Nie ma jak u mamy – jaki smak ma mama?


Wiele osób śmieje się ze mnie – wielki blogier, co to chadza po trzeciorzędnych barach, zamiast odwiedzać prawdziwe restauracje na poziomie. Cóż, dobre restauracje odwiedzam bardzo chętnie, ale nie ukrywam też, że lubię wszelkiego rodzaju bary osiedlowe, bo tam kryje się prawda. Prawda, a przynajmniej spora jej część na temat tego co jedzą i lubią wrocławianie oraz dlaczego takie przybytki mają się całkiem dobrze.

Ile barów we Wrocławiu odwiedziłem? Bez kozery powiem pińcet. Sporo tego było, sporo z nich już nie istnieje, a często w tych samych miejscach otwierają się kolejne. Domowe obiady, obiadki domowe, obiady jak u babci, babcine i mamine smaki. Ogólnie wszystko kręci się wokół tych kilku słów. Moje obserwacje jednoznacznie wskazują na dwie kwestie – albo babcie i mamy tych osób niespecjalnie potrafił gotować, albo właściciele okazali się niespecjalnie pojętnymi uczniami w kuchniach swoich rodzicielek, bo zdecydowana większość barów osiedlowych serwuje jedzenie na poziomie mojego gotowania w szkole podstawowej, kiedy pewnie jeszcze nie specjalnie widziałem różnicę pomiędzy wołowiną a wieprzowiną.

W każdym razie moje poszukiwania nie ustają. Staram się odwiedzać kolejne osiedla z tlącą się w tyle głowy nadzieją na wyszukanie oazy dobrego jedzenia, perełki z domowymi obiadami. Nie ma jak u mamy funkcjonuje na Wałbrzyskiej zdaje się od około dwóch lat, ale wcześniej nie miałem okazji, choć podchodziłem dwukrotnie. Niestety, brak miejsca do zaparkowania w promieniu 200 metrów nieco utrudnia sprawę, kiedy chcesz wpaść na szybki obiad pomiędzy jedną a drugą pracą. Do trzech razy sztuka, więc kiedy w końcu się udało, wypróbowałem tutejszych specjałów, a później raz jeszcze. 

Wnętrze faktycznie ma nawiązywać do babcinych klimatów, ale jak dla mnie ten klimat jest mocno naciągany. Biała komoda, pstrokate dodatki, jakoś mi to nie gra, choć przyznać trzeba, że jest czysto, a za darmowy kompot na każdym stoliku przyznaję pięć z plusem. Menu? Chyba nie muszę go specjalnie opisywać, bo to przekrój przez to, co w podobnych stanowi standard – pierogi, naleśniki, klasyczne zupy, schabowy, pierś z kurczaka.


Nie wiem skąd się to bierze, ale poziom zup jest nierówny niemal tak samo, jak ulica Pomorska. Żurek (7 zł) to konkretne uderzenie smaku majeranku i lekkiej wędzonki. Mocna rzecz, choć gęstość zupy podbito jeszcze mąką. Urzekły mnie ułożone na talerzyku obok ziemniaki gotowane. Tak jadło się u mnie w domu i faktycznie żurek przywołał dziecięce wspomnienia. Pomidorowa (7 zł) to z kolei najgorsza z retrospekcji. Lekki bulion zabarwiony koncentratem, czyli coś, czego nie trawię. Barszcz z krokietem? No cóż, przemilczę, bo trunek o podobnym smaku możecie kupić w kartonie na każdym rogu.

Równowaga jakościowa nie została zachowana również w przypadku dań głównych. Pierogi ruskie (11 zł), będące moim konikiem, to słabizna. Dla mnie oczywiście, bo wielu z Was pisało mi, że zjem w tym miejscu pyszne pierogi. Pozostaje sobie zadać pytanie – czy mój smak zawodzi, czy oczekiwania względem pierogów we Wrocławiu są tak niskie? Smak podobny zupełnie do niczego, pieprzny i ziemniaczany farsz, niespecjalnie sprężyste ciasto i wystarczy. Wystarczy, aby umieścić sobie w głowie myśl – nie przychodź tu nigdy na pierogi. Dewolaj z frytkami (24 zł) po przekrojeniu uzewnętrznia się wypływającym ze środka płynnym serem oraz tłuszczem. Danie znane z wesel w remizach lub restauracji zlokalizowanych przy głównych trasach mimo wszystko jest dokładnie tym, na co może liczyć zamawiający je gość. Chrupiący panier, sporo mięcha, karbowane fryty i surówka z białej kapusty. Naprawdę pyszne są placki ziemniaczane. W moim wypadku oczywiście ze śmietaną i cukrem. Usmażone na świeżo, nie z prochu, co zdarza się w wielu miejscach, z odpowiednią teksturą. Porządnie wykonana domowa robota. 

Nie ma jak u mamy? Chyba jednak moje wspomnienia z kuchni od mamy są nieco lepsze. Za dużo tu wpadek – pomidorowa i ruskie, choć żeby być uczciwym – to jedzenie nie odrzuca, nie zatrujecie się nim, a zdarzyło mi się to m.in. w jednym z barów mlecznych w centrum. Po prostu ktoś nie do końca ma wyczucie dobrego smaku, a swoje robi też pewnie presja kosztów i sporo jeszcze brakuje do ideału. Można podjechać w przypadku nagłego głodu, ale raczej nie zalecałbym jechania specjalnie z Psiego-Pola. 

Nie ma jak u mamy

Wałbrzyska 29

Total 7 Votes
1

Tell us how can we improve this post?

+ = Verify Human or Spambot ?

Comments

comments