Beer Geek Madness 2018 – intensywna noc


Mój zeszłoroczny zachwyt sprawił nad festiwalem Beer Geek Madness sprawił, że na edycję 2018 czekałem z niecierpliwością, przebierając coraz szybciej nogami, kiedy w kalendarzu zbliżał się kwiecień, a dokładnie jego siódmy dzień. Rozpoczęło się jednak od pewnego niepokoju, ponieważ również na ten dzień zaplanowano inaugurację sezonu żużlowego, podczas której miejscowa Sparta podejmowała mistrzów z poprzedniego sezonu, swojego odwiecznego rywala, Unię Leszno. Na szczęście organizatorzy sportowego wydarzenia chyba zdawali sobie sprawę, że wielu fanów czarnego sportu, to również miłośnicy dobrego piwa, więc mecz rozpoczął się na kilka godzin przed otwarciem bram do Zaklętych Rewirów. Sparta mecz zremisowała, ja napiłem się wody, którą ktoś raczy nazywać piwem, zjadłem kilka gryzów niespecjalnie zjadliwej kiełbasy, po czym prędko wskoczyłem do tramwaju kierującego się w stronę ulicy Krakowskiej, gdzie miała odbyć się druga ważna impreza tego dnia we Wrocławiu.

Zaklęte Rewiry, a bardziej dziedziniec przed nimi, przywitały mnie oraz przybyłą ze mną grupę współtowarzyszy z tramwaju niemałą, bo sięgającą kilkudziesięciu metrów kolejką. Moje szczęście polegało na pewnej przebiegłości oraz znajomościom, dzięki czemu odebrany przez znajomego bilet czekał na jednym ze stoisk gastronomicznych. Kiedy inni dusili się w słońcu i kolejce po odbiór pakietów wejściowych, ja zajadałem już pierwsze dania, pozwalające przygotować żołądek do nierównej walki z alkoholem.

Na początek trochę o jedzeniu właśnie, bo to jedna z kwestii, która uległa zmianie w porównaniu do poprzednich edycji. Food trucki z każdym rokiem wypierane są przez nieco bardziej zaangażowane kulinarnie stoiska, stąd obecność w tym roku Yemsetu, Taszki i Conceptu Stu Mostów, a więc trzech miejsc, które w komplecie mocno szanuję i stosunkowo często odwiedzam. Poza tym pojawiły się dwa standardowe na imprezach piwnych trucki – z pastrami oraz auto z kuchnią dowodzoną przez Walentego Kanię. Przy tym ostatnim warto na chwilę się zatrzymać, bo nie dość, że swoimi daniami z podrobów przyciągnął niemałe tłumy, to jeszcze miał spory udział przy produkcji jednego z piw, o czym jednak dalej.

Ramen w wykonaniu Yemsetu był niewątpliwe najlepszym, najbardziej kompleksowym i esencjonalnym ze wszystkich, jakie miałem okazję jeść z ich rąk. Świetne to było, proszę o powtórkę. Chyba każdy, kto miał okazję obcować z alkoholem w ilościach podobnych do tych, które spożywa się podczas festiwalu piwnego, wie, że mało co robi tak dobrze, jak tłuściutki ramen z makaronem. Zalecam zdecydowanie i gratuluję wyboru organizatorom. Yemsetu dzieliło namiot z Taszką, a że te dwie ekipy rozumieją się doskonale nie tylko pod względem kulinarnym, imprezę kończyłem właśnie z nimi, popijając jeszcze nieco mocniejsze trunki nabyte drogą kupna na znajdującej się nieopodal stacji benzynowej. Śmiechu jak zawsze było co nie miara, a na myśl przychodziły mocno rozrywkowe Gastro Nocki. Przedtem jednak posiliłem się lekkim, orzeźwiającym i mocno cytrusowym ceviche oraz kanapką z hiszpańską tortillą. Jak się okazało, przez pomyłkę zamówiłem również brioszkę z pulled pork, która może nie wyglądała, za to smakowała świetnie i miała jedną wadę – była za duża, przez co do strefy piwnej dotarłem z przynajmniej dwoma kilogramami obywatela więcej.

Szóstej edycji Beer Geek Madness przyświecało wiele wyjaśniające hasło przewodnie Intense, a obecność kilku zaproszonych na imprezę hiszpańskich browarów sprawiła, że ślad kraju z Półwyspu Iberyjskiego zauważalny był również w wywarach przygotowanych przez polskich rzemieślników. Jakie zmiany zaszły w porównaniu do poprzedniego roku? O zamianie skandynawskiego North na hiszpańskie Intense już było. Zwiększono ilość polskich browarów, co pozwoliło rozładować kolejki, i za to wielkie brawa. W ogóle odniosłem wrażenie, jakby było nieco luźniej, niż w poprzednim roku, a biletów sprzedano ponoć tyle samo. Bardziej tłumnie robiło się na głównej sali w momentach, gdy na scenie odbywały się poszczególne atrakcje – tańce, śpiewy oraz roast blogerów. Ten ostatni, delikatnie mówiąc, wypadł blado. Nie śledziłem dokładnie, bo atrakcja zmęczyła mnie po trzech minutach, ale wyglądało na to, że mało który z bohaterów na scenie wiedział co ma robić. Wydaje mi się, że sceniczne występy podczas tego typu festiwali z góry skazane są na niepowodzenie, a zainteresowanie nimi ogranicza się do minimum. Większość uczestników bardziej niż dyskusjami blogerów, zainteresowana jest zajęciem miejsca w kolejce po następne piwo.

Raz jeszcze pochwalić wypada pomysł organizacji – płacisz raz, pijesz ile chcesz. Tegoroczne 159 zł za bilet ze specjalnym szkłem uważam za absolutnie normalną i rozsądną kwotę, a zdecydowanie przestrzegałbym przed przeliczaniem jej na pojedyncze piwa. „W multitapie wypiłbym za to dziesięć różnych piw”. Owszem, ale płaci się nie tylko za piwo, ale i swego rodzaju atmosferę i specjalne podejście rzemieślników do piw warzonych z okazji BGM.

Właśnie, piwo. W końcu po to przeszło dwa tysiące osób przybyło na początku kwietnia do Zaklętych Rewirów. Poziom nie rozczarował, w wielu przypadkach można mówić o piwach europejskiej klasy, a jedyna, bardzo poważna wpadka jednego z wrocławskich browarów mam nadzieję, że była dziełem przypadku. Piwa o aromacie i smaku żygowin nie chciałbym już nigdy próbować. Pora na odświeżenie notatek i pamięci oraz krótki opis tego, co wydawało się najciekawsze w kwestii piwnej. Problemem z takimi imprezami jest oczywiście ilość spożywanego alkoholu. Jakkolwiek by się nie ograniczać i stopować, co chwilę spotyka się kogoś znajomego, z kim nie wypada stać przy pustym kieliszku. Stąd też w okolicach północy, a BGM rozpoczyna się o 18, przychodzi pewne zmęczenie, a pewne luki w pamięci można wytłumaczyć zmęczeniem. W każdym razie, jeśli myślicie, że to festiwal, na którym ktoś robi pod siebie i kompromituje się swoim zachowaniem, to zdecydowanie nie. Na Beer Geeku wszyscy są w lepszym humorze, z minimalnie rozbieganymi oczami, ale to swoisty, bardzo wciągający klimat bez grama złych emocji.

Zaraz po wejściu udałem się na mały obchód po salach z ustawionymi browarami, a pierwsze kroki skierowałem na stoisko Browaru Cztery Ściany. Ekipa z Trzebnicy przygotowała zdradliwego, bo 7,5% Farmhouse Ale z cytrusami. Hacjenda przyjemnie uderzała w zmysły cytrusami, a wysoka zawartość alkoholu w pierwszym momencie przeszła właściwie niezauważona. Dopiero lekkie kręcenie w głowie nakazywało się zastanowić czy to, aby nie za mocny początek. W rogu bocznej sali zaszył się oławski Probus z nową odsłoną mojego ulubionego Rasberi. Hopsberi to jego nachmielona odsłona, faktycznie z lekko zaznaczoną goryczką na końcu, ale w ogólnym odbiorze niespecjalnie różniące się od oryginału. I dobrze, bo to świetne piwo. Wróciłem po nie jeszcze dwa razy.

Absolutnie urzekła mnie Schiza Heretyka z Browaru Harpagan. Ten stout z dodatkiem kakaowca, kakao i kawy nie tylko pięknie pachniał i to do tego stopnia, że można by posądzić jego autorów o użycie aromatów, ale i smakował wybornie. Kremowe, kawowe, z balansem pomiędzy słodyczą i wytrawnością, świetne. Kilka razy powtarzałem Dżonka Tomka z łódzkiej Piwoteki. To trochę taka zupa Tom Kha w w formie piwa. Kafir, imbir, kokos, a do tego wszystkiego delikatna pikantność i kwaśność. Totalnie beer geekowe, totalnie odjechane, totalnie pyszne. Większej ilości kwasu zabrakło sąsiadującemu z Piwoteką browarowi Beer Bross w piwie KwassiMadness.

Brokreacja z kolei przygotowała prawdziwą bombę, bo do swojego CorrIPA dodała byczych jąder. Zgodnie z przewidywaniami, mięsny wkład nie wniósł nic do piwa, a sam trunek, pomimo pewnego odrzucającego odruchu przy pierwszym łyku, wypadł zaskakująco pozytywnie, z fajnym orzeźwiającym aromatem i wysoką goryczką. Taka przyzwoita IPA.

Un Temperamento Ardiente z browaru SzałPiw poszło mocno w słodką stronę, dla której kontrapunktem była dodana papryczka habanero. Rozgrzewające, ale dobre po całym zastępie kwaśnych i lekkich piw. W sam raz po nim warto było podejść do Browaru Zakładowego, gdzie ich orzeźwiającego Działkowca z brzoskwinią powtórzyłem chyba ze cztery razy.

Jednym z lepszych wywarów na BGM był leżakowany w beczce po winie Rioja Double Dybuk z mojego ulubionego browaru Golem. Przyjemna czekoladowa podstawa zmieszała się tu z beczkowo-winnymi wpływami, tworząc bardzo kompleksowe piwo, którego chciałoby się wypić więcej, ale jego moc niespecjalnie na to pozwalała.

GuacamALE z Browaru Kazimierz poszło w podobne klimaty jak wspomniana wcześniej Dżonka Tomka, choć osobiście uważam, że w tym wypadku zabrakło nieco charakterystycznej wyrazistości. Tej na pewnie nie brakowało imperialnej wersji genialnego milk stoutu Kara Mustafy. Złożony smak, gładka tekstura i to mocne kawowo-czekoladowe uderzenie na koniec, super. Po drugiej stronie smakowej, ale na podobnym poziomie jakości znalazło się Sangria Gose z Browaru Nepomucen. Fantastyczna rześkość, kwaskowość, lekka słodycz i podbijająca całość słoność. Jak dla mnie najlepsze piwo od teamu z Doliny Baryczy.

Jedno z najbardziej pojechanych piw zaprezentowała znana z wcześniejszych eksperymentów z kiszonymi ogórkami Piwowarownia. Browar ponownie poszedł w stronę gastronomicznych dodatków, ale skupił się na pomidorach. Ich dodatek w wersji festiwalowej do piwa Blada Marija zaistniał tylko w niewielkim stopniu, co bardzo mi odpowiadało, tworząc niezwykle intrygujący napój. Ostatnio dane mi było spróbować wersji butelkowej i tutaj ten pomidor dominował na tyle, że wypicie pół litra stanowiło zadanie nie do wykonania.

Dosłownie i w przenośni głowę rozwaliło Sourtense z dodatkiem guavy ze Szpunta. Pierwsze skojarzenie – mocno ziołowy aromat, drugie, już po pierwszym łyku – super pijalne, zwiewne, leciutkie i soczyste. Opamiętanie przyszło jednak po zerknięciu na tablicę, kiedy okazało się, że piwo ma 8,1% alkoholu. Jedno z ciekawszych na całym festiwalu.

fRISs freak z Widawy zdobył główną nagrodę Beer Geek Choice i choć pewnie znalazłbym kilka piw, które sprawiły mi więcej radości tego dnia, ciężko odmówić mu klasy. Kompletnie nie zgadzałem się również z zachwytami nad Lodołamaczem Sauvignon Blanc BA, czyli wymrażaną DIPA Wine BA z Browaru Spółdzielczego. Alkoholowość zabijała inne odczucia przy degustowaniu tego trunku i zastanawiałem się, w jaki sposób ktoś pijący to samo obok, mógł rozczulać się nad doskonale ukrytym alkoholem…

To tak na szybko o piwach, które zapadły mi w pamięć. Do tego doszło jeszcze kilkanaście innych polskich oraz zagranicznych, ale wybaczcie, pamięć w takich sytuacjach czasami bywa zawodna.

Impreza wydaje się być geekowska do bólu, czasami aż przesadnie, ale to właśnie ci mocno zakręceni na punkcie piwa ludzie tworzą jej klimat. Ja standardowo już unikałem najdłuższych kolejek, tracąc może jedyną szansę na wypicie konkretnych piw, ale pozwoliło mi to cieszyć się imprezą bez stresowania na zasadzie – to muszę, to koniecznie, a tamten sztos chcę dostać za wszelką cenę. Luz i dobra zabawa przede wszystkim. Beer Geek umożliwia spotkanie z ludźmi zakręconymi na temat piwa w stopniu podobnym do nas, pogadania, wymienienia uwag, ale i pośmiania się po prostu. Dzięki wszystkim czytelnikom, którzy zatrzymali się, zahaczyli, podeszli i porozmawiali. Nie ukrywam, że to bardzo przyjemne, a taki bezpośredni kontakt z Wami pasuje mi najbardziej. BGM 6 zapisuję na długo w pamięci i zaznaczam już w kalendarzu przyszłoroczną edycję, bo to impreza, na której po prostu warto się pojawić, pobawić, nieźle zjeść i wypić coś nieoczywistego. Beer Geek Madness, robicie to bardzo dobrze.

Total 4 Votes
0

Tell us how can we improve this post?

+ = Verify Human or Spambot ?

Comments

comments