Uroczysko Siedmiu Stawów – smaczny weekend pod Wrocławiem


Na początku stycznia podczas wyznaczania sobie celów na najbliższe miesiące, zamarzyłem, aby więcej podróżować. Za granicę, po Polsce, ale i najbliższej okolicy, w końcu najczęściej nie doceniamy tego, co wokół komina. Idealna okazja nadarzyła się, kiedy otrzymałem informację na temat fine diningowej odsłony festiwalu Restaurant Week. Fine Dining Week, znany dotychczas głównie w stolicy i Krakowie, pierwszy raz zawitał do stolicy Dolnego Śląska oraz do znajdującego się 40 minut drogi od Wrocławia Uroczyska Siedmiu Stawów. Słysząc tę nazwę od razu pomyślałem – to jest to, jedziemy.

Wyjazd okazał się o tyle wyjątkowy, że pierwszy raz od niemal czterech lat wybraliśmy się z żoną na weekend bez dzieci, które zostały z babcią. Dobre jedzenie, trochę luzu, wygodny hotel z atrakcjami – brzmiało jak dobry plan i rzeczywiście się udało.

Uroczysko Siedmiu Stawów jest eleganckim zespołem hotelowym, znajdującym się dosłownie pośród pól Goli Dzierżoniowskiej. Obstawiam, że do niewielu hoteli na świecie jechaliście takimi drogami. Po kilku kilometrach po zjechaniu z drogi wojewódzkiej delikatnie zwątpiłem i zastanawiałem się czy jednak Mapy Google’a działają właściwie. Okazało się, że jednak tak, a to wszystko sprawka znajdującego się tam renesansowego pałacu, który przetrwał kilka stuleci, aby doświadczyć ruiny w okresie powojennym. W obecnym stanie funkcjonuje od 2013 roku, zdobywając sobie coraz to mocniejszą pozycję na rynku hoteli w bezpośredniej bliskości Wrocławia.

Co prawda do Uroczyska udaliśmy się z zamiarem jedzenia samych dobrych rzeczy, ale udało się także skorzystać z innych dobrodziejstw kompleksu, w tym m.in. niemal dwudziestometrowego, przestronnego basenu, który co prawda znajduje się w innym budynku, ale bez obaw. Nie będziecie musieli się przebierać, aby do niego dotrzeć. Do basenu prowadzi podziemny tunel, potwierdzający tylko, że raczej nikt podczas remontu nie szczędził środków.

Cały hotel, jak i osadzona na parterze restauracja, łączą w sobie nowoczesny wystrój z zachowaniem oryginalnych murów pałacu. Klimatyczny jest dziedziniec z wiekowym drzewem, ciekawą opcją dla rodzin z dziećmi cały pokój, gdzie młodzianami zajmie się animatorka, z kolei kobiety mają szansę skorzystać ze sporej oferty masaży w tutejszym SPA.

Niewątpliwie Uroczysko Siedmiu Stawów to odpowiednia opcja dla osób, dla których hotel nie stanowi jedynie miejsca do noclegu, a raczej miłośników wszelkiego rodzaju dbałości o własne zdrowie oraz samopoczucie. Przyznam, że zazwyczaj decyduje się na hotele będące bazą wypadową do dalszych wycieczek, ale w tym wypadku stało się nieco inaczej. Raz na jakiś czas ciężko narzekać również na tego typu weekendowe rozrywki spod znaku błogiego lenistwa. Domatorem nazwać się nie mogę, ale jest coś magicznego w panującej tu ciszy, otaczającej naturze i pewnej tajemniczości odremontowanego hotelu.

No dobra, ale co z kuchnią? Szefem Kuchni jest zdobywający wcześniejsze doświadczenia w Wielkiej Brytanii i Food Art Gallery, Damian Chajęcki. Jako że przyjechaliśmy kilka godzin przed planowaną kolacją z okazji Fine Dining Week, nie było miejsca na próżnowanie, i jeszcze przed pierwszymi długościami na basenie, zdecydowaliśmy się na szybki obiad ze standardowej karty restauracji. Autorskiej karty Szefa Kuchni, który nie ogranicza się na siłę jedynie lokalnymi składnikami, śmiało korzystając choćby z owoców morza.

Na początek otrzymujemy pieczony na miejscu chleb z solonym masłem. Doprawdy świetne pieczywo, nie za suche, konkretne. Nie lada gratką dla miłośników jedzenia jest intensywny w smaku kark z dzika z karmelizowaną gruszką, pietruszką, kasztanami oraz gratin z wędzoną śliwką. Estetyka podania na tak, jakość również, podobnie jak i ogrom skondensowanych aromatów na centymetr kwadratowy. Poszliśmy też w opcję banalną wydawałoby się, bo w tagliatelle z grzybami leśnymi, truflami i parmezanem. Rozumiecie ten skład? Umami w czystej postaci, do tego przygotowywany na miejscu makaron. Do tej pory zdarza mi się o nim śnić, a to niby tylko makaron.

Po jednym obiedzie, wymoczeniu się na basenie i chwili odpoczynku, przyszła pora na właściwą kolację w ramach festiwalu Fine Dining Week, będącego naturalnym przedłużeniem Restaurant Week, tyle że w wersji nieco bardziej eleganckiej. Kwota takiej kolacji dla jednej osoby to koszt 119 zł, co pamiętając o cenach w finediningowych restauracjach, gdzie ceny za degustację rozpoczynają się raczej od 250 zł, to przyzwoita opcja, aby rozpocząć przygodę z taką formą kuchni. Choćby w kwestii ciekawostki.

Carpaccio z ośmiornicy w cytrusowym klimacie z pieprzem espelette przyjemnie nastraja przed dalszą częścią degustacji. Cieniutko skrojona, niemal przeźroczysta ośmiornica właściwie rozpada się podczas każdego dotknięcia sztućców, a powiązanie z cytrusami przywołuje na myśl wspomnienie o ceviche, tworząc smakowitą, orzeźwiającą kompozycję. Krem z kalafiora to zupa o niezwykle gładkiej teksturze, pełna smaku, choć odnoszę wrażenie, że raczej nie do końca na poziomie oczekiwanym od fine diningowej kolacji.

Za to raviolo z królikiem pozwala spełnić mokre sny na temat tego dania. Ciasto idealne, miękkie, odpowiednio sprężyste, naładowane pełnym smaku farszem z mięsa o niemalże kremowej fakturze. Potwierdza spore umiejętności Szefa Kuchni, a talerz uzupełniają trochę przesadnie octowe pomidorki cherry oraz charakterne, dobrze kontrujące lekkość królika rybne bouillabaisse. Jeszcze lepiej wypada karkówka sous vide z cudownie aksamitnym sosem. Mięso rozpływa się w ustach, a seler w dwóch postaciach tylko podkreśla jego moc. Wielkość porcji sugerowałaby raczej na polską odsłonę fine diningu, na zasadzie – ważne, żeby talerz nie był zbyt pusty. Piszę to bez złośliwości, a jedynie z dbałością o swój żołądek, który już w połowie drugiego dania głównego powoli dawał sygnały, że pora kończyć to ucztowanie. Na to jednak nie było czasu, ponieważ przed właściwym deserem, wjechał jeszcze predeser.

Obie słodkie pozycje kończące kolację był wariacjami na temat czekolady. Ale wbrew pozorom wcale nieprzesadnie słodkimi, dobrze zbalansowanymi, w skład których wchodziły m.in,. praliny, krucha rurka, krem czy lody.

Pobyt zakończyliśmy klasycznym hotelowym śniadaniem, podczas którego do wyboru poza szwedzkim stołem są również jajeczne dania ciepłe, przygotowywane na bieżąco przez kuchnię. Sama restauracja w Uroczysku składa się z kilku sal, co jest przydatne, kiedy chcielibyście porandkować albo po prostu odciąć swoje dzieci od innych gości w obawie o ich komfort. 

Czy warto wpaść do Uroczyska Siedmiu Stawów choćby na weekend? Jestem zdecydowanie za, a poza niewielką odległością od Wrocławia, wielkim atutem jest także panujący tu spokój. Wyobrażam sobie, że zwłaszcza w okresie wiosenno-letnim znajdujący się przed hotelem ogród może pełnić rolę fajnego, pełnego zieleni wybiegu dla dzieciaków oraz być miejscem do wylegiwania się w blasku słońca. Także miejscowa kuchnia powinna zadowolić co bardziej wybrednych smakoszy, a nieźle zaopatrzony w wino, piwo i mocniejsze alkohole barek, pozwoli na spędzenie wieczorów z bąbelkami w roli głównej.

Uroczysko Siedmiu Stawów Luxury Hotel

Gola Dzierżoniowska 21

FB

Total 8 Votes
2

Tell us how can we improve this post?

+ = Verify Human or Spambot ?

Comments

comments