Mama Manousch – sezonowo, z szacunkiem i dobrym smakiem


Gdzieś w tle śmieszno-żałosnego jarmarcznego spędu pod osłoną drewnianych budek toczy się życie wrocławskich restauracji w Rynku i na ulicy Świdnickiej. Jednym z miejsc, któremu jarmarczne budy zasłaniają dostęp do gości, a właściwie zasłaniają gościom dostęp do restauracji, jest Mama Manousch Co by nie było, Ci jarmarczni intruzi nie przysparzają uśmiechu na ustach właścicielom, płacącym za wynajem lokalu przez wszystkie 12 miesięcy w roku, a nie jedynie przez grudzień i końcówkę listopada. Nigdy nie zrozumiem tego dziwnie rozumianego szacunku miasta do najemców lokali w centrum.

Nieco na przekór, nieco spełniając Wasze prośby i podpowiedzi, odwiedziłem z żoną Mama Manousch, w któreś leniwe popołudnie, zanim jeszcze okolice centrum zakorkowała nadjeżdżająca z całego Dolnego Śląska masa aut. Tyle o jarmarku, wystarczy im już tej reklamy. Bardzo lubię wnętrze znajdującej się na samym początku ulicy Świdnickiej restauracji. Wrażenie robi antresola z prowadzącymi na nią zakręconymi schodami, uwagę zwraca kolorowy sufit, a nienachalne, niezobowiązujące wnętrze samo w sobie sprawia, że w środku można się poczuć jak w domu.

Pomimo wolnych stolików na dole, wybieramy miejsce na górze, gdzie jest bardziej intymnie, a ewentualne piski naszego młodziana nie będą tak słyszalne jak piętro niżej. Stolik przy barierce zapewnia widok na cały lokal, a przy tym stały dopływ naturalnego światła.

Karta została zbudowana w oparciu o jakościowe składniki, których dobór od samego początku od otwarcia restauracji nie jest przypadkowy. W każdej odsłonie menu pojawia się sporo akcentów sezonowych, dobrze znanych z polskich stołów produktów, ale także klasyków w dość nieoczywistych zestawieniach smakowych. Podczas naszej wizyty trafiamy akurat na jesienną odsłonę, zdecydowanie mięsną i pełną rozgrzewających akcentów.

Najpierw zostajemy ugoszczeni czekadełkiem w postaci wypiekanego na miejscu chleba, którego cudny aromat roznosi się po całym lokalu. Chrupiąca skórka, wspaniała siateczkowa struktura i kremowe masło. Doceniam proste, a zarazem pyszne produkty, dlatego duże brawa na początek, bo nie jest to zwykły chleb. Zdecydowanie czuć, że za jego przygotowanie nie odpowiada przypadkowa osoba.

Krem z cieciorki (16 zł) to wytrawna, kremowa, gęsta, a co za tym idzie mocno sycąca zupa, podkręcona dodatkowo mleczkiem kokosowym, ozdobiona czarnym sezamem, kiełkami groszku i olejem rzepakowym. Lekki, przyjemny początek, w sam raz na chłodny grudniowy dzień. Moja żona zastanawiała się pomiędzy zachwalanym tatarem i hummusem z buraków (19 zł), ale ostatecznie wybiera ten drugi. Na surową wołowinę przyjdzie czas przy kolejnej okazji, tymczasem nie możemy żałować decyzji związanej z pastą o szalenie intensywnym czerwonym kolorze i wyraźnej teksturze nie do końca zblendowanych strączków. Odpowiada mi to, że hummus nie jest za słodki, a świetną robotę wykonuje gładki olej. Prezentacja, jak to bywa w przypadku Mama Manousch, jak zawsze na najwyższym poziomie.

Nie możemy odmówić sobie także tutejszego specjału. Biodrówka jagnięca (57 zł) to trzy solidne kawałki soczystego, różowego mięsa, podanego z dodatkami jednoznacznie kojarzącymi się nadchodzącymi mrozami. Jest więc rozgrzewająca, skręcająca w słodką stronę, czerwona kapusta, konkretne i chrupiące z zewnątrz gratin z batatów, ale i rodzynki oraz intrygujący żel z kiszonych ogórków. Chciałoby się, aby każde restauracyjne danie cechowało się takim balansem smakowym i dokładnością wykonania. Jeśli właściciele Mama chwalą się tym daniem, to dobrze, że to robią, bo warto eksponować tak udane pozycje. Moje ragout z jelenia (38 zł) od pierwszego momentu podsuwa skojarzenia z lasem. Las, dzikość, a przy tym zniewalające kolory, jakie biją z talerza. Mięso jest idealnie miękkie, rozpada się na włókna, a gęsty sos pozwala wydobyć jego charakterystyczny aromat, towarzyszący dziczyźnie. Sam jeleń trafił na talerz w niebanalnym towarzystwie – porzeczek, marynowanego w soli żółtka, czarnej soczewicy i prażonych pestek słonecznika. Malutki kleks koziej śmietany stanowi dość wyraźną kontrę dla jelenia, ale na szczęście nie przyćmiewa go za mocno.

Mama Manousch to lokal, który ewoluuje, zachowując jednocześnie swój charakter. Widać, że na Świdnickiej nikt nie osiada na laurach, zauważalny jest rozwój, przy jednoczesnym szacunku do używanych produktów. Poszczególne zestawienia składników zaskakują, cieszy zamiłowanie do estetyki na talerzach, a także sezonowe podejście do projektowania karty. Mama Manousch, oby tak dalej!

Mama Manousch

ul. Świdnicka 4

FB

Total 7 Votes
0

Tell us how can we improve this post?

+ = Verify Human or Spambot ?

Comments

comments