Internecie, kocham Cię i nienawidzę zarazem


Jestem uzależniony od internetu. Powtarzam to przy każdej możliwej okazji, a ostatnio zacząłem się zastanawiać szerzej nad tematem, kiedy drugi raz z rzędu zostałem testerem internetu Moico. Należę – jak większość z Was – do pokolenia, które pamięta jeszcze pierwsze chwile największego przełomu, jaki wydarzył się w najnowszych dziejach historii. Modem, impulsy, blokowanie łącza, przeszedłem przez wszystkie stopnie wtajemniczenia. Młodszym należałoby wytłumaczyć, że modem był urządzeniem umożliwiającym połączenie się z internetem poprzez sieć telefoniczną, więc kiedy ja sprawdzałem wiadomości na Onecie, mama nie była w stanie zadzwonić do koleżanki, bo linia była zablokowana. Jeśli młodzież myśli, że żartuję, to z obecnej perspektywy chyba bym chciał, ale nie, to nie żart. Tak było. Kto bystry zapyta – dlaczego nie zadzwoniła z komórki? No właśnie… Nie było jeszcze komórek (jak to brzmi!), nie było wi-fi, nie było nawet Facebooka, a i o Naszej Klasie nikt nie myślał. W ogóle chyba mało kto zdawał sobie sprawę jaki przełom nachodzi. To taka cezura nieodwołalnie zmieniająca cały nasz świat, a wszystko dzieje się przed rokiem 2000, Millenium mającym rozsadzić wszystkie komputery na świecie. Należę więc do pokolenia, które pamięta okresy przed i po powstaniu internetu. Tak cholernie różne okresy.

Niemal równolegle do chwili wchodzenia internetu do kraju przeżywam swoje pierwsze fascynacje kulinarne. Kroję starannie przygotowany przez babcię makaron do złocistego i pełnego tłuszczu rosołu, lecę z rana do kiosku po czytane codziennie od deski do deski gazety, a później sprawdzam wyniki sportowe na telegazecie. Z perspektywy czasu wydaje mi się, że każdego dnia robiłem milion rzeczy, spotykałem się z kumplami, graliśmy w piłkę, śmigaliśmy na rowerach, a w lecie biegaliśmy na basen. Nie meldowaliśmy się na fejsie, że akurat gramy, nie oznaczaliśmy dwudziestu trzech znajomych na tablicy przy fotce na basenie, nie odpisywaliśmy na tysiąc wiadomości w messengerze. Nie, nie, nie, nie musieliśmy, bo nasz świat toczył się naprawdę.

Przeskok do życia internetowego następował krok po kroku. Pamiętam nawet, że na uwagi rodziców przed maturą, że za dużo siedzę przy coraz szybciej rozwijającym się internecie, odpowiadałem – spokojnie, od tego nie da się uzależnić. Śmiesznie brzmią teraz te słowa, a muszę zaznaczyć, że na początku obecnego stulecia „za dużo” oznaczało ze dwie godziny. Ten czas zajmowały głównie konwersacje na Gadu-gadu, czaty (!), wyszukiwanie informacji. To właśnie wtedy nauczyłem się właśnie tego ostatniego, co przydaje mi się do tej pory, a wyszukiwanie w 2002 czy 2004 roku to nie to samo, co robienie internetowego researchu w chwili obecnej. Pamiętam też ostrzeżenia nauczycieli, proszących, aby nie kopiować treści z internetu, bo to plagiat, choć pewnie wielu z nich jeszcze nie do końca wiedziało czym ów internet tak naprawdę jest.

Wtedy też pierwszy raz zetknąłem się z magicznym pojęciem – blog. Można śmiało powiedzieć, że zaczynałem blogować właśnie wtedy, choć kiedy myślę o tamtych przygodach, wolę pominąć je milczeniem. Wybaczcie, nie podam nazw, bo to wstyd. Zresztą, o pisaniu zawodowo myślałem od liceum, ale jakoś brakowało mi chęci do przebijania się na siłę przez kolejne redakcje. Przez dwa lata równolegle z innymi studiami uskuteczniałem naukę na dziennikarstwie, ale dopiero po tej przygodzie zrozumiałem podpowiedzi starszych – pisania na studiach się nie nauczysz, po prostu musisz działać. No i zacząłem, pisując na kilku portalach mniejszych i większych, pisując dużo, czasami kilka tekstów dziennie, ucząc się co znaczy systematyczność, obowiązkowość i szacunek do czytelnika, któremu się coś obiecuje. Czasami za darmo, czasami dostając za to jakieś grosze, ale zawsze z zaangażowaniem. Także wtedy powoli zaczęło do mnie docierać coś z czego na dobre zdałem sobie sprawę dopiero jakiś czas temu. Internet przechwycił moje życie, podobnie jak pewnie wielu z Was.

Pamiętam moje naiwne tłumaczenia, kiedy okłamywałem sam siebie – siedzę tyle w sieci, bo w niej pracuję, ciągle czegoś szukam, piszę, publikuję treści, kontaktuję się z kontrahentami. Prawda to i nie, bo dużą część tego czasu poświęcałem na zwykłe scrollowanie fejsa, co do tej pory zdarza mi się stosunkowo często, ale staram się ograniczać proceder do minimum. Wiem, że zaniedbałem wiele znajomości, bo tak, bo przecież gadaliśmy ostatnio w internecie, więc nie trzeba iść na piwo. Wiem też z drugiej strony, że dzięki internetowi poznałem ogrom osób, których w innych okolicznościach nie spotkałbym na swojej drodze.

Internet właściwie wymógł na nas zaprzestanie czytania papierowej prasy. Ba, wielu przestaje czytać książki, bo sieć oferuje nieograniczoną ilość treści, których i tak nie jesteśmy w stanie przemielić, i w pewnym momencie po prostu się zapętlamy, goniąc za kolejnym tekstem, postem, twittem czy fotką. Niebywała jest również zmiana, jaka zaszła w dostępie do informacji. Codziennie otrzymujemy papkę, pośród której odnajdują się nieliczni. Jakie intencje miał ten, czy tamten kłamał, sprzedał się, czy może ma inny interes, nakazujący mu pisać o jednej sprawie kompletnie w inny sposób od tego jak myślą o nim inni. Wolność słowa w pojęciu z początków lat 90. w Polsce a teraz, to totalnie dwie inne definicje. Zasady swobodnego, kulturalnego wypowiadania się zostały wyparte przez absolutny brak zasad i przełamywanie kolejnych granic. Niegdyś słowo zajebiście wywoływało niemałe poruszenie, obecnie kurwa przechodzi cichaczem gdzieś obok i niezauważona. To trochę nasza wina, bo w natłoku informacji z czasem jakby to zaakceptowaliśmy lub po prostu nauczyliśmy się olewać, nie wiem co gorsze.

Choć możecie odnieść takie wrażenie po przeczytaniu tych kilku zdań, że narzekam na internet, uważam go za całe zło tego świata i najgorszy wymysł, to wiecie co – ja po prostu nauczyłem się go kochać i nie ma co ściemniać, nie umiem bez niego żyć i nawet bym tego nie chciał. To właśnie internet sprawił, że w obecnym momencie spełniam swoje marzenia – prowadzę własną działalność, obsługując ją właściwie w całości zdalnie, w sieci. Prowadzę blog umożliwiający mi regularne pisanie, o którym marzyłem, w dodatku w ukochanej tematyce. Pomimo całego zła rozlewającego się w sieci, nauczyłem się w nim funkcjonować. Chyba nawet całkiem nieźle, przyjmując z całym dobrodziejstwem inwentarza. Narzekam, staram się zwalczać jego wady i walczyć z ludźmi, którzy dostęp do internetu powinni mieć reglamentowany, ze względu na własną głupotę. Prawda jest jednak inna – cholernie dobrze mi z siecią, z możliwością wykonywania niemalże każdej czynności przy jej użyciu. 

Piszę to wszystko siedząc w restauracji RAGU – jednej z moich ulubionych w tym mieście, korzystając z bezpłatnego internetu Moico, spełniając swoje marzenia o pisaniu dla ludzi, jedzeniu w dobrych knajpkach, popijając kawę, a jednocześnie załatwiając sprawy biznesowe i z rozrzewnieniem wspominając chwile spędzane w kuchni z babcią i mamą, czytany codziennie papierowy Przegląd Sportowy i beztroskę, objawiającą się sięganiem do kieszeni po dwa złote na gazetę, a nie smartfona, żeby zapłacić za elektroniczną wersję poprzez bankowość internetową. Sam już nie wiem co jest fajniejsze. Tak to już z tym internetem jest, że kochamy go w równie dużym stopniu, jak nienawidzimy, ale wiemy już jedno – nie da się bez niego żyć, choćbyśmy wprowadzali sobie obostrzenia, ograniczenia czy twarde zasady i próbowali przetłumaczyć dzieciakom, że internet to tylko taka zabawka, z której nie trzeba korzystać. My, a na pewno ja, nie chcemy już świata bez internetu. Może chcielibyśmy obcować z nim w bardziej ograniczonej formie, ale to już część życia, której nie można zlekceważyć. Dlatego też mówię to otwarcie – mam jedną rzecz, od której jestem uzależniony i jest nią internet. Ale mam też nadzieję, że pewnego dnia każdy z nas zrozumie, że ważniejszy od siedemnastego komentarza w tej samej dyskusji politycznej, jest zwykły kontakt twarzą w twarz, wspólny obiad bez smartfonów w ręce i wyjście do kina bez gmerania na fejsie podczas seansu. Niech to będzie takie ćwiczenie – dla mnie i dla Was: zróbmy sobie chwilę przerwy od internetu każdego dnia, poczytajmy gazetę, pogadajmy z rodziną, poświęćmy czas dzieciom, a docenimy ze zdwojoną siłą fakt, że żyjemy w czasach tak genialnego wynalazku jak internet.

Jedna rzecz – zanim powiecie: nie, to mnie nie dotyczy, ja nad tym panuję, bardziej moja żona/brat/córka nie mogą oderwać się od smartfona, przemyślcie sprawę raz jeszcze i zastanówcie się ile czasu poprzedniego dnia poświęciliście na bezsensowne czynności w internecie. Ja cholernie dużo. Dużo za dużo.

Jak już wspomniałem, w sprawach internetu współpracuję już drugi rok z rzędu z Moico. W tym roku wcielam się w rolę testera mega szybkiego łącza razem z Kasią (Tak dużo dobrej muzyki), Dawidem (DandyCore) oraz Remigiuszem (Rock Alone) i właśnie ta akcja stanowiła impuls do napisania tego tekstu. Tekstu, nad którym myślałem dłuższy czas, bo chyba nie do końca doceniamy jakim dobrem jest internet, które teraz możecie co tydzień wygrać na fanpage Moico. Co tydzień macie szansę wygrać darmowy internet na rok, a do tego na koniec komputer. Szczegóły konkursu znajdziecie tutaj.

Partnerem wpisu jest Moico.

Total 25 Votes
13

Tell us how can we improve this post?

+ = Verify Human or Spambot ?

Comments

comments