Wrocławski Festiwal Dobrego Piwa ’17 – krok we właściwym kierunku


Każdy kto śledzi regularnie WPK wie, że piwo jest dość ważnym elementem mojego życia. Może brzmi to dość niebezpiecznie, ale spokojnie, piwem zacząłem od jakiegoś czasu pasjonować niemalże w podobnym do kulinariów stopniu. Zainteresowanie piwem zrodziło się w mojej sytuacji w wieku późnolicealnym, choć oczywiście wtedy spełniało nieco inną rolę, którą musicie dopowiedzieć już sobie sami. Kraft kompletnie odmienił sposób mojego postrzegania na samo spożywanie alkoholu. Wcześniej pijałem sporo whisky, czystej wódki, ale niespecjalnie zwracałem uwagę na ich jakość, nie wkręcałem się nadmiernie, a same trunki pełniły wiadomą rolę. Piwo zmieniło wiele i przyznam, że obecnie mocniejsze alkohole pijam już tylko od wielkiego dzwona. Ogrom smaków i aromatów, jakimi dysponują piwa, absolutnie mnie urzeka, zachęcając jednocześnie do coraz to głębszej eksploracji tematu. Nie raz i nie dwa to pisałem – widzę w tym temacie cholernie dużo korelacji z kulinariami, gdzie codziennie staram się poznawać nowe smaki, nowe techniki czy wyszukiwać nowinek.

Od czego się to wszystko zaczęło? Ano od Wrocławskiego Festiwalu Dobrego Piwa. Pierwszego na wrocławskim Stadionie Miejskim, dokładnie w 2014 roku. To tam zauroczyły mnie aromatyczne wywary – nie śmiejcie się – Doctor Brew, to tam padło sakramentalne: piwo może tak smakować? Można się z tego śmiać, ale właśnie wtedy naprawdę wszystko się zmieniło. Myślę, że spokojnie można to porównać do pierwszego miłosnego zauroczenia czy pierwszego kęsa foie gras. Mój piwny świat wywrócił się do góry nogami, a to ile wydarzyło się od tego czasu – w moim postrzeganiu ulubionego napoju oraz polskim piwowarstwie rzemieślniczym, to opowieść na osobną historię. Skracając do minimum – przeszedłem drogę od zauroczenia IPA, poprzez eksperymenty ze wszystkim co tylko możliwe, aż do absolutnej miłości do porterów bałtyckich i kwasów, a także prób z piwami wędzonymi.

Mam nadzieję, że rozumiecie ten przydługi wstęp, ale chciałem żebyście zrozumieli jak ważnym wydarzeniem w całym roku jest dla mnie WFDP. Każdą edycję zakreślam już następnego dnia po zakończeniu bieżącej, wysyłam info do znajomych i umawiam się na wspólne degustowanie i zabawę, za rok. Podczas ósmej edycji pierwszy raz w historii miałem okazję w pewnym stopniu współtworzyć wrocławski festiwal, dwukrotnie pojawiając się na scenie głównej. Pierwszy raz w niedzielę rano, kiedy razem z Mateuszem Gulejem (Browar Stu Mostów), Agnieszką Wołczaską-Prasolik (organizator WFD, Warsztat Piwowarski) oraz Piotrkiem Staszczyńskim (Pasibus), brałem udział w dyskusji prowadzonej przez Kubę Bartoszewicza na temat pozycji piwa rzemieślniczego we wrocławskiej gastronomii. Wydaje mi się, że udało się wyciągnąć kilka ciekawych wniosków, zainteresować tematem słuchaczy, a także pokazać tę kwestię wielotorowo – od strony właściciela browaru, piwowara, właściciela restauracji, no i mojej, blogerskiej. Z kolei pod koniec ostatniego dnia imprezy razem z Krystianem Skwierzem z Pappatore przygotowaliśmy –  właściwie to Krystian przygotował – małą przekąskę dla znajdujących się pod sceną gości i dyskutowaliśmy czy food pairing ma sens, pokazując przy tym dość ciekawą formę, ponieważ do konkretnych przystawek zalecaliśmy po prostu piwo, które każdy miał w rękach. Gwoli ścisłości, wydaje mi się, że to najwłaściwszy kierunek do łączenia piwa z jedzeniem. Zakopywanie się w konkretnych kanonach raczej nie może przynieść nic dobrego.

Zeszłoroczna edycja WFDP została w wielu kręgach przyjęta jako totalna porażka, czego konsekwencją niepojawienie się kilku znaczących browarów w roku 2017. Między innymi dlatego pośród kilkudziesięciu browarów nie znaleźliście Pinty, Ale Browaru czy Artezana. Sam także popełniłem dość krytyczny tekst na temat kierunku w jakim zmierza wrocławskie święto piwne. Całe szczęście organizatorzy przeanalizowali wszelkie uwagi, wyciągnęli wnioski i WFDP 2017 naprawdę może napawać optymizmem na przyszłość.

Zastrzeżeń w 2016 roku było sporo. Od złego rozstawienia stoisk piwnych, przez gastronomię i osławione już niemalże futrzane czapki, aż po obecność stoisk z piwami niespecjalnie pasującymi do całokształtu. Rok 2017 to przede wszystkim mniej browarów, przez co sam teren festiwalu nie był tak rozległy jak ostatnio. Plus za wydzielenie dwóch stref gastronomicznych – na jednym i drugim końcu esplanady, dzięki czemu każdy głodomor nie miał prawa narzekać na brak jedzenia, głównie z food trucków, oraz  jego poziom, bo i punktów z grillowanymi szaszłykami za 29 zł nie było tyle, co ostatnio.

Specyfika WFDP jest jedyna w swoim rodzaju i kompletnie nie wpisuje się w ramy imprez trafiających do geeków, jak choćby Beer Geek Madness czy Warszawski Festiwal Dobrego Piwa. Tam przychodzi gość nastawiony na degustacje, próbowanie dobrego piwa. Czerwcowy festiwal we Wrocławiu ma w sobie coś z festynu i ciężko się z tym nie zgodzić, a już na pewno nie można używać tego stwierdzenia w pejoratywnym ujęciu. Jak już wspomniałem wcześniej, to właśnie tutaj zaraziłem się piwnym duchem, a takich jak ja każdego roku przybywa. Przysłowiowy Janusz z Grażyną przychodzą, próbują, krzywią się od goryczy, proszą o piwo ze sokiem, ale jednak jeden na kilku przekona się, że ta ajpa to w sumie jest lepsza, niż tyskacz z puszki, przechodząc tym samym na złą stronę mocy.

Kwestią bezsporną, sukcesem WFDP rzekłbym, jest darmowy wstęp. Właśnie stąd bierze się liczona w dziesiątkach tysięcy frekwencja, stąd biorą się próbujący kraftu Janusze, stąd bierze się w końcu brak elitaryzmu, który czasami obrzydza poszczególne festiwale w Polsce. W tym roku udało się zresztą bardzo umiejętnie połączyć te dwa światy – normalsów i geeków, tworząc specjalną strefę Beer Geek Madness, gdzie za dodatkową opłatą 99 zł serwowane były sztosy i nie tylko. W końcu to stąd mnóstwo rodzin z dziećmi, które mogą spędzać czas w swojej strefie, co wprowadza dodatkowo elementy piknikowe, tak mocno pasujące do luźnego spożywania piwa. 

Jeśli miałbym krytykować, to za brak aplikacji festiwalowej – podobno przydatnej – na ajfony. Niestety, Androida porzuciłem już jakiś czas temu i nieco doskwierał mi brak możliwości wspomożenia się telefonem w kwestii wyszukiwania konkretnych piw czy browarów. Na plus? Wspomniałem już wyżej – na pewno mniejsza powierzchnia festiwalu, lepsza oferta gastronomiczna, umiejętne połączenie imprezy dla wszystkich z tą dla mocno wkręconych i świetny, absolutnie świetny klimat. Przez te trzy dni w roku Wrocław jest przesiąknięty piwem, o piwie mówi każdy – pan taksówkarz, chcący spróbować czegoś dobrego znajomi i media. Właśnie, media. Odniosłem wrażenie, że tegoroczna edycja została znacznie lepiej wyeksponowana w przestrzeni publicznej, dzięki czemu na WFDP mogło dotrzeć jeszcze więcej osób.

Choć czasami narzekam – ale to z myślą o rozwoju – to tak naprawdę uwielbiam Wrocławski Festiwal Dobrego Piwa. Jak wspomniałem, właśnie tutaj dotarło do mnie, że synonimem piwa nie jest bezsmakowy lager. Na WFDP poznałem sporo osób z piwnego światka, mogłem porozmawiać z piwowarami, właścicielami browarów, ale i z Wami, czytelnikami WPK, którzy bez żadnej krępacji podchodziliście, przybijaliście piątki, dzieliliście się wrażeniami na temat piw. Dzięki! Odwiedziłem już kilka piwnych festiwali w Polsce, ale żadne, absolutnie żaden nie sprawia mi takiej radości, jak WFDP. Może to lokalny patriotyzm, może delikatna januszowatość, ale tak już mam. WFDP, trwaj jak najdłużej!

Na koniec chyba najważniejsze, a więc opis przynajmniej części piw, jakich miałem okazję spróbować podczas ósmej edycji wrocławskiego festiwalu. Na stanowisku BGM w końcu skosztowałem wywaru z amerykańskiego browaru AleSmith. Speedway Stout, bo o nim mowa, to potężny imperialny stout, którego jako kibic żużlowy miałem na liście piw do wypicia od dawna, ale przyznam uczciwie, szkoda było mi 55 zł na puszkę tego trunku. 17 zł za próbkę 0,2 l byłem w stanie przełknąć i na pewno nie żałowałem. Wersja kawowa Mokasida Coffee z dodatkiem etiopskiej kawy, to niesamowicie kremowe, konkretne i genialnie pachnące piwo o zawartości alkoholu na poziomie 12%. Może nie był to idealny pomysł na upalne popołudnie, ale nie mogłem sobie odmówić. Przy strefie BGM pozostaliśmy zresztą na dłużej, kosztując kolejno: uznawane za najlepsze piwo pszeniczne na świecie wg. Ratebeer Weihenstephaner Hefeweissbier, cudowne Misty z Browaru Trzech Kumpli czy orzeźwiający kwas Sokowirówka z Browaru Zakładowego. Na całe szczęście tuż obok znajdowała się strefa food trucków, gdzie objedliśmy Food Manię oraz 66 American Burger. W tym ostatnim aucie trafiliśmy na naprawdę udaną, może minimalnie zbyt słoną, kanapkę z rozpływającym się w ustach ozorem.

Z trzech festiwalowych dni na Stadionie Miejskim spędziłem dwa, bez soboty, choć ta również znajdowała się w planach. Mało tego, w sobotę byliśmy już pod stadionem, zabraliśmy dzieci na dmuchańce, znajomych na piwo, ale udało się nam jedynie wysiąść z auta na stadionowym parkingu. Na hasło żony, że „za chwilę z tej chmury lunie”. odpowiedziałem „pewnie kilka kropel”. Tych kilka kropel zamieniło się w oberwanie chmury, jakiego nie widziałem za swojego życia. W ciągu pięciu, może sześciu sekund zlało nas niemiłosiernie do tego stopnia, że na moim ciele nie było suchej nitki, podobnie jak i u innych. Pozostało nam tylko wrócić do domu, wysuszyć dzieci i nacieszyć usta piwem w domu.

Piątek rozpocząłem klasycznym, wzorowo wykonanym witbierem z Browaru Cztery Ściany, chwilę potem zachwyty wzmogły się dzięki piwu ze stanowiska obok. Peach Berliner Weisse ze Stu Mostów to genialne piwo na gorące dni. Orzeźwiające, lekkie i cudownie owocowe. Już podczas WFDP zdążyłem nazwać je drugim ART9. Jeśli przy kwaśnych piwach jesteśmy, to przynajmniej trzy razy podchodziliśmy do stoiska oławskiego Browaru Probus. Ich sour ale Rasberi z malinami to dzieło wybitne, genialnie pachnące malinami, a przy tym kwaśne, z minimalnie słodkim wtrętem i niebywałą wręcz pijalnością. Nie dziwne, że skończyło się najszybciej ze wszystkich. Wersja z ananasem – Pinnapi to już jednak inna bajka, bardziej mdła i na pewno kilka klas słabsza od malinowej odsłony. Przy namiocie Browaru Nepomucen z Doliny Baryczy raczyłem się niemalże równie lekkim Summer Ale Chill, wyróżniającym się ciekawym cytrusowym aromatem i zadziwiającą lekkością oraz właściwie niewyczuwalną goryczką. Kolejne piwo w sam raz na początek imprezy, podczas której planujecie pić alkohol przez kilka godzin. Ale na Polanie to Polish Ale z Warsztatu Piwowarskiego, będące w tym roku piwem festiwalowym. Nie spodziewałem się po nim nadmiernie dużo, ale zaskoczyła mnie jego świeżość i przyjemny owocowy aromat.

Na dłużej przystanąłem przy stanowisku Brokreacji, gdzie zamieniłem kilka zdań z Jurkiem z bloga Jerry Brewery. Ich The Cop to klasyczny Pilsner w nieco nowofalowym ujęciu, uwarzony przy użyciu amerykańskich chmieli m.in. Citra i Smicoe. Właśnie takie piwa mogą być taką naturalną przejściówką pomiędzy eurolagerami a kraftem. Totalnie zakochałem się w Greetings From Heaven. To black IPA z dodatkiem iglaków, które na myśl przywołuje mi automatycznie Baliosa z Browaru Roch, tyle że nie jest tak przegięte, a bardziej zbalansowane, z wysoką goryczką i leśnym akcentem w tle.

Po dobrych wspomnieniach związanych z Browarem Kazimierz podczas Beer Week Festiwal w Krakowie, podszedłem do nich raz jeszcze spróbować lekkiego, ledwie 3% milk stouta Kara Mustafy i podtrzymuję, że to jedno z ciekawszych piw w ostatnich miesiącach, jakie miałem okazję pić. Mimo niewielkiego ekstraktu dość pełne, a przy tym pięknie pachnące. Browar Golem cenię jak mało który, bo zazwyczaj ich wywary trafiają w me gusta w stopniu przynajmniej zadowalającym. Icek&Icek to kooperacyjne podwójne IPA z dodatkiem derenia, stworzone w kolaboracji z łódzką Piwoteką. Moje nastawienie względem double IPA jest jednoznacznie negatywne, bo albo jest zbyt karmelowe, albo zbyt alkoholowe. Golem z Piwoteką zbalansowali całość idealnie, dzięki czemu Icka piło się bardziej jak regularne IPA, aniżeli dubeltową wersję, a chmielowy aromat nadał piwu charakteru. Nie byłbym sobą, gdyby nie poprawił całości jeszcze moim ulubionym, kwaśnym Naftali. Znajomi pukali się w głowę próbując kolejnych łyków, ale dla mnie to jedno z ciekawszych piw tego roku.

Chill Kanapa z Browaru Widawa, a więc New England IPA oferowało piękny zapach, ale po kilku łykach wkradał się gryzący posmak chmielin, który znacząco utrudniał spokojnie rozkoszowanie się piwem wprost z podwrocławskiej Chrząstawy. Piwowar z mango z Profesji, najlepsze według mnie piwo poprzedniego festiwalu, tym razem nie robił aż takiego wrażenia, ale to chyba efekt tego, iż nic nie potrafi zaskoczyć podniebienia dwa razy tak samo. Co by jednak nie mówić, to w dalszym ciągu super wypust z mega owocowym uderzeniem i pszeniczną podbudową. Na stoisku ulubionej Drink Hali skosztowałem Subiekta, a więc kooperacyjnego wywaru właśnie Profesji i sklepu z Rydygiera. Lekkie summer ale z wyraźnie owocowym zapachem stanowiło dobry przerywnik pomiędzy mocniejszymi pozycjami.

Więcej grzechów nie pamiętam, musicie wybaczyć, ale spore ilości alkoholu i trzydziestostopniowy upał nie sprzyjają zachowaniu specjalnie trzeźwej głowy na takiej imprezie. Na pewno próbowałem jeszcze piw z Browaru Alternatywa, kwasów z Browaru Szpunt oraz Mon Cheri od wrocławskiego kontraktowca WBrew. Dużo tego było, nie ma się co oszukiwać, do tego doszedł lekki stres związany z występami na scenie, ale w sumie taka jest rola WFDP. Dobrze się bawić przy świetnym piwie, próbować, poszerzać horyzonty, poznawać nowych ludzi i chillować, co podpowiadała nazwa kilku piw.

Wspaniałe jest to, że wrocławianie chcą pić dobre piwo, chcą rozwijać swoje smaki i pragną festiwalu właśnie w takim formacie. Przed i po imprezie pojawiały się plotki o przenosinach WFDP w inne miejsce, ale trzeba sobie powiedzieć jasno – stadion ze swoją nieograniczoną przestrzenią, otwartymi trybunami i atmosferą, wydaje się być idealnym rozwiązaniem i ciężko byłoby pogodzić się z kolejnymi zmianami. WFDP 2017 uważam za jeden z lepszych w historii.

Total 6 Votes
1

Tell us how can we improve this post?

+ = Verify Human or Spambot ?

Comments

comments