Jak co wrzesień – pora schudnąć. Tym razem z głową.


Wrzesień, moje rokroczne przekleństwo. Jakoś tak dziwnie się składa, że od czterech lat we wrześniu zabieram się za siebie. Pewnie każdy z Was wie co znaczy zabrać się za siebie po kilku miesiącach nicrobienia, zwłaszcza wakacyjnych miesiącach, podczas których alkohol leje się strumieniami, a kolejne ekstremalne dawki jedzenia i lodów przechodzą przez wasz żołądek.

Od jutra, od poniedziałku, od następnego miesiąca, a od stycznia to już na pewno. Kochamy się oszukiwać, wszyscy my, niby chcący zrzucić zbędne kilogramy, ale pozbawieni motywacji, cierpliwości i przede wszystkim konsekwencji. Bo to nie kwestia pieniędzy – teraz miesiąc siłowni to koszt 40 zł, czyli czterech kraftowych piw. Nie braku czasu, bo wszyscy dobrze wiemy ile godzin dziennie tracimy na rzeczy nieważne – przeglądanie facebooka, gapienie się w seriale czy sufit. To sprawka lenistwa, takiego cholernego raka zabijającego nas najpierw fizycznie, później psychicznie, kiedy to ciągle powtarzamy sobie jak to nam ze sobą źle, jak to koleżanka X wygląda super, a ja nie.

Otyłość jest prawdopodobnie najgorszą chorobą XXI wieku, największą zakałą, a w przyszłości najbardziej kosztowną zabawką dla krajów niedbających o odpowiednią edukację wśród dzieci. Ważna jest tutaj jedna kwestia – w 99% przypadków, poza chorobami, zależną od nas samych, ewentualnie rodziców pasących swoje dzieci w McD. Sami doprowadzamy się do stanu, w którym organizm przestaje funkcjonować na normalnych zasadach. Z własnego doświadczenia wiem jak łatwo łapie się zbędne kilogramy, łapiąc jednocześnie fatalne nawyki, a jak cholernie ciężko wraca się do stanu normalności. Rok temu rozpocząłem przygodę z dietetykiem, efekty były zauważalne, ale w pewnym momencie, jak to zazwyczaj bywa gdzieś się zatrzymałem, poluzowałem, czego skutkiem było kilka kilogramów do przodu, choć w ostatecznym rozrachunku, miesiąc do miesiąca, w chwili obecnej ważę 7 kg mniej, aniżeli 12 miesięcy temu. Sukces, ale nie do końca, dlatego postanowiłem ruszyć raz jeszcze, ale nauczony doświadczeniem, że konkretna dieta nie jest dla mnie, choć i tak moje nawyki ewoluują i obecnie mogę powiedzieć, że odżywiam się już świadomie, choć zabija mnie uzależnienie od słodyczy. Nie potrafię trzymać się konkretnych ustaleń zawartych w diecie, bo nie znoszę słowa muszę, nie znoszę się dostosowywać do czegokolwiek, a jednocześnie kocham jeść, uwielbiam swój blog i moich czytelników, a każda dieta w pewien sposób ogranicza moje działania na WPK. Dlatego odpuściłem.

Moja historia zmagań z wagą jest długa, pełna wzlotów i upadków, chwil zwątpienia i totalnej euforii, zawzięcia się i totalnego odpuszczania. Zresztą, rok temu opisałem to dokładnie:

W dzieciństwie, a właściwie do 19. roku życia wszyscy dookoła mówili – jaki szczuplutki ten Piotruś, czy on nie za mało je? I tak ten ważący nieco ponad 70 kg Piotruś poszedł na studia. Studia, które może i nie należą do najtrudniejszych pod względem naukowym, ale już dla organizmu stanowią niemałe wyzwanie. Impreza, zajęcia, impreza, po drodze jakaś zapiekanka na szybko. Dodatkowo już na pierwszym roku zamieszkałem sam, poza rodzinnym domem, a jednocześnie rozpocząłem pracę w gastronomii. Nieprzespane noce, alkohol, fastfoody, i tak w kółko, z małymi przerwami na zajęcia. Kilogramów przybywało, ilość ruchu – i tak większa od 80% Polaków – zmniejszała się wprost proporcjonalnie do zwiększającej się wagi. Studia, praca, po studiach dwie prace, coraz mniej czasu na sport, coraz więcej jedzenia, to wszystko przekładało się na kolejne dodatkowe kilogramy, aż w końcu waga poszybowała najpierw ponad 90, a niedługo potem ponad 100 kg. Totalna zmiana garderoby to najmniejszy problem. Ociężałość, narastające lenistwo i wręcz nieograniczony apetyt, wzrastający wraz z rozszerzaniem się żołądka. W końcu jednak trzeba było powiedzieć STOP, bo zbliżało się własne wesele. w ciągu 10 miesięcy waga spadła ze 103 na 81 kg, ale sielanka nie potrwała zbyt długo. Rok po weselu było już 93 kg, a po kolejnym 107 kg. Kolejna kuracja, tym razem oparta głównie o ruch – sześć dni w tygodniu siłownia lub squash plus racjonalne, ale nieprzesadnie odżywanie się – 88 kg. Potem urodził się jednak Kazik, doszła druga praca i blog, więc czasu na siłownię w codziennym harmonogramie zabrakło. Nagle waga zbliżyła się do 100 kg, a obecnie do 110 kg, dokładnie 109.5 kg.

Jak widzicie, wahania wagowe na przestrzeni lat był ogromne. Dieta, dietą, jak już wspomniałem, odrzuciłem ścisłą dietę, której należy przestrzegać w każdym punkcie. Taki już jestem, niereformowalny tej kwestii. Choć oczywiście pod pojęciem diety nie kryje się tylko i wyłączenie ograniczająca nas rozpiska od dietetyka. To sposób naszego odżywania każdego dnia, to świadomość tego, co warto, a czego lepiej się wystrzegać. Pod tym względem jest coraz lepiej, a jako że staram się jak najwięcej w kwestiach dobrego i jakościowego odżywania edukować, odnoszę wrażenie, iż mój sposób odżywania znajduje się w tym momencie jakieś pięć poziomów wyżej, aniżeli miało to miejsce kilka lat temu. Doszedłem do wniosku, także korzystając z własnych doświadczeń, że wagę traciłem dotychczas w okresach, kiedy regularnie trenowałem, a wysiłek fizyczny dawał mojemu ciału pozytywnego kopa. No więc od września ruszyłem z treningami, ale po raz kolejny staram się zrobić krok do przodu, aby nie skończyło się na monotonnym bieganiu bez sensu, chodzeniu po bieżni czy wyciskaniu ciężarów bez jakiejkolwiek kontroli.

Ja w ogóle jestem dziwnym przypadkiem, bo kocham sport, kocham tę chwilę po wysiłku, kiedy organizm uwalnia mnóstwo endorfin, a więc popularnego hormonu szczęścia, a jednocześnie tak ciężko mi się zmobilizować do pójścia na trening. Podczas wysiłku często przewijają się przez moją głowę myśli – nie dam rady. I rzeczywiście, mógłbym do jutra wyliczać sytuacje, kiedy odpuszczałem. Bo tak, bo sobie wmówiłem, że przekroczyłem wszelkie granice zmęczenia i tak zazwyczaj się to kończyło. Schodziłem do szatni, mimo że organizm mógłbym wejść na jeszcze wyższe obroty, ale w treningu, jak i sporcie, najważniejsza jest głowa. Jeśli ona podpowiada, że koniec, to choćby nogi mogłoby ponieść dalej, odpuszczam.

Długo zastanawiałem się w jaki sposób to poprawić, zmienić, przełamać własną słabość. Współpraca z trenerem? Wzbraniałem się ile mogłem, nie wierząc w możliwość powodzenia takiego rozwiązania. Wręcz podśmiewałem się ze znajomych współpracujących z trenerami personalnymi – przecież mógłbyś to robić sam, nie umiesz ustawić sobie kilka stacji na siłce, na necie masz pełno rozpisanych treningów? Piszę to z perspektywy sześciu treningów, jakie odbyłem w siłowni Holmes Place OVO z trenerem Jakubem Szalejem. Myślę, że śmiało mogę stwierdzić, iż te kilka razy zmieniło moje postrzeganie treningu, treningu z trenerem, a przede wszystkim skuteczności tego, co robimy. 

Czym różni się taki trening od samodzielnego przyjścia na siłownię? Ano zasadniczo wszystkim właściwie. Rozpoczynając od indywidualnego podejścia, sprawdzenia stanu mojego organizmu i dobieraniu odpowiednich obciążeń, bez stosowania głupich standardów, niemających jakiegokolwiek przełożenia na skuteczność. W momentach, w których do tej pory odpuszczałem, sądząc, że już nie ma siły, teraz otrzymuję odpowiedni bodziec od trenera. Jedno groźniejsze spojrzenie wystarczy, abym wiedział, że nie ma możliwości kapitulacji. Tym sposobem właściwie podczas każdej jednostki przełamuję swoje słabości, a przede wszystkim psychikę i udowadniam samemu sobie, że się da, chociaż zazwyczaj po treningu muszę spędzić kilka dobrych minut na dojściu do siebie. Nie ma jednak nic przyjemniejszego, niż ten uśmiech po dobrze wykonanej ciężkiej pracy.

Jaki założyłem sobie cel? Razem z trenerem umówiliśmy się na sześć tygodni pracy. Wstępnie, a co będzie dalej to zobaczymy. Trzy treningi w tygodniu – siłowe, z elementami edukacji na temat tego, jak ważna jest poprawność techniczna wykonywania kolejnych ćwiczeń, konsekwencja w ustalaniu przerw pomiędzy seriami czy choćby zwrócenie uwagi na dobre rozciąganie ciała. Od razu ustaliliśmy, że nie ścigamy się z wagą, nie chcemy tracić 10 kg w miesiąc, choć pewnie przy takiej nadwadze nie byłoby z tym problemu. Chodzi bardziej o wprowadzenie organizmu do poważniejszego treningu, przygotowanie poszczególnych partii mięśniowych do dalszej pracy, a nade wszystko przełamanie wspomnianej psychiki. Pierwsze treningi kończyły się mocnymi zawrotami głowy, podczas kolejnych idzie coraz lepiej, a wykonuję rzeczy, o jakich wcześniej mi się nie śniło – dźwigam ciężary, choć póki co lekkie, wykonuję martwy ciąg czy robię 15 interwałowych odcinków na ergowiosłach w tempie, w którym jeszcze dwa miesiące temu byłbym w stanie zrobić może trzy serie. Przy regularnych treningach waga w pewnym momencie i tak ruszy sama, tym bardziej, że już znacząco ograniczyłem ilość spożywanego piwa i słodyczy. Trzy treningi w tygodniu plus jedna gierka w piłkę, a więc nieprzesadna dawka, w sam raz na moje możliwości, plus ewentualna regeneracja tuż po wysiłku na basenie w Holmes.

O postępach mojej kolejnej walki ze słabościami, wagą i psychiką, będę Was informować na bieżąco tutaj, na Facebooku i Instagramie. Jestem pełen nadziei, ale i chęci do pracy, a motywacja przyszła sama po pierwszych treningach z trenerem. Śmieję się czasami ze swojej ułomności spowodowanej latami zaniedbań, ale to także wyznacza mi drogę, którą iść i wyznacza cele, jakie mogę osiągać. Nie ukrywam, że taka forma opisywania swoich słabości jedzeniowych i wagowych przed zaufanymi czytelnikami odpowiada mi najbardziej, bo obiecując sobie regularne treningu, obiecuję także coś Wam, że się da, że można, tylko trzeba chcieć. 

Zachęcam Was do dzielenia się swoimi doświadczeniami ze zmagań z wagą, dietami czy treningami. Każdą podpowiedź z wielką chęcią przyjmę, z każdej skorzystam. Jeśli macie na przykład sposobu na to jak odstawić słodycze, płacę w złocie. Trzymajcie kciuki, a jeśli jesteście na podobnym etapie co ja, dajcie znać jak Wam idzie. Do usłyszenia po zdrowszej stronie mocy.

Total 12 Votes
4

Tell us how can we improve this post?

+ = Verify Human or Spambot ?

Comments

comments