Basket Bar – dla fanów koszykówki


Jest rok 1995, lato, cały dzień spędzam z kumplami poza domem, głównie bawiąc się we wszystkie możliwe formy sportu. Na moim podwórku o dziwo nie króluje piłka nożna, za to od wczesnego poranka do ciemnej nocy non stop słychać miarowe odbijanie piłki. Tej pomarańczowej, koszykarskiej, gumowej i taniej, ale nie jakość piłki jest tu najważniejsza. Ważna jest zajawka, młodzieńcza miłość niekoniecznie do rówieśniczek płci piękniejszej.

Z czasem ta miłość przeradza się w coś więcej, ale to zrozumiem dopiero po kilkunastu latach. Do śniadania, obiadu i kolacji czytuję Magic Basketball, Pro Basket i nasz polski Basket, dowiadując się, że istnieje ktoś taki jak Michael Jordan, że czykagowskie Byki to coś więcej niż klub, a w poniedziałki po szkole pędzę jak oszalały, aby zdążyć na legendarne Hej, hej, tu NBA, jedynego w swoim rodzaju Włodzimierza Szaranowicza.

Równolegle do herosów zza oceanu w mojej świadomości pojawiają się bogowie z Wrocławia – Maciek Zieliński, Adaś Wójcik czy Dominik Tomczyk, ale i absurdalnie słaby, a jednocześnie trochę romantyczny Kakha Szengelija. Koszykarski Śląsk Wrocław przełomu wieków znaczył dla nas więcej, aniżeli każda gwiazda z NBA. Nigdy wcześniej, ani niestety nigdy później nie będzie miał miejsca taki koszykarski boom. Każdy chciał być Zielonym czy Oławą, każdy chciał grać w kosza. I każdy grał, zwłaszcza starsi. My, osiedlowe podlotki, mogliśmy jedynie liczyć, że kosze nie będą zajęte z samego rana i zaraz po przebudzeniu mogliśmy przyjść porzucać. Popołudniowe terminy zarezerwowane były dla nasto i dwudziestolatków, nam pozostawało kibicowanie. Czasami przyfarciło mi się i mogłem wejść do gry na minutę za kontuzjowanego starszego kolegę, bo do osiedlowej starszyzny należał mój szwagier.

Wydaje mi się zresztą, i potwierdzi to każdy wrocławianin od urodzenia, że koszykówka we Wrocławiu była czymś więcej, niż tylko zabawą w sport. To był społeczny fenomen, bo o baskecie po prostu się mówiło. Wspominam te lata z wielkim rozrzewnieniem i sentymentem, a wypełnionej ponad kompletem ludzi na trybunach Hali Ludowej nie zapomnę nigdy. I nawet teraz pisząc te słowa w kąciku oka kręci się łza wzruszenia.

Dziesięć lat później studiuję już na AWF, a jednocześnie dziennikarstwo i marzę o pisaniu o koszykówce. Zakładam swój pierwszy blog, właściwie uczę się pisać, szkolę warsztat i chłonę wszystko co związane z tą dyscypliną. Po kolejnych dwóch latach piszę dla jednego z trzech najbardziej popularnych portali o baskecie w kraju, tworzę nierzadko po trzy teksty dziennie, a w nocy oglądam mecz za meczem. Sam do tej pory nie wiem jak łączyłem jednocześnie pracę w gastro, nocne oglądanie meczów, studia, a w pewnym momencie także pracę w szkole. Jakoś się udawało, aż do momentu pojawienia się dzieciaków, konieczności wstawania, a o tym, że nie zostałem koszykarskim dziennikarzem ostatecznie zadecydował zarówno brak siły przebicia, jak i rozwój… Wrocławskich Podróży Kulinarnych.

Początek 2018 roku, znowu Wrocław. Przy ulicy Powstańców Śląskich powstaje Basket Bar. Chyba spóźniony przynajmniej o jakieś 15 lat, pełen koszykarskich gadżetów, z maszyną do rzucania, archiwalnymi fotkami i trzema telewizorami, na których bez przerwy lecą mecze.

Długo zastanawiałem się w jaki sposób napisać o tym miejscu. Miejscu tak bardzo z mojego świata, choć tak bardzo nie z moich rejonów miasta. Miejscu, w którym poza połykanymi jeden po drugim meczami koszykówki, zjeść można pizzę. Uczciwą, choć raczej mieszczącą się w średnich rejonach wrocławskiego poziomu.

Ciasto garuje 24 godziny, co dobrze wróży i świadczy o tym, że ktoś odpowiadający za jego przygotowywanie ma o tym pewne pojęcie. Sama pizza trafia na mój umalowany w boisko do koszykówki stolik z pewnym opóźnieniem. Jest mocno spieczona, z chrupiącymi, aczkolwiek ledwie wyrośniętymi rantami, po przekrojeniu których widać jakiś zalążek wpływu czasu leżakowania na strukturę. Ciężko byłoby się obrazić gdyby sos poszedł mocniej w stronę słodyczy, aniżeli kwasowości, ale powiedzmy sobie otwarcie – za 12 zł nie będzie Wam łatwo znaleźć drugą taką pizzę.

Na koniec trochę smutku. Podobnego do tego, który towarzyszy mi od lat, kiedy koszykówka we Wrocławiu została zmarginalizowana i właściwie nie istnieje. W trakcie jedzenia podszedł do mnie – jak sądzę – właściciel, który podpytał o jakość pizzy, choć ważniejsze było to, że po chwili mocno się rozwinął i opowiedział o Basket Barze więcej. Basket Barze będącym spełnieniem marzeń zakręconych na punkcie koszykówki marzycieli próbujących dodatkowo bawić się w pizzaiolo. Usłyszałem o problemach z najemcą lokalu, niskich obrotach, braku koncesji na piwo czy kłopotach, na szczęście chwilowych, z transmisjami meczów, ale i marzeniach stworzenia podobnego konceptu, tyle że w przeszklonej hali na rondzie nieopodal.

I tak słuchając o tym wszystkim, odezwała się moja wewnętrzna miłość do koszykówki i w sumie niewytłumaczalna sympatia do chłopaków z Basket Baru, choć przecież się nie znamy. Tak sobie myślę, że mogę zrobić jedną rzecz i kompletnie bezinteresownie poprosić Was, fanów basketu spośród czytelników WPK, abyście wpadli do nich na pizzę, ale i na mecz, wspólne oglądanie ligi polskiej, NBA czy Euroligi oraz meczów Ślęzy Wrocław czy na turniej NBA na konsolach, bo takie tez się odbywają. Bo jest w nich coś, dzięki czemu można ich polubić. Osobiście ściskam kciuki za powodzenie i za marzenia, a przy tym za sukces Basket Baru. Koszykarscy wrocławianie, pomożecie?

Basket Bar Wrocław

Pl. Powstańców Śląskich 1/105

FB

Total 38 Votes
6

Tell us how can we improve this post?

+ = Verify Human or Spambot ?

Comments

comments