Różowa Krowa – konkurencja dla Misia?


Jeśli chodzi o bary mleczne, to we Wrocławiu zostało ich już tylko kilka. Obecnie nie odgrywają już tak znaczącej roli jak niegdyś, pomimo że do tej pory do niektórych ustawiają się długie kolejki w godzinach obiadowych, czego najlepszym przykładem Miś. Osobiście opisałem chyba każdy z nich, a ostatnia relacja – z Mikrusa, pojawiła się rok temu. I kiedy wydawać by się mogło, że klimat dla barów mlecznych w tym mieście zanika, ustawodawcy co jakiś czas próbują ograniczać dotacje, nie z tego, ni z owego tuż przy Dinette naprzeciwko Opery wystartował… bar mleczny Różowa Krowa

Design jest taki jakby… nowoczesny, z nowego świata, wnętrze na pierwszy rzut oka w sumie też – przestronne, jasne, z możliwością płacenia kartą i tablicą kredową, na której wypisane są dostępne dania. Nie ma więc tradycyjnej opcji z wyjmowanymi karteczkami jak w Misiu czy Mewie, są za to nierozerwalnie powiązane z mleczakami tacki pod talerze oraz pomidorowa z koncentratu, ale o jedzeniu za chwilę.

Czy ceny są rodem z baru mlecznego? I tak, i nie. Nie jest tak potwornie tanio jak w Misiu, choć to może kwestia tego, że pewnie są to kwoty jeszcze bez dotacji na produkty mączne. Za pierogi ruskie zapłacicie 8.50 zł, za placki ziemniaczane 5 zł, a zestaw z piersią z kurczaka 13,90 zł. Bardziej te kwoty pasują mi do osiedlowych barów z każdego zakątka miasta, aniżeli baru mlecznego. 

Ciekawostką są śniadania, serwowane w tygodniu od dziewiątej. Jajecznica na maśle (3,40 zł) wygląda i prawdopodobnie pochodzi z jajek w płynie, smakuje absolutnie kartonowo, a na pewno nie naturalnie, natomiast dołączona do niej bułka wygląda jakby wyciągnięto ją ze znajdującej się zaraz obok Żabki, ale wiecie, z samego końca półki, tam gdzie zdarza się zapodziać najbardziej niedopieczonym okazom jeszcze przez dwa dni.

Pomidorowa z makaronem za 3 zł to niemalże synonim pomidorówki z mleczaka, choć pewnie do ideału zabrakło przynajmniej kapki śmietany dla zabielenia. Mimo szczerych chęci, ciężko to zjeść, chyba, że przepadacie za gryzącym w przełyk kwachem.  W przypadku zupy jarzynowej naturalnie rozumiem, iż zima nie jest idealną porą do korzystania z sezonowych warzyw, ale rozgotowana mieszanka z paczki naprawdę nie wydaje mi złotym środkiem. 

Pewnego rodzaju wyznacznikiem jako takiej jakości barów mlecznych od zawsze pozostają pierogi ruskie. W tym wypadku dwukrotnie droższe od tych ze wspomnianych wcześniej przybytków. Czy dwa razy lepsze? Zdecydowanie nie, a ich szarawe zabarwienie wymusza zapytanie – skąd taki kolor? Nie wiem, zapewne to kwestia użytej mąki, widoczne plamki sugerują prawdopodobnie mąkę z mniejszego przemiału. W każdym razie nie wygląda to dobrze. Mało tego, ciasto jest najzwyczajniej grube, niedogotowane, co przywołuje myśli o mrożeniu. Farsz to głównie ziemniaki i pieprz, które tworzą mieszaninę, której daleko do smacznej, ale jednocześnie na pewno nie odrzuca wegetowym posmakiem, jak w wielu innych mleczakach.

Placki ziemniaczane z łyżką śmietany przygotowano ze zleżałych ziemniaków, stąd ich specyficzny, dla wielu odrzucający ciemny kolor. Trzeba jednak uczciwie powiedzieć, że to przyzwoite placki. Nie mają podejścia do babcinych, ale ktoś działający na kuchni w Różowej Krowie nieźle je doprawił, nie żałował pieprzu i cebuli, a chrupiąca skórka pozwala sądzić, że usmażono je przed chwilą.

Tuż po plackach do gry wchodzą naleśniki za całe 3,70 zł za dwie sztuki i tutaj naprawdę ciężko się czegokolwiek przyczepić. Kremowy, słodkawy ser, cieniutkie i podsmażone naleśniki, a na górze jeszcze cukier puder. Na deser w sam raz.

Dlaczego nie zamówiłem mięsa, spytacie. Otóż od dawna powtarzam, że mięso w barach mlecznych nie jest dla mnie, choćby ze względów historycznych. W końcu niegdyś w mleczakach królowały dania jarskie i tego bym się trzymał, a swoją rolą odegrała w tym wypadku również kwestia mojego zatrucia po zjedzeniu kotleta mielonego w Barze Wiking lata temu. Wybaczcie, raczej odpuszczam, tym bardziej, że ceny dań mięsnych w Różowej Krowie aż tak dostosowane do barów mlecznych nie są.

Każdy bar mleczny traktuję trochę jako ciekawostkę. Prawdą jest, że to dość ważny element gastronomii, zwłaszcza w miastach tak mocno studenckich, jak Wrocław. Różowa Krowa ani nie wybija się ponad te nasze klasyczne bary, ani specjalnie nie zaniża poziomu. Ot, bar mleczny jak kilka innych.

Różowa Krowa

Świdnicka 36

FB

Total 13 Votes
4

Tell us how can we improve this post?

+ = Verify Human or Spambot ?

Comments

comments