U Rycha – folklor w czystej postaci


W okolicach początku roku wrzuciłem na fanpage grafikę z prośbą o głosowanie na miejsca, z których chcielibyście przeczytać relację w najbliższym czasie. W sumie dla żartu wrzuciłem tam również legendarny w niektórych kręgach Bar U Rycha na Dworcu Świebodzkim, absolutnie nie myśląc o tym, że akurat ten przybytek zwycięży. Zwyciężył bezapelacyjnie, bez żadnych wątpliwości, a skoro tłum się domaga, wypada zrobić, choć do tej pory takich miejsc raczej unikałem, obchodząc je z daleka.

Historię opisanych poniżej dwóch wizyt należałoby rozpocząć od genezy powstania samego miejsca oraz dworca, bo choć większość młodych Wrocławian nie pamięta, to ten wybudowany w 1842 roku budynek aż do 1991 spełniał rolę dworca, z którego odprawiano pociągi. Natomiast w połowie lat 90. działalność rozpoczęło funkcjonujące do dziś największe i najbardziej popularne targowisko w stolicy Dolnego Śląska, gdzie od lat można kupić wszystko – od gaci po firanki, od zużytych butów po czosnek niedźwiedzi. Full wypas ze szczególnym naciskiem na produkty pochodzenia azjatyckiego w cenach nieprzekraczających kilkanaście złotych. Data – jedynie w niedzielę, handlową i niehandlową, zawsze. Ilość ludzi – niepoliczalna. Każdej niedzieli w okolicach Świebodzkiego przetaczają się tabuny wrocławian i nie tylko. Przeciskając się pomiędzy kolejnymi alejkami ze skarpetkami i butami, można odnieść wrażenie, że oto na zakupy przyjechało całe województwo.

Na stoiskach i w przymierzalniach odbywa się istna rewia mody, kolejni sprzedawcy nawołują do coraz to lepszych promocji, ale przecież ktoś tych ludzi musi nakarmić. Sprzedawców i kupujących. Jest więc budka z hot dogami, są krakowskie (!) precle, gofry, no i w punkcie centralnym, majestatyczny, zadaszony, mieniący się w słońcu pomiędzy zawiewającymi firankami bar, U Rycha.

Przy najbardziej zewnętrznym stoliku siedzi stara gwardia. Widać, że to stali bywalcy przynajmniej od dekady, jak nie więcej. Dzielnie dzierżą tutejszą oręż, czyli Żubra lub Piasta, koniecznie butelkowego, co dodaje powagi. Nikt nie zwraca uwagi, że jest dopiero 9.30. Tutaj życie toczy się według innego czasu, ustalanego przez dworcowy zegar. Niektórzy rozpoczynają pracę już kiedy zaczyna świtać, więc okolice dziesiątej to pora niemalże obiadowa.

A jest co zamawiać na ten obiad. Różnorodność podobna do tej na targowych stanowiskach – zupki chińskie, zapiekanki, knysza, a z bardziej przystępnych kiełbasa, karkówka, udko czy szaszłyk lub bigos. Całość wygląda dość komicznie, a standard pewnie niewiele odbiega od tego, co można tu było zastać w momencie, kiedy Świebodzki przeistaczał się w plac targowy. Ceny kiełbasy, karczku czy udka na pierwszy rzut oka wyglądają na niskie, ale musicie uważać, bo podawane są za konkretną wagę, której wielokrotność wskazują liczby na wadze, a sprzedający nam pan przelicza dokładną kwotę, przesuwając palcem po wydrukowanym cenniku z wyszczególnionymi kwotami za daną wagę. Wyższa matematyka w każdym razie, a przekaz podbija również brak kasy fiskalnej. Wszystko przechodzi tu z ręki do ręki, a podawane nam ceny po prostu musimy zaakceptować, nie do końca wiedząc, czy są prawdziwe, czy zależą akurat od kaprysu sprzedających.

Dużego farta trzeba mieć, żeby trafić na świeżo wyjęte z tłuszczu frytki, bo zazwyczaj po prostu czekają usmażone na siateczce. Choć w sumie sam nie wiem co gorsze – świeże i przesiąknięte tłuszczem czy zimne i wysuszone na wiór. Na gazie cały czas chodzą rozgrzane do czerwoności, wyszorowane czajniki, na grillu dosmażają się kiełbasy w towarzystwie karczku i udek, które to z kolei wcześniej przeszły fryturową kąpiel. Na siłę można by nazwać ten proces konfitowaniem, ale bardzo na siłę.

Ketchup do kiełbaski, musztarda, bułeczka? Tak, proszę dać. To 4,50 zł się należy. Nie ma nic za darmo, żebyście nie myśleli. Dokładnych cen nie znam, bo rozliczenie nie jest nigdzie dokumentowane, więc przykładowo za udko, szaszłyk, ketchup i wodę oraz frytki zapłaciłem 36 zł. Zapiekanka za piątaka, bigos trzy złote droższy, kiełbasa wyszła za 19 zł z frytkami.

Czy da się to zjeść? Pewnie wszystko się da, ale jedzenie tutaj można traktować jedynie w formie ciekawostki, bo na pewno nie kulinarnego doświadczenia godnego zapamiętania. Najchętniej używaną przyprawą jest tłuszcz, a dokładniej ten, na którym niemal wszystko jest smażone. Jedynie w szaszłyku, potwornie suchym szaszłyku dało się wyczuć coś na zasadzie przyprawy grillowej spotykanej w każdym sklepie w trakcie sezonu letniego. Najsensowniej wypada bigos, bo i ciężko spieprzyć bigos dokumentnie do tego stopnia, aby uczynić go niezjadliwym. Kiełbasa to klasyk znany z wszelkiego rodzaju imprez masowych, z ilością tłuszczu i wody przebijającą wszelkie normy przyzwoitości. Żurek podawany w plastikowym kubeczku do piwa niewątpliwe nie przeszedłby kontroli u babci, ale gdzieś na siłę można stwierdzić, że to żurek. Udko, choć myślałem, że to ciężkie do wykonania, wysuszono na amen, a skóra zamiast odchodzić i chrupać, wręcz przywiera do mięsa. Jakość kaszanki może przemilczę i cieszę się, że to nie mi było dane ją zamówić, natomiast posypana prażoną cebulką zapiekanka przywoływała początek lat 90., co chyba ciężko poczytywać za jej atut.

Jeśli Wasz żołądek ciężko znosi bitwy z takimi specjałami, lepiej ich nie próbujcie. Ba, w ogóle może lepiej tego nie próbujcie, bo umówmy się, czy ma to jakikolwiek sens? Na siłę można powiedzieć, że to miejsce ma swoją niepowtarzalną atmosferę, bo ma, ale przy całym dystansie do takich barów, ciężko stwierdzić, aby ta była budująca i pozytywna. To trochę taki wehikuł czasu, choć wydaje się, że czas tutaj nigdy nie ruszył. Podobnie sytuacja ma się z całym Świebodzkim, a niektóre produkty wyglądają jakby jeździły ze sprzedającymi właśnie od dwudziestu lat i nie chciał się znaleźć nikt, kto by je kupił. Ciekawostka przyrodnicza pośrodku pięknie rozwijającego się miasta, folklor w czystej postaci, a może po prostu prawdziwa twarz naszego kraju?

Total 29 Votes
9

Tell us how can we improve this post?

+ = Verify Human or Spambot ?

Comments

comments