Kasza i Pasza – pozytywne pomieszanie z poplątaniem


Ulica Komandorska wszystkim wrocławianom w moim wieku i starszym nierozerwalnie kojarzy się z doskonale pamiętaną lodziarnią, do której ustawiały się kilkusetmetrowe kolejki. Od tego czasu upłynęło jednak sporo lat, lody nie cieszą się już takim uznaniem, a dodatkowo nowy budynek Capitolu oraz jego przybudówka przysłoniły Komandorską, tworząc z niej cichą, ciągle remontowaną uliczkę bez większego znaczenia komunikacyjnego. W takim wypadku ciężko o łatwe życie dla przedsiębiorców, ale tam gdzie nikt nie chce, bardzo często swoją odwagę starają się prezentować osoby z gastronomicznym zacięciem. Trochę w ten sposób należy chyba wytłumaczyć obecność, pomiędzy wspomnianą cukiernią a ulicą Piłsudskiego, baru Kasza i Pasza.

Nazwa, pierwsza klasa. Ciężko zapomnieć, ciężko, aby nie rzuciła się w oczy. Lokalizacja, wiadomo. Niby centrum, niby blisko nasypu, a jednak, jak wspomniałem, na uboczu. Wnętrze lokalu to już jednak zdecydowanie moja bajka. Jeśli powiem Wam, że to taki trochę pokój cioci Krysi z 1983 roku, to będziecie potrafili sobie to zwizualizować? Meblościanka za barem, ława, a przy niej tak zwany wypoczynek, a ogólnie wszystko z innego świata. Świata przełomu lat 70. i 80., gierkowskiego dobrobytu i biedy zarazem. W każdym razie, widząc w jaki sposób umeblowano lokal, można w pewien sposób ustawić sobie nastawienie do tego miejsca. Od pierwszego przekroczenia progu wiadomo, że nie będzie to specjalnie wysublimowana część wrocławskiej gastronomii, ale na pewno z jajem i w pewnym sensie odjechanym jedzeniem.

Rzeczywiście menu przedstawia dość specyficzne, raczej nieznane mi wcześniej podejście do tematu. Nowa karta na każdy dzień, składająca się z kilku pozycji, to akurat klasyk. Zestawienie poszczególnych składników do klasycznych jednak nie należy, o czym za chwilę.

Kasza i pasza swoje wrota otwiera o godzinie dziewiątej w dni powszednie oraz godzinę później w soboty. W niedzielę dzień święty się tutaj święci. Raz udało mi się trafić na porę śniadaniową, nie omieszkałem więc skosztować tradycyjnej jajecznicy z niespecjalnie tradycyjnymi dodatkami w postaci sałatki z roszponki, pomidorków i nieśmiertelnego balsamico. Tego typu ozdoby na talerzu nie przemawiały do mnie nigdy, za to jajecznica jest ponadczasowa, a że w zestawie znalazły się jeszcze cztery kromki chleba i przyjemnie kremowy twarożek, uznaję, że o balsamico można zapomnieć.

W tym miejscu przechodzimy do prawdopodobnie najdziwniejszej zupy, jaką dane mi było jeść w życiu. Zaczynają się więc schody. Tajska zupa z makaronem ryżowym i pieczarkami, to w sumie po prostu pieczarkowa na wywarze z lekką nutą tajską w postaci odrobinki mleka kokosowego oraz klasyki w postaci kafiru i trawy cytrynowej. Odbiór jest przynajmniej kontrowersyjny, bo tak po prawdzie ani to pieczarkowa, ani tajska, wiec trochę pomieszanie z poplątaniem. Zdecydowanie lepiej wypada zupa curry z cukinią, a przede wszystkim przy każdym kolejnym łyku nie pojawia się zdziwienie powodowane smakiem. Jest faktycznie curry, przyprawa curry w sensie, i to czuć wyraźnie. Ale umówmy się, połączenie warzywnej zupy na zasadzie – sypiemy wszystkie warzywa, które mamy pod ręką, z curry to nie jest wcale taki zły pomysł. I tutaj to zagrało.

Prawdziwe cuda i dziwy dzieją się za to przy daniach głównych. Kopytka dyniowe są zwyczajnie świetne. Prezentują połączenie lekkości i delikatnej, tak pożądanej gumowatej tekstury. Gorzej tylko, że w ich towarzystwie leżą bliżej nieokreślone smakowo, pocięte w plastry buraki oraz skrojona w grube słupki marchewka. Marchewka pojawia się raz jeszcze, w formie surówki w osobnej misce, doprawionej… sosem rybnym. Uwierzcie, nie chcielibyście tego próbować. Niesamowite, jak bardzo jedna część całego dania może być świetna, a druga kompletnie niejadalna. Pyzy ziemniaczane faszerowane burakami i daktylami to ponownie tak przyjemna kleistość cista, a przy tym połączenie doprawdy absurdalne – nadzienie z buraka, połączone z daktylami i imbirem. Imbirem w ilości, jakiej nie używają chyba nawet Azjaci. Rozumiem zamysł eksperymentowania, ale tutaj ktoś poszedł chyba o krok za daleko, zwłaszcza łącząc to jeszcze z surówką z modrej kapusty oraz totalnie od czapy, rukolą i skarmelizowaną cebulką.

Na temat niektórych z potraw piszę trochę prześmiewczo, choć ogólnie nie wyszedłem z Kasza i Pasza niezadowolony. Wyszedłem totalnie zaskoczony i zszokowany wręcz, ale z uśmiechem na ustach. Widać, że ktoś próbuje tutaj na kuchni kombinować, a to rzecz niezwykle cenna w świecie kopiowania wszystkiego co do joty. Że nie zawsze wychodzi? Trudno, ale widać, że ktoś przygotowując te dania, wysila swój umysł. Obycie ze smakiem i stosowaniem poszczególnych składników jeszcze przyjdzie. Wierzę w to szczerze i mam nadzieję na rozwój, bo to naprawdę ciekawe miejsce, choćby dla podróżnych, szukających przyzwoitej strawy w okolicach Dworca Głównego.

Kasza i Pasza

Komandorska 4 a

FB

Total 13 Votes
2

Tell us how can we improve this post?

+ = Verify Human or Spambot ?

Comments

comments