Soupculture – wypij zupę, schrup naczynie!


Swoja przygodę z gastronomią rozpoczęli od food trucka w Warszawie, gdzie następnie otworzyli także lokale stacjonarne, a w październiku zawitali do Wrocławia. Jeszcze wcześniej eksperymentowali w stolicy swojego kraju, Kijowie. O kim mowa? O właścicielach niewielkiej póki co sieci barów Soupculture. Pierwszy dolnośląski bar wystartował pod Arkadami, zaraz przy autobusowo-tramwajowym przystanku, w pomieszczeniu o rozmiarach na oko 2 na 2 metry.

Soupculture na pierwszy rzut oka nie wyróżnia się niczym specjalnym. Ot, jeszcze jeden bar z zupami, powiecie. W dodatku jedynie wegetariańskimi i wegańskimi. Ekipę zza wschodniej granicy wyróżnia jeden, za to bardzo znaczący szczegół, mianowicie jadalne kubeczki, w których zupa jest podawana. Co ważne, kubeczki wypiekane na miejscu przy użyciu specjalnie zaprojektowanej na tę okazję maszyny, stojącej w centralnym punkcie niewielkiego SoupCulture.

Menu układane jest w cyklu tygodniowym – trzy pozycje lądują w nim na stałe, następna zmienia się w zależności od dnia. Nie zmienia się jedno, czyli nieobecność mięsa i tłuszczów zwierzęcych w procesie produkcyjnym. W pierwszej chwili nieco odstraszać mogą ceny, wahające się pomiędzy 10 a 12 zł. Przyznam, że sam złapałem się na narzekaniu w myślach na zasadzie – streetfood, bezmięsny, bez sztućców, sporo. Dość szybko jednak zmieniłem zdanie.

Zupy stoją w podgrzewaczach, kubeczki czekają gotowe na ladzie, więc sam proces obsługi zamówienia zamyka się maksymalnie w dwóch minutach. Na pierwszy ogień idzie zupa pomidorowa (12 zł), choć najbardziej ciekawi mnie sam kubek o wyraziście żółtym zabarwieniu. Jak się okazuje, nad jego recepturą pracowano przez długi czas, aby uzyskać obecną strukturę i smak. Ciekawostką jest, że opakowanie na zupę nie przemaka, nie rozmięka nawet przez kilka godzin. Zrobiłem taki eksperyment, trzymając resztkę wywaru w aucie i faktycznie udało się nie uronić nawet kropelki. Nie warto jednak czekać tak długo, bo ciasto pszenne z dodatkiem kurkumy zaskakująco nieźle smakuje. Momentami chrupie, nie zmienia smaku zupy i trzyma ciepło. Duże brawa za ten wynalazek, bo kiedy przypomnę sobie wrażenia po próbie zjedzenia talerzyka z otrębów, stosowanego m.in. przez osiem misek, byłem przekonany, że już nigdy nie podejmę próby zjedzenia czegoś, na czym znajdowały się wcześniej jakiekolwiek potrawy. Jak sama pomidorowa? Daleko jej do babcinej, jest niezwykle subtelna, kremowa, idąca w stronę słodyczy uzyskanej od pomidorów. Więcej doznań dostarcza krem z soczewicy (10,90 zł). Gęsty, ciężki niemalże, lekko pieprzny, a w końcowym odbiorze bardzo warzywny i wytrawny.

Problemy? Niespodzianką jest brak sztućców. Kubek, jak sama nazwa wskazuje, służy do picia, więc zupy z Soupculture rzeczywiście można traktować mocno streetfoodowo i przy użyciu jednej ręki wypić zupę i schrupać naczynie. Pewne kłopoty pojawiają się także w momencie dobrania dodatków – pietruszki, prażonej cebulki lub mieszanki nasion, których nie ma jak wymieszać i wraz z pierwszym łykiem w całości trafiają do przełyku.

Muszę otwarcie powiedzieć, że byłem raczej sceptycznie nastawiony do całego pomysłu Soupculture, ale wyszło intrygująco. Niewątpliwie smak zup mógłby wyrażać więcej, za to ich rozgrzewające działanie wpływa kojąco podczas listopadowych, coraz zimniejszych dni. Hitem jest sam kubek. Zjadliwy jak najbardziej, stanowiący wartość dodaną, a nie jedynie uzupełnienie wywarów. Ostatecznie jestem na tak, choćby za sam pomysł na kubki.

Soupculture

Świdnicka 43

FB

Total 20 Votes
1

Tell us how can we improve this post?

+ = Verify Human or Spambot ?

Comments

comments