razi mnie widok wolno leżącego mięsa, które w dodatku nie prezentuje się specjalnie okazale po x czasu, jaki spędziło w nieodpowiednich warunkach chłodniczych. Druga rzecz, nad jaką właściciel pan.pot będzie musiał popracować, to przepustowość. Samo danie należy do tych mocno absorbujących, a jego zjedzenie zajmuje myślę, że dobrych 10 minut, jak nie dłużej. Przy takiej ilości stolików w pewnym momencie może pojawić się problem. 

Za pierwszym razem wybieram bulion tajski, do tego dorzucam makaron ryżowy oraz m.in. groszek, kolendrę, ziemniaki fioletowe, kukurydzę, względnie dobrze wyglądającego kurczaka i grzyby shimeji. Całość, łącznie z dodatkowym sosem, wyższym stopniem ostrości i bulionem, kosztuje 23,58 zł. Po 10 minutach otrzymuję w zamian michę, dosłownie michę, bo nie jest to mały talerzyk, zupy z górą dodatków. Na pierwszym planie pojawia się słodycz wywaru, mieszająca się z typowo tajską nutą, pochodzącą od trawy cytrynowej i kafiru, a na końcu wychodzi dodatkowo ostrość. Ostrość na poziomie zdecydowanie dostosowanym pod tajskie podniebienia, dzięki czemu przez moje ciało przechodzi gorąca fala. Wywar mógłby być bardziej wyrazisty, z większą ilością kafiru chociażby, choć kiedy zwróciłem się z tą uwagą do właściciela, usłyszałem, że właśnie wywary mają nie dominować reszty, dlatego są takie uładzone. Ok, przyjmuję. Faktycznie, całe zestawienie gra ze sobą wyjątkowo dobrze, warzywa są ugotowane w punkt – nie za twarde, nie za miękkie, szybko przejmują tajskie aromaty. Wielkość mnie pokonuje, absolutnie. Ilość wywaru, ilość składników, to wszystko powoduje, że na spokojnie mogłyby to danie jeść dwie osoby.

Za drugim razem decyduję się na bulion chiński z makaronem ze słodkich ziemniaków oraz sporą ilością groszku, pak choi i tofu, choć przy dużym ruchu lekko szwankuje proces uzupełniania składników w lodówce, przez co wybór jest ograniczony. Danie, wzmocnione sosem chili, ponownie daje na początku porządnie ostrego kopa, a chwilę później do głosu dochodzi dość słony, ale przyjemny posmak, podkręcony przez zioła. Zadziwia mnie gęstość zupy, jej niemalże kleista konsystencja, co sprawia, że ponownie dokańczam z wielkim trudem. Nie jest to leciutkie danie, zdecydowanie nie.

Na dokładkę biorę jeszcze chińskie pierożki (10 zł), przygotowywane na parze z porem i yuba, czyli suszonymi laskami soi. Ich jakość lekko mnie rozczarowuje, podobnie jak fakt, że pochodzą z gotowej mrożonki. Miejscami twarde, ciągnące się ciasto i kompletnie nijaki w smaku farsz, to nie to, czego oczekiwałbym zaraz po bombie smakowej, jaką zaprezentowały wcześniejsze dania. Wydaje mi się, że pierożki są zupełnie niepotrzebnym dodatkiem w ciekawym pomyśle na szybkie noodle.

Pan.pot to nowinka, którą zdecydowanie warto odwiedzić i śledzić rozwój. Koncept z grona tych ciekawszych, choć oczywiście z pewnymi problemami typowymi dla debiutanta. Główne zastrzeżenia mam do wspomnianego wcześniej mięsa oraz do jakości niektórych składników, które zwyczajnie nie do końca mi pasują. Mniej gotowców, więcej wyrazistości i powinno być bardzo dobrze, bo już jest nieźle, a za sam pomysł stawiam piątkę. 

pan.pot

Więzienna 7/1 a

FB

Total 21 Votes
5

Tell us how can we improve this post?

+ = Verify Human or Spambot ?

Comments

comments