Czego nie rozumieją media tradycyjne – na przykładzie gastronomii


To, że media tradycyjne poległy z kretesem w wojnie na szybkość newsów, to oczywiste. Bardziej zastanawiające jest, że zamiast robić wszystko, aby przyciągnąć potencjalnego czytelnika jakością, brną w bagno, z którego nie ma już odwrotu. I żeby nie było, wywodzę się z rodziny, w której się czytało – książki i papierowe wydania gazet. Ja sam w dzieciństwie miałem własną teczkę w osiedlowym kiosku, do której pani kioskarka zbierała mi wszystkie możliwe pozycje sportowe. Niektórzy kumple ze szkoły przezywali mnie gazeciarzem – nie gadżeciarzem – co bardziej mi schlebiało, niż obrażało. Zazwyczaj już przed ostatnim przystankiem na trasie dom-szkoła, kończyłem aktualne wydanie dziennika i na spokojnie mogłem zabrać się za prześledzenie co też słychać w tygodnikach. Co ciekawe zostało mi tak do dzisiaj, bo w dalszym ciągu, pomimo uzależnienia od internetu, kupuję codzienne periodyki o przeróżnej tematyce. Tytułów wymieniać nie będę, ponieważ chciałbym zachować odpowiednią jakość dyskusji w komentarzach na blogu, a obecny poziom napięć pomiędzy Polakami podpowiada mi, że mogłoby być gorąco.

Prawda jest jednak dla mediów tradycyjnych bardzo przykra. Ostatnie lata to kompletna zmiana układu sił na linii pomiędzy tradycyjnymi formami przekazu informacji, a internetem i wszystkimi jego dobrami w postaci Facebooka, blogów czy Twittera. Z jednej strony media tradycyjne utożsamiane są z rzetelnością dziennikarską i merytoryką. Dla przeciwwagi, blogi to wylęgarnia całego zła i braku jakości, podobnie zresztą jak żyjące z clickbaitu portale. Z drugiej jednak strony pewna część mediów tradycyjnych przenosi się do internetu, a właściwie każdy dziennik czy magazyn posiada własny serwis w sieci, próbując podejmować walkę na szybkość dostępu do wiadomości, co wydaje się być kluczowym elementem w walce o czytelnika, a co za tym idzie, reklamodawcę. Prasa codzienna powoli odsuwa się na bok i pozostaje mglistym wspomnieniem. Jedyną sensowną popularnością cieszą się dwa tytuły – Fakt i Super Express, co już samo w sobie pokazuje, jakiej wiadomości oczekują ludzie nie tylko w Polsce, ale i na świecie. Szybki, płytki przekaz, brak wymagań. Ale ta popularność spada drastycznie, a wedle ostatnich badań, w stosunku rok do roku, sprzedaż zmalała o około 7%, nadając jedyny możliwy kierunek ku zagładzie drukowanych mediów. Warto spojrzeć na cyfry. Jeszcze dziesięć lat temu nakład Gazety Wyborczej wynosił ponad 600 000 egzemplarzy, przy obecnych 180 000. Lider listy najpopularniejszych dzienników – Fakt, obniżył średnią sprzedaż z około 530 000 do 264 000 obecnie, natomiast mój ukochany od dziecka Przegląd Sportowy zaliczył spadek do poziomu około 30 000 sprzedawanych egzemplarzy, a więc właściwie zaginął, a wielka szkoda, bo to pozycja z niemal stuletnią tradycją.

O ile jednak niektóre z tych dzienników starają się radzić sobie – lepiej lub gorzej – w nowej rzeczywistości, nagrywają programy na YouTube, wchodzą w przekaz poprzez social media, tak inne absolutnie nie rozumieją, że czasy się zmieniły, rzeczywistość ich przerosła, a do niemal akademickich przykładów należą dwa dobrze znane nam w stolicy Dolnego Śląska dzienniki – Gazeta Wrocławska oraz wrocławska odnoga Wyborczej wroclaw.wyborcza.pl

Dlaczego wspominam te dwa tytuły? Otóż oba absolutnie nie kumają co wydarzyło się w ostatnich latach i czego oczekują od nich czytelnicy. Jeśli o mnie chodzi, to od takich mediów oczekuję wspomnianej wyżej rzetelności oraz dziennikarskiej uczciwości. Niestety, obie gazety poszły w klikalność, najgorszej maści klikalność, brak wartościowych treści i wybrały drogę na skróty. Postaram się Wam to opisać na przykładzie tak bliskiej mi gastronomii.

Co zrobiłby przed dwudziestu laty dziennikarz wrocławskiej Wyborczej, gdyby otrzymał od naczelnego polecenie stworzenia rankingu wrocławskich kawiarni? Wstał o szóstej rano, udał się do kiosku w celu zaopatrzenia się w dzienniki i udał na kawę do dwóch, może trzech miejsc. Czynność powtórzyłby następnego dnia i jeszcze pewnie kolejnego, a na podstawie notatek sporządził rzetelny ranking – subiektywny, bazujący na podobnych przesłankach, jakimi kieruję się choćby ja w doborze miejsc do zestawień ulubionych miejsc w mieście. Współczesny pismak, dziennikarz, copy writer wchodzi na serwis Tripadvisor, spisuje dziesięć najlepszych miejsc w rankingu i tworzy klikalny ranking. Dumnie może pochwalić się naczelnemu z liczby kliknięć, ośmieszając jednocześnie siebie, a własnych czytelników traktując jak durniów. Oto przykład numer jeden – ranking kawiarni z Wrocławia właśnie na wroclaw.wyborcza.pl (dziwnym trafem wpis już został usunięty). Powiecie – co w tym zdrożnego? Nic, poza tym, że tytuł krzyczy o najlepszych wrocławskich kawiarniach, nie zająkując się, że to gotowiec przechwycony z Tripadvisora.

W oparciu o dane z tego serwisu powstał także m.in. wpis o najlepszych pizzeriach, tyle że zabrakło w nich… najlepszych. Ciekawostką był także pomysł redakcji wrocławskiej Wyborczej na stworzenie cyklu pod tytułem Lunch we Wrocławiu. Oczywiście nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie jeden fakt – akurat tydzień wcześniej zabrałem się za taki cykl, o dziwnie brzmiącej nazwie… Lunch we Wrocławiu. Jak to jednak w wypadku tego wydawnictwa bywa, pomysł przetrwał jedynie chwilę, ktoś w redakcji zorientował się, że restauracje nie podsyłają danych, a żmudny research należy przeprowadzić codziennie, samodzielnie. Co jednak ciekawe, Wrocław jest raczej ewenementem w skali Polski, bo np. w Krakowie czy Lublinie podobne rankingi pojawiają się w innej, bardziej subiektywnej formie po przetestowaniu kilku miejsc.

Ostatnio Wyborcza postanowiła podjąć popularny temat jedzenia na dowóz. Oczywiście nikt nie wpadł na pomysł, aby zabrać się za to jak sztuka dziennikarska nakazuje. Co to, to nie. Kto by tracił pieniądze i czas na zamawianie jedzenia. Ktoś na Solnym wymyślił to sprytnie – przecież na tym można jeszcze zarobić. W tym momencie do gry wkracza znany hejter WPK, pan spec od reklamy we wrocławskiej Wyborczej, Marcin Dobrowolski. Człowiek, który pod swoim nazwiskiem nie raz i nie dwa używał mało parlamentarnego języka w komentarzach pod moimi postami na FB. Nic to, nauczyłem się żyć z takimi, choć przyznam, że świadomość funkcjonowania takich ludzi w gazecie, zdecydowanie mnie od niej odrzuca. Pan z Działu Reklamy podumał i wymyślił – wydamy bezpłatny dodatek do Gazety, sfinansujemy go z reklam od restauracji i rozdamy gdzieś na ulicy. Pomysł genialny w swej prostocie i naiwności.

Oferta dla restauracji?

Dodatek Jedzenie na zamówienie w uwaga, oszałamiającym nakładzie 7000 sztuk. 7000, nie ma tu pomyłki. Zdradzę Wam, że podobne zestawienia na moim blogu czyta kilka razy więcej unikalnych użytkowników, w dodatku mocno sprofilowanych w tematyce gastronomicznej. Jakieś dodatkowe różnice? Takie tam drobnostki. Otóż ja nie pomyślałbym, aby pobierać od kogoś opłatę za obecność w takim rankingu czy też dodatku. Ba, ja nie pytałbym nikogo o to, czy chciałby się w takim rankingu znaleźć, bo jego obecność ustalam zawsze samodzielnie po wcześniejszej weryfikacji jakości. A tu bum – 1500 zł netto za całą stronę, tysiak za pół strony w dodatku rozdawanym na ulicy przypadkowym ludziom. Stawiam, że jakieś 60% tych wydruków trafiło do śmietników w pierwszych dziesięciu sekundach po rozdaniu. Ale, ale, to nie koniec. Początkowy deadline na zgłoszenia został określony na 13 października. Coś chyba jednak nie zagrało, bo na dwa czy trzy dni przed tą datą oferta została ponowiona, tyle że już z obniżoną o około połowę ceną, aby w kolejnych dniach zejść jeszcze niżej. Cóż, dupka zaczęła się palić, a naiwniaków brakowało. Ostatecznie dwunastostronnicowy dodatek pod tytułem Jedzenie na zamówienie wydano z czterodniowym opóźnieniem, 27 października, a wewnątrz znalazły się reklamy wszystkich możliwych firm dostarczających jedzenie z dowozem, Galerii Dominikańskiej, sieciowego sushi, cateringu i Pizzy Station. Doprawdy zacne towarzystwo.

Odpowiedzialność i uczciwość względem reklamodawców wydają się być w tym wypadku pojęciami nieznanymi. Jeśli proponujesz reklamę, stwórz wszelkie warunki do tego, aby człowiek, który za nią płaci, otrzymał maksimum korzyści. Tutaj korzyści lądują tylko po stronie pobierającego opłatę.

Spokojnie jednak, w nieodległej redakcji Gazety Wrocławskiej pracują także dobre ananasy. Jakaś nagroda należy się pomysłodawcy konkursu o wdzięcznej nazwie Wielkie odkrywanie Dolnego Śląska 2017. Tu się tyle dzieje, że nie wiem od czego zacząć. Pierwsza rzecz – konkurs na rok 2017 organizowany w sierpniu. To jednak szczegół, bo ważniejsze są zasady. Kto może wziąć udział w rywalizacji? Otóż każdy. Wystarczy zgłosić swoją restaurację, pizzerię, hotel czy atrakcję, a później już tylko zbierać głosy. Głosy wysyłane SMS-ami oczywiście, bez ograniczenia na jedną osobę naturalnie. Cóż w tym złego? Niemalże nic, poza naciąganiem biednych właścicieli, restauratorów czy pracowników na wiadomości o odpowiedniej treści, wysyłane za symboliczne 2,46 zł z VAT. Od pierwszego dnia zaczyna się bitwa na głosy. Namawiamy wszystkich pracowników, rodzinę i znajomych – wysyłajcie codziennie, a najlepiej dziesięć SMS-ów dziennie. W końcu możemy zostać najlepszą pizzerią na Dolnym Śląsku i wygrać – uwaga – voucher na 6000 zł do wykorzystania na… reklamę w Gazecie Wrocławskiej. No genialne, doprawdy. Nie wpadłbym na taki mechanizm. Na koniec zostawiam najlepsze, czyli wyniki, oczywiście w pełni sensowne, demokratyczne i oddające rzeczywistość.

Ocknęliście się już? Proszę, zatrzymajmy tę karuzelę śmiechu! A-BRA-DA-BLE, druga najlepsza restauracja w mieście. Śmieję się przez łzy ilekroć zerknę na ten screen. Ale idziemy dalej.

Czy tu potrzeba coś komentować?

Trzebnica zagięła Oleśnicę stosunkiem głosów 8 do 7, Wrocław został daleko w tyle z jednym głosem…

Taki cytat wpadł mi w oko:

Udział w plebiscycie Wielkie Odkrywanie Dolnego Śląska jest dla właścicieli ośrodków wczasowych i lokali gastronomicznych znakomitą promocją. Przez cały miesiąc na łamach tygodników, ukazujących się razem z Gazetą będziemy prezentować liderów rankingów. Będziemy ich przedstawiać także w naszym serwisie internetowym oraz na naszych fanpage’ach w serwisie Facebook. Taki zasięg gwarantuje skuteczną promocję – zaznacza Anna Bijak-Bednarska, dyrektor marketingu „Gazety Wrocławskiej”.

Że co, znakomitą promocją? To jest wystawianie się na śmieszność, zarówno ze strony właścicieli tych miejsc, jak i redakcję Gazety Wrocławskiej. Nie liczą się jednak opinie czytelników czy śmiesznych blogerów. Liczy się kasa – tysiąc głosów razy 2,46 zł, trzy tysiące głosów razy 2,46 zł, pięć tysięcy głosów razy 2,46 zł, i tak dalej. Kasa, Misiu, kasa.

Opiniotwórcza rola mediów powoli odchodzi do lamusa, zwiększa się natomiast popularność blogów. Dlaczego? Powody są dość jasne – te najlepsze zapewniają rzetelność, uczciwość, a przede wszystkim nie są anonimowe, a czytelnicy wiedzą kto stoi za takim projektem i rozumieją, że mogą tej osobie zaufać na podstawie wcześniejszych działań. Media tradycyjne podążają w drugą stronę. W stronę szybkiej i niespecjalnie rzetelnej informacji z krzykliwym tytułem, bez identyfikowania się z konkretnymi nazwiskami. Dziennikarskie autorytety? To jakiś relikt przeszłości według wydawnictw. Ja tego nie kupuję i tylko cholernie mi przykro, że niektórzy blogerzy idą w podobnym kierunku. Załamał mnie ostatnio widok konkursu na podobnej zasadzie jak ten z Gazety Wrocławskiej na jednym z blogów, gdzie na podstawie głosowania w ankiecie wybrać można najlepszą restaurację… Cóż, przykry widok, na szczęście ja ufam w inteligencję i właściwe wybory własnych czytelników, dlatego nie funduję Wam takich wątpliwych atrakcji. 

Czytujecie jeszcze drukowane gazety?

Total 39 Votes
5

Tell us how can we improve this post?

+ = Verify Human or Spambot ?

Comments

comments