Rumbar – owoce morza, ciężki temat


Niegdyś mieścił się tu bar Ślepy Zaułek, który jednak nie wytrzymał rywalizacji z konkurencją w Pasażu Pokoyhof. Od początku lipca lokal w rogu klimatycznego dziedzińca zajmuje Rumbar, specjalizujący się w owocach morza oraz tytułowym rumie, z którego przyrządzane są różnorodne drinki. Sam Pasaż wydaje mi się być jedną z fajniejszych rzeczy, jakie trafiły się Wrocławiowi i tutejszej gastronomii na przestrzeni ostatnich lat. Może nie da się tu zjeść genialnego jedzenia, może niespecjalnie zachęcają śniadania ze wspólnych misek w Charlotte, ale najzwyczajniej w świecie uwielbiam moment, kiedy przekraczam bramę od ulicy Św. Antoniego i słyszę ten charakterystyczny, znany z uliczek w śródziemnomorskich krajach, szum ożywionych dyskusji. Między innymi dlatego dość szybko wyruszyłem na testy Rumbaru, z nadzieją znalezienia stałego przyczółka pasażowych eskapad jedzeniowych.

Może niedokładnie pamiętam, ale odniosłem wrażenie, że wnętrza nie zmieniły się jakoś diametralnie w stosunku do poprzednich lokatorów. Jest przejrzyście, swoje robią ogromne, otwarte na oścież drzwi, a w środku dominują drewniane elementy z karaibsko-morskimi wtrętami w postaci grubych lin okrętowych czy palmy. Jak już wspomniałem wyżej, w karcie rządzą owoce morza w przeróżnych konfiguracjach, w ujęciu tradycyjnym, jak i streetfoodowym, a w kilku wypadkach dość zaskakującym. Brakuje mi trochę jakiejś pozycji na bazie rumu, aby w pewien sposób połączyć cały koncept. Nieco zagubiona, przynajmniej na początku, wydaje się być obsługa, która pojęcie o konkretnych pozycjach z karty, a także dostępnych alkoholach, ma dość blade. Zamówienia składa się przy barze, natomiast dania podawane są już przez kelnerów, co z jednej strony staram się rozumieć ze względu na barowy klimat, a z drugiej zdaje sobie sprawę, że to wprowadza dużo niepotrzebnego zamieszania.

Pierwsze niedopowiedzenie ze strony obsługi pojawiło się przy przystawce. Otrzymałem informację, że kiszonki (13 zł) to krewetki i ośmiorniczki baby z kiszonymi dodatkami. Ciekawie, pomyślałem, po czym dość mocno zdziwiłem się, kiedy miseczki pojawiły się na stoliku. Kiszonkami okazały się właśnie owoce morza. Przyznam, że spożywanie ich na zimno, mocno kwaśnych i z delikatną ostrością w przypadku ośmiorniczek, stanowiło jedno z najdziwniejszych kulinarnie doznań w moim życiu. O ile lubię poznawać nowe smaki, nie boję się ich i uważam przełamywanie pewnych kanonów za konieczny warunek rozwoju, tak ciężko mi objąć wyobraźnią ten sposób przygotowania tych krewetek i ośmiorniczek (kiszone owoce morza są dość popularną przekąską na Wyspach Kanaryjskich – dzięki czytelnicy!). Nie dojadłem, podobnie zresztą jak każda siedząca przy stole osoba. W Polsce się kisi, kiszonki są na topie, ale w tym wypadku według mnie coś poszło nie tak. Podobnie zresztą jak w przypadku zupy tom yum (24 zł) z krewetką (jedną!) oraz tofu. Z założenia, wedle oryginału, tom yum to zupa ostro-kwaśna, gdzie niezwykle ważne jest zachowanie balansu pomiędzy poszczególnymi składnikami. Niestety, w tym wypadku dominantą jest kwaśność, a właściwie to mówiąc dokładniej kwas. Nieprzyjemny, nieskontrowany ani ostrością, ani słodyczą, ani orzeźwiającym aromatem kafiru i trawy cytrynowej. Może źle wnioskuję, ale odpowiedzialnymi za taki stan rzeczy były dodane w nadmiarze kiełki fasoli mung, najpewniej z zalewy octowej, które zakwasiły całość, popychając zupę w bardzo nieprzyjemną smakowo stronę, będąc jednocześnie – jak rozumiem – alternatywą dla makaronu.

Smutną konkluzją całego obiadu okazało się wspólne stwierdzenie wszystkich współbiesiadników, że najlepszą pozycję stanowiło poczciwe, streetfoodowe fish&chips (27 zł). Delikatny, soczysty dorsz w cieście piwnym, do tego chipsy w dosłownym tego słowa znaczeniu, ale własnej roboty, a także świetny, dymny sos BBQ i tłuczony groszek. Klasyka gatunku, doskonałe przygotowanie, ciężko byłoby narzekać na jakikolwiek element tego zestawu, chyba że ktoś liczy na dodatek frytek. Jak dla nie jednak te chrupki wypadają korzystniej, a przede wszystkim lżej. Macka ośmiornicy (37 zł) jest idealnie miękka, podana z ananasem wygląda pięknie, a przy tym brak tu jakiegoś motywu, który popchnąłby ją w odpowiednim kierunku i jeszcze bardziej uwydatnił niewątpliwe walory. Zdecydowanie nie są nim luźno rozrzucone pomidorki koktajlowe. Stek z tuńczyka (42 zł) również znalazł się na talerzu w bardzo minimalistycznej formie, z ostro-słodką, bardzo przyjemną salsą oraz zieloną fasolką. Wszystko byłoby fajnie, gdyby nie jego stopień przesmażenia wysmażenia. Podczas składania zamówienia nie spytano nas o to czy tuńczyk ma zostać różowy w środku, ale przyjąłem to jako oczywistość w miejscu, w którym w pewien sposób szanuje się owoce morza. Niestety, ryba spędziła na grillu sporo czasu za dużo, dlatego też jego tekstura nie mogła zadowolić nawet wygłodniałego podniebienia.

Moje oczekiwania względem Rumbaru były spore. Tak naprawdę, to nawet nie wiem dlaczego. Wydaje mi się po prostu, że z automatu staram się doceniać osoby podejmujące ciężki temat owoców morza w kraju, do którego trzeba je sprowadzać bez stuprocentowej pewności jeśli chodzi o jakość. Niestety, produkt to jedno, umiejętność jego przygotowania to drugie. Rumbar raz jeszcze prowokuje mnie do zadania pytania – czy da się otworzyć we Wrocławiu bar z owocami morza na wysokim poziomie?

Rumbar

Św. Antoniego 2/4

FB

Total 9 Votes
4

Tell us how can we improve this post?

+ = Verify Human or Spambot ?

Comments

comments