Imone – koreańska specyfika


Za pierwszym razem odbiłem się od drzwi, chociaż bar działał od kilku dni. Za drugim razem udało się wejść do środka, udało się nawet zjeść, choć specyfika Imone, a więc nowej koreańskiej miejscówki na Wawrzyniaka bardziej nawiązuje do standardów znanych z azjatyckiego streetfoodu, aniżeli tych europejskich. Po pierwsze – sam nie wiem czy nazwa to Imone, jak mówi nam szyld nad wejściem, czy Immone, co komunikuje menu. Druga sprawa – bez znajomości języka koreańskiego niespecjalnie możecie liczyć na sprawną komunikację w Imone (?). Ale zarazem to wszystko ma swój niepowtarzalny urok.

Sam lokal jest malutki, wcześniej mieścił się tu bar U Królika, a obecnymi gospodarzami są Koreańczycy i wyglądająca na nadzorującą cały interes babcia. Na oko pod siedemdziesiątkę, która jako jedyna ze składu rzuca pojedyncze hasła po polsku – siąść (raczej siąc), ciepłe, ostre ostre, i to by było chyba na tyle. Dogadanie się w jakiejkolwiek sprawie graniczy z cudem, a właściwie jest wykluczone, więc raczej nawet nie startujcie z prośbami o wymianę składnika, chyba, że opanowaliście gestykulację w stopniu zaawansowanym.

Tuż po wejściu zaskakują porozstawiane na barze bemary. Kiedy przyszedłem chwilę po 12, myślałem, że to kwestia niedokończonych przygotowań, ale za drugim razem, około 17, bemary stały dokładnie w tym samym miejscu. Bez żadnej krępacji, bez obaw o opinię sanepidu.

Co może stanowić o sile tego przybytku? Fakt, że w środku prawie zawsze są rodacy właścicieli. Ich obecność nie musi, ale może wskazać pewien trop, że karmią tu zgodnie z koreańskimi kanonami. Do dzisiaj natomiast trawię obowiązującą w Imone kartę. Kartę, której nie znajdziecie na Facebooku, bo bar nie posiada własnego fanpage’a. O ile zazwyczaj nie mam problemów z cenami potraw w restauracjach, tak w tym wypadku coś we mnie pęka, bo o ile kwoty oscylujące w okolicach 30 zł za nudle czy ramen, wydają się być akceptowalne, tak 50 zł za kawałki kurczaka w panierce czy 100 zł za duszoną rybę, nie wiadomo jaką, w sosie ostrym, wygląda mi na totalne szaleństwo. Zdecydowałem się na potrawy z dolnego pułapu cenowego, bowybaczcie, ale mam pewien problem z płaceniem 50 zł za kurczaka.

Przychodząc do Imone musicie liczyć się z wygospodarowaniem sobie sporej przerwy w pracy, bo kolejne dania lądują na stole po 30 minutach i to w momencie, kiedy wszystko dobrze idzie. Tak było w moim wypadku, więc 30 minut poświęciłem na lekturę wiadomości.

Zestaw z bulgogi w roli głównej to koszt 25 zł. W podzielonej na sześć części tacy do bento udało się umieścić m.in. ryż, kimchi, wołowinę oraz makaron. Bulgogi to jedno z najpopularniejszych koreańskich dań, które znam także z własnych domowych eksperymentów. Cieniutko krojona, marynowana w sosie wołowina została przesmażona z cebulą i marchewką w obecności m.in sosu sojowego. Mięso imponuje delikatnością i bardzo zbalansowanym smakiem, kręcącym się wokół słodyczy. Kimchi skrada się do moich kubków smakowych po cichu, zawadiacko przypomina o swojej wzrastającej ostrości wraz z każdym kęsem. Jest odpowiednio chrupiące, ostre i mocno sfermentowane, dzięki czemu kwaskowatość stanowi niezłą przeciwwagę dla pikantnych aromatów, a przy tym w oko wpada genialnie czerwony kolor.

Podczas drugiej wizyty na początek wybieram pierożki kimchi mandu (10 zł) w ilości sztuk sześciu, co każe mi się zastanowić nad cenami innych potraw. Same pierogi zaskakują po przegryzieniu intensywnością hojnie potraktowanego imbirem i dymką mięsa. Nie mogę się od nich oderwać, choć kimchi było obecne tu tylko na papierze, chyba, że zamierzone było podanie miseczki z fermentowaną kapustą obok. Bibimgusku (30 zł) to podawane na zimno nudle z warzywami, ostrym sosem i wołowiną, której jednak w zestawie dziwnym trafem zabrakło. Niestety, zdolności tłumaczenia tego w języku migowym mnie przerosły, więc musiałem zadowolić się wersją wege w takiej samej cenie. Ot, uroki tego miejsca. W naszej kulturze jesteśmy przyzwyczajeni głównie do spożywania posiłków w ciepłej lub gorącej postaci, dlatego w początkowej fazie podany na zimno makaron somen może wywoływać spore zdziwienie. Od razu odrzucam zleżałe nieco, przebarwione jajko, ale to jedyna wpadka przy okazji tego dania. Do teraz zachowuję w pamięci wspomnienie specyficznego smaku, na który składa się ostrość pasty gochujang, mieszanka słodyczy cukru oraz kwaśność kimchi i octu ryżowego. W tle majaczy jeszcze sezamowa nuta, a świeże warzywa zapewniają tak potrzebną chrupkość. Dobre.

Zapałałem sympatią do tego miejsca. Jest w tym wszystkim jakaś tajemniczość, lekka partyzantka, a przy tym prawdziwość, jakiej brakuje w hipsterskich wnętrzach knajpek z centrum miasta. Jedzenie momentami zaskakuje, ale ogólnie prezentuje bardzo przyzwoity poziom i jeśli tylko udałoby się obniżyć niektóre ceny, chyba byłoby idealnie, bo niewiele mamy w mieście tak ciekawie sprofilowanych barów. Ściskam kciuki za Imone, choć chwilami wyglądają, jakby byli totalnie odcięci od rzeczywistości.

Imone 

Wawrzyniaka 9

Total 6 Votes
0

Tell us how can we improve this post?

+ = Verify Human or Spambot ?

Comments

comments