Dlaczego nie chodzę do restauracji na Walentynki?


Nigdy nie rozumiałam, dlaczego ludzie nie lubią Walentynek. Przecież to takie fantastyczne święto, pełne radości, miłości i dobrych słów. Przecież na „Kocham Cię” nie ma limitu. I mimo tej całej komercyjnej otoczki, mimo tego, że miejsce w restauracji trzeba rezerwować nawet w połowie stycznia, mimo że od tych serduszek na facebooku kręci się w głowie – obchodzę to święto i szczerze uwielbiam je! I nigdy, ale to nigdy nie zrozumiem osób, które go nie lubią i nie obchodzą.

Spokojnie, to nie moje przemyślenia. Znalazłem je na jednym z blogów. Nie żebym był jakimś ogromnym przeciwnikiem świętowania 14 lutego, ale chyba wynika to z mojej przekornej natury, że nie przepadam za tym szaleństwem dziejącym się zazwyczaj w Walentynki, Tłusty Czwartek czy w dzień przed wolną niedzielą. Ba, nie znoszę tego wariactwa przed każdymi świętami. Trzeba kupić wtedy szesnaście bochenków chleba, trzynaście kilogramów karpia i tysiąc jajek. Bo może zabraknie. Nie dla mnie jest wystawanie w kilometrowych kolejkach po pączka akurat tego jednego konkretnego dnia, kiedy 24 godziny wcześniej mogę to zrobić bez straty choćby minuty. Jak to zawsze u nas, ze skrajności w skrajność. Od niejedzenia pączków przez cały rok, do wciśnięcia w siebie 13 w przeciągu jednej doby. Podobnie z Walentynkami. Czy akurat 14 lutego wszyscy muszą wyznawać swoją miłość, jak gdyby nie mogli tego robić przez pozostałe 364 dni w roku? Czy właśnie wtedy wszyscy muszą wyruszać do restauracji? No właśnie, do restauracji. Dzisiaj szybko i w punktach podrzucam Wam kilka moich przemyśleń na temat tego, dlaczego nie chodzę do restauracji w Walentynki. Szybko, bo wiem, że śpieszycie się na kolację z ukochanymi

200, 300, bez kozery powiem pińcet!

Taki przykład. Wybieramy się z żoną i dwójką dzieciaków na obiad do restauracji X. Na koniec płacimy rachunek – za obiad, deser i jakiś alkohol, 178 zł. Na początku lutego dzwonię zarezerwować stolik na Walentynki w tejże restauracji X. Oczywiście, oczywiście, zapraszamy. Nasza walentynkowa kolacja degustacyjna to zaledwie 200 zł od osoby, ewentualnie selekcja alkoholi dodatkowe 140 zł. I to do szóstego lutego, bo później całość będzie kosztować 400 zł. To nic, że przez cały rok narzekam, jakie to wysokie ceny w tych restauracjach. Teraz zapłacę trzy razy tyle, a co! Nic to, że kolację „degustacyjną” przygotowuje knajpka, w której na co dzień klepie się schabowego. Doda się kolendry, galaretki z kiszonego ogórka i będzie git. I tylko szkoda mi w tym wszystkim restauracji robiących degustacje w standardzie, bo ludzie się zrażają do tego typu atrakcji.

Tłumy

Stolik?! Wolny stolik?! Panie, na Walentynki to trzeba było rezerwować przed Świętami Bożego Narodzenia. Naprawdę można lubić świętowanie pośród tłumów niespotykanych w żadnym innym terminie?

Wyjście do restauracji nie jest czymś nadzwyczajnym

Kiedy chcę zabrać żonę do restauracji, robię to w poniedziałek, środę albo niedzielę, ale nie akurat w święto zakochanych, bo nie uważam, żeby to była jakaś nadzwyczajna atrakcja. Podobnie jak ma to miejsce z kinem. 

Róża dla żony. Nie weźmiesz róży dla żony?

Nie raz i nie trzy trafiłem w knajpkach lub przed wejściem na samozwańczych sprzedawców kwiatów, wciskających mi na siłę różę. Czerwoną oczywiście. Tylko wiecie co? Nie znoszę, kiedy ktoś mi coś wciska na siłę, a co gorsza, moja żona nie lubi róż.

Restauracjom czternastego dnia lutego każdego roku mówię zdecydowanie nie, za to zdecydowanie dobrą opcją jest zrobienie zakupów z dowozem, zaplanowanie fajnej kolacji, a przed kolacją zamówienie czegoś ekstra. Jako że z żoną kochamy słodkości i niespecjalnie przejmujemy się niedawnym Tłustym Czwartkiem, za pomocą aplikacji Wooopit zamawiamy pączki z opisywanego już wcześniej Bite a Donut.

Wydawałoby się, że przejedzenie pączkami po czwartku będzie trzymało mnie przez kilka dni, ale wystarczyło tylko jedno pytanie do żony – masz ochotę na pączki? Odpowiedź mogła być tylko jedna, więc odpaliłem aplikację, skorzystałem z obniżonych ostatnio stawek za dowóz w Wooopit, płacąc 4,95 zł za dostarczenie do biura i po niespełna godzinie w spokoju mogłem udać się z pakunkiem w kierunku mieszkania. 

Oferowane przez Bite a donut pączki, a właściwie donuty należą zdecydowanie do foodpornowej rodziny wypieków mających wyglądać, robić wrażenie od pierwszego momentu i oferować jak największą liczbę kalorii. O ile zdecydowanie doceniam mocno rzemieślniczą robotę wykonywaną przez cukierników w takich miejscach jak Łomżanka czy Gigi Cafe, tak raz na jakiś czas po prostu mam ochotę na zjedzenie takiego ogromu słodkości bez oszukiwania samego siebie, że szukam zdrowia czy niskiej ilości kalorii. Nie, biorąc specjały od Bite a donut akceptujesz ich zasady gry i rozpoczynasz pojedynek nie do wygrania, bo natężenie słodyczy na centymetr kwadratowy w tych wypiekach jest ogromne.

Po przetestowaniu w sumie pięciu – spokojnie, nie zjadłem wszystkich – ucieszyła mnie lepsza, niż ostatnia struktura ciasta. Było bardziej puszyste i miękkie, a przy tym tak samo naładowane dodatkami na górze. Rozpustą do granic wszelkich możliwości jest donut Milka Toffee Wholenut. Nie dość, że z mleczną czekoladą i orzechami laskowymi, to dodatkowo jeszcze nadziany kremem toffi. Słodkości wypływają w tym wypadku dosłownie z każdej dziurki. Moim faworytem pozostaje jednak krówka, z drobinkami tychże cukierków na górze. Tutaj nie ma miejsca na kompromisy. Polany czekoladą i kilkoma gwiazdkami Magic stars donut, to przy krówkowej wersji niemalże opcja dietetyczna, a na jeszcze bardziej ubogiego krewnego tej dwójki wypada klasyczna wersja z cukrem pudrem, o której w pewnym momencie pomyśleliśmy, że jest wręcz niespecjalnie słodka. Na zakończenie przychodzi jednak kolejne uderzenie glukozy w postaci białego Kinder Bueno. Biała czekolada i kruchy wafelek dopełniają dzieła zniszczenia. Po takim zestawie można już na spokojnie położyć się do łóżka i iść spać, bo nic więcej tego dnia wcisnąć się nie uda.

W dalszym ciągu traktuję Bite a donut w formie ciekawostki, ale takiej właśnie odpowiedniej np. na Walentynki, kiedy okłamujemy sami siebie, że można pozwolić sobie na więcej. Ile te donuty mają kalorii? Wolicie nie wiedzieć, podobnie jak ja. Ma być słodko i było, ma być foodpornowo i jest. Decyzja należy do Was.

I błagam, nie wmawiajcie mi w komentarzach, że jestem idiotą, bo nie lubię Walentynek, że nie mam Wam narzucać własnego zdania czy też, że jestem starym repem, który na wszystko narzeka. Piszę tu tylko swoje przemyślenia na temat restauracji w tym konkretnym dniu. Zamiast przepłacać, wolę zabrać żonę na kolację za dwa dni, a 14 lutego zrobić coś fajnego w domu, położyć dzieci wcześniej spać i cieszyć się życiem, a nie bić z Januszem, który wcisnął się w kolejce po stolik przede mnie, myśląc, że zaimponuje tym samym swojej Andżeli. Sorry, szkoda mi czasu i nerwów na takie atrakcje.

Bite a donut Wooopit

Total 14 Votes
0

Tell us how can we improve this post?

+ = Verify Human or Spambot ?

Comments

comments