Zjeść Kraków – Zazie Bistro, Dolnych Młynów i Cafe Lisboa


Do Krakowa przybyliśmy całą rodzinną gromadką niemalże równo po roku przerwy. Tym razem obyło się bez siedmiogodzinnej podróży powrotnej, choć autostrada w stronę Grodu Kraka ponownie nie rozpieszczała, więc swoje i tak straciliśmy na objazdach. To jednak jest najmniej ważne, taki urok autostrady A4. W końcu jednak, choć okrężną drogą, dotarliśmy do byłej stolicy Polski w celu odwiedzenia naszych wrocławskich przyjaciół, którzy chwilowo spędzają czas właśnie tam.

Plany, oczywiście te jedzeniowe, były ambitne, a priorytet ustawiłem tym razem na dwa miejsca – Zazie Bistro i Nolio. Rzeczywistość jak zawsze nieco je zweryfikowała, dlatego też zrealizowaliśmy 50% założeń. Kosztem włoskiego Nolio, odwiedziliśmy coś azjatyckiego, ale o tym zaraz. Ogólnie Kraków, choć nie jest aż tak rozwinięty kulinarnie jak Warszawa, w dalszym ciągu pozostaje miejscem, gdzie na spokojnie można by spędzić kilka dni i jeść bez przerwy dobre rzeczy.

Co do transportu jeszcze, to raczej przekonałem się, że ostatni raz wybrałem trasę autem w tym kierunku. Na miejsce w spokoju można dotrzeć w cztery godziny pociągiem, natomiast samo miasto wygląda na naprawdę sprawnie skomunikowane, więc nawet weekendowe podróże komunikacją nie stanowią problemu. A4 to z kolei wieczne korki – na bramkach i trasie, trzykrotny pobór opłat w kwocie w sumie 36 zł w jedną stronę i zwężenia do jednego pasa. Dziękuję, odpuszczam sobie takie atrakcje.

Po porannym spacerze klimatycznymi, pełnymi żydowskiej symboliki, ulicami Kazimierza, równo w południe ustawiliśmy się grzecznie pod lokalem Zazie Bistro z pewną obawą, czy aby na pewno trafimy na wolny stolik dla kilku osób. problemów nie było, obsługa uprzejmie skierowała nas na niższy poziom, gdzie nikt nie przeszkadzał nam, a nasze dzieci nie przeszkadzały innym.

Właściciele Zazie tytułują swoją restaurację francuską, choć w menu zarówno tym stałym, jak i codziennym, pojawiają się delikatne wpływy m.in. azjatyckie. Za każdym razem będąc w Krakowie przechodziłem obok Zazie i nie wiedzieć dlaczego, mój wzrok kierował się w stronę innych knajpek, dlatego też tym razem już nie mogłem odpuścić. Przesłanki są niczego sobie – wyróżnienia od przewodników Gault&Millau oraz Michelin, przypadkowe nie są.

Pierwsza myśl po przekroczeniu progu Zazie? Paryskie bistro położone gdzieś w bocznej uliczce, z ceglastym wnętrzem, ascetycznym wystrojem, ale i odpowiednią klasą. Menu dość rozległe, pełne francuskich klasyków – od zupy cebulowej po foie gras i mule, ale przede wszystkim bardzo przystępne cenowo. Nieprzypadkowo Zazie otrzymało Bib Gourmand od Michelin za dobry stosunek jakości do ceny.

Z karty wybieramy kilka pozycji i z burczącymi brzuchami czekamy na pierwsze przystawki. Chłodnik z botwinki na mleku kokosowym (19 zł) z grzanką pełną kalmarów doprawionych chili, zwiastuje świetny początek. Może nie jest to kuchnia francuska w dosłownym znaczeniu, ale pełnia i bogactwo smaków kupują nas w 100%. Młody zajada raviolo (23 zł) z nadzieniem ruskim ze skwarkami, podsuszanymi winogronami i czosnkiem niedźwiedzim. Żółte ciasto prezentuje się pięknie, słonina wraz z wytopionym tłuszczem pachną obłędnie, a wzmocniony aromatycznym czosnkiem miarowo wypływa ze środka.

Prawdziwa zabawa i uczta dla podniebień rozpoczyna się dopiero przy daniach głównych. Moje duszone w białym winie poliki wieprzowe (37 zł) nie tyle rozpadają się, co po prostu rozpływają przy każdym kęsie. Cudne kawałki mięsa, umiejętnie skomponowane z wyrazistym puree z selera oraz lekką nutą kafiru. Wyborne. Podobne pochwały można na spokojnie wysłać w stronę klasyki nad klasykami, a więc wołowiną po burgundzku. Tutejsze Boeuf Bourguignon (35 zł) to opcja niemalże dla całej rodziny, bo z talerza wyłaniają się ogromne ilości gotowanego przez kilka godzin mięsiwa o cudnie delikatnej strukturze, muśniętego jednocześnie dosadnie winnym aromatem. Ogromna kostka gratin oraz sałata mogą jedynie odgrywać role drugoplanowe w tej sytuacji.

Ogrom porcji w Zazie potwierdza również zapiekanka ziemniaczana z pieczoną kaczką (27 zł). Również tutaj wszystko jest na swoim miejscu, ziemniaki przygotowane w punkt, mięso soczyste, a sos z dodatkiem Fourme d’Ambert dosłownie skleja sprawnie całość w układankę doskonałą, choć ktoś mógłby powiedzieć, że to tylko zapiekanka. Tarta z kurczakiem (15 zł) z tymiankiem, kurczakiem i porem wygląda przy całej reszcie jak uboga krewna. Na szczęście smak wszystko wynagradza, a kremowe tekstura i chrupiące ciasto pasują do siebie, jak mało co. Na ten moment, to po Karakterze moje drugie ulubione miejsce w Krakowie.

Drugiego dnia zamiast do obleganego od otwarcia Nolio, wyruszyliśmy spacerem na ulicę Dolnych Młynów, gdzie w od dwóch lat w dawnych halach produkcyjnych funkcjonuje skupisko kilkunastu knajpek, barów, multitapów i klubów. Doskonały przykład na to, w jaki sposób wykorzystywać tego typu przestrzenie w sporych miastach. Niestety, w najbliższym czasie Dolnych Młynów zniknie  z mapy chętnie odwiedzanych destynacji w mieście, ponieważ jeden z developerów postanowił zrównać wszystko z ziemią i utworzyć nowe osiedle mieszkaniowe tuż przy centrum. Szkoda.

Na w sumie niewielkim, ale dobrze rozłożonym terenie znajdziecie całą gamę konceptów – kanapki, jedzenie azjatyckie, restauracje ze wszystkim i z niczym, miejsce na wino, piwo kraftowe, ale i wódeczkę oraz do potańczenia. Jeśli miałbym przyrównać Dolnych Młynów do jakiejś wrocławskiej lokalizacji, to na myśl przychodzi mi głównie Browar Mieszczański, choć dojście tam pewnie zajęłoby więcej czasu, a my z rynku dostaliśmy się na obiad w kilkanaście minut.

Pierwsza propozycja, która padła z moich ust – idziemy do Meat&Go z kanapkami. Niestety, choć ciężko w to uwierzyć, ale w wolną niedzielę rozpoczynają swoją działalność o godzinie 16. Wybór padł więc na Tao Restaurant&Club z azjatyckim fusion. Z zewnątrz wszystko wyglądało przyzwoicie. Spory ogród, zieleń dla dzieciaków, dużo obsługi.

Przyznam, że o ile właściwie nigdy nie narzekam na ceny, tak patrząc na cyferki w tutejszym menu, zapaliła mi się ostrzegawcza lampka. Wszystko staram się zrozumieć – lokalizację, koszty, produkt, ale pho za 39 zł, to już dość mocne ustawienie poprzeczki oczekiwań klientów. Ale, co ja tam wiem, może tylko bredzę. Ostatecznie zjedliśmy kilka dań, bo głód nie pozwolił na dalsze poszukiwania.

Absolutnie świetne okazały się spring rollsy w wersji mięsnej z cienko krojoną wołowiną (29 zł). Co oczywiste chrupiące, pełne smaku, mocno mięsne i szkoda tylko, że reszta potraw nie do końca trzymała ten poziom. Kompletną pomyłką okazał się mój Yaki Udon (39 zł). Pozbawiony smaku poza wysuwającym się na przód pieprzem, zalany ogromną ilością sosu, w którym gruby makaron po prostu pływał. Złe to było okrutnie. Lepiej wypadł pad thai (39 zł) choć jego ostry skręt w słodką stronę nie do końca mi odpowiadał. Towarzysze podróży nie narzekali, zaniepokoili się jedynie w momencie ujrzenia sporej dawki nierozpuszczonego cukru, którym posypano skończone danie. Gdzieś pomiędzy znalazł się sake teriyaki (45 zł), a więc smażony łosoś w wersji na słodko, z ryżem i warzywami. Ryba przygotowana zgodnie ze sztuką, soczysta, z przyjemną nutą.

Ostatnim przystankiem, niejako na osłodzenie sobie niespecjalnie pozytywnych wrażeń, była umiejscowiona również przy Dolnych Młynów, choć poza całym wspomnianym przed chwilą kompleksem rozrywkowym, Cafe Lisboa. Niewielka, ale ogromnie urocza portugalska kawiarenka prowadzona przez Polkę. Obecność ogromnych rzecz Portugalczyków świadczy chyba najlepiej o sprzedawanym tu produkcie, a ten jest właściwie jeden – Pastel de Nata, a więc słynne babeczki z nadzieniem budyniowym. Wspaniałe, słodkie, chrupiące, a dla chętnych również w wersji z cynamonem. Jedna sztuka to koszt 5 zł, zestaw z espresso, a więc kolejny klasyk, to ledwie osiem złotówek. Kolejka właściwe się nie kończy, ekspres co chwilę wyrzuca z siebie kolejne kawy, a co odważniejsi i spragnieni decydują się na lampkę chłodnego wina. Taki malutki portugalski przyczółek w Krakowie. Zdecydowanie polecam.

 

Wyjazd choć ekspresowy, to niezwykle udany. Na pewno towarzysko, kulinarnie na duży plus Zazie Bistro plus odkrycie Cafe Lisboa. Pewien niedosyt pozostał po Dolnych Młynów, ale zdaję sobie sprawę, że to mocno rozrywkowe, chilloutowe miejsce, gdzie pewnie lepiej spędza się czas bez trójki biegających dzieciaków. Ogólnie raz jeszcze przekonuję się, że Kraków ma swój niepowtarzalny urok i zwyczajnie chce się do niego wracać. My będziemy w tym roku na pewno jeszcze przynajmniej raz.

Total 2 Votes
0

Tell us how can we improve this post?

+ = Verify Human or Spambot ?

Comments

comments