Kebab Lab – ktoś tu nie uważał na laborkach


Po dość mocnym starcie, jaki zafundował wszystkim fanom kebabu we Wrocławiu KEBZ, oczekiwania względem tej dość mocno pejoratywnie postrzeganej fastfoodowej potrawy, urosły znacząco, i to pomimo tego, że KEBZ wcale nie wprowadził nic odkrywczego, a samo mięso wręcz kompletnie w ich przypadku zepsuto. Na pewno jednak należy ekipie z Nowowiejskiej podziękować za dużą pracę, jaką wykonano w temacie wizerunku kebabu i całej otoczki. Pod względem PR-owym, KEBZ z pierwszych dni działalności można ustawić na równi z najlepszymi.

Dlatego też, kiedy na fajsiku wyświetliła mi się informacja, iż w miejsce nieudanego projektu Wartburger Wege, powstaje Kebab Lab, w głowie zaświeciła się lampka, podpowiadająca, że trzeba to sprawdzić. Dlaczego pomyślałem o Kebab Lab, jako kolejnym miejscu, w którym kebab nie jest tym nijakim zawiniątkiem z paskudnym sosem i mięsem z mrożonki? Tego nie wiem, ale chyba naprowadziła mnie na ten trop nazwa – jakże inna od tych wszystkich Sultanów i Ramzesów. Lab brzmiało jakoś tak poważnie i zapowiadało – przynajmniej w moim wyobrażeniu – produkt dopracowany. Miało być świetnie, wyszło… jak wyszło.

Zaadaptowany po Wartburgerze lokal to właściwie klitka z miejscem na dwa opiekacze, grill i dwie osoby w kolejce. Jedzenie w środku kończy się tak, jak skończyło się to w naszym wypadku – koniecznością oddania garderoby do pralni. Smród smażenia odrzuca raz na zawsze. Już na wejściu zrozumieliśmy, że nie będziemy mieć do czynienia z tak spójnym pomysłem, jak w przypadku konkurencji z Nowowiejskiej.

Pierwsza, najbardziej grzejąca wyobraźnię kwestia to mięso. W Kebab Lab dostępne są trzy rodzaje – wołowina, baranina i oczywiście kurczak. Każde z nich, wedle informacji od obsługi, nabijane na miejscu, każde można dopasować do ulubionej formy spożywania kebabów – w chlebku lawasz, picie lub w kubełku. Żeby mieć szeroki przegląd oferty, zamawiamy cztery różne rzeczy, w tym także wegetariańską opcję z grillowanym serem halloumi.

Kwestia numer jeden – organizacja. Właściwie to jej brak. Początek co prawda jest całkiem obiecujący, bo zamówienie składa się przy kasie, natomiast produkt końcowy przygotowują od razu inne osoby. No i właśnie, czy od razu? Na wydanie pierwszego kebabu – z kurczakiem w lawaszu, czekaliśmy około 20 minut. Fast food to, to nie jest. Co ciekawe, poza nami w środku nie było nikogo, kto oczekiwałby na zamówienie, więc nasze cztery pozycje z menu wprowadziły takie zamieszanie, jakie nie powinno mieć miejsca. Zwłaszcza w momencie, kiedy gość może obserwować z 30 centymetrów, co też dzieje się z jego jedzeniem. Dzieje się. Kompletne zamieszanie, smażenie na jednym grillu najpierw baraniny w formie szaszłyka, później ściętego dopiero co z opiekacza kurczaka, a na koniec wołowiny.

Co trafia do lawasza poza nieźle doprawionym kurczakiem? Mieszanka sosów, pomidor, cebula i zioła, w tym prawdopodobnie miętą. Prawdopodobnie, bo jednak zioła występują w szczątkowej ilości i nieco giną pod natłokiem sosów. Mięsa wewnątrz jest sporo, ale całość, chyba za sprawą właśnie opartych na majonezie sosów, daje odczucie ciężkości. Interesującą opcją jest baranina – grillowana na świeżo, pod zamówienie. Trafia do lawasza w całości, w formie długiego szaszłyka w towarzystwie tych samych składników. Poza lekkim przesuszeniem mięsa, dostarcza ono interesujących, mocnych smakowo wrażeń i ciężko nie odczuć, że to właśnie baran. To chyba najbardziej warta uwagi opcja. Prawdziwe problemy pojawiają się przy wołowinie. Może się mylę, ale błąd popełniono już na etapie doboru części mięsa. Łata wołowa sprawdziłaby się raczej w formie mieszanki, ale nie całych płatów pieczonych na ruszcie. Włóknista struktura daje o sobie znać w każdym kawałku, który w dodatku, nie wiedzieć dlaczego, został obsmażony jeszcze na grillu. Kwintesencją i podsumowaniem podanego w kubełku zestawu z wołowiną i frytkami, jest jego wygląd. Całość wrzucono do znanego z chińczyków kubełka, a na koniec zalano litrem sosów. Sorry, to się nie może udać. Wołowinę dostaliśmy też w upaćkanej sosami picie. Wrażenia podobne jak w przypadku opcji z kubełka – wołowina gumowa, ciągnąca i nieprzyjemna, choć wyraziście doprawiona. Na koniec skosztowaliśmy jeszcze lawasza z halloumi, ale przyjemności z jedzenia wegetariańskiej pozycji nie odnotowaliśmy. Niedoprawiony ser obecny był tylko ciałem.


Ogólnie często podśmiewam się, że ktoś otwiera kebab i używa mięsa z mrożonki z Makro. Później jednak okazuje się, że ta mrożonka, mielonka wypada lepiej, niż nieumiejętnie nabite mięso. Szkoda mi trochę Kebab Lab, bo potencjał był tu spory, aby umiejętnie uciec od myślenia o kebabie, jako najpodlejszym jedzeniu. Niestety na Grunwaldzie trochę się tak poczuliśmy, głównie ze względu na oprawę wizerunkową. Smakowo również nie jest to opcja, która mogłaby przyciągnąć kogoś więcej, niż klasycznych zjadaczy kebabu z Nynka o trzeciej nad ranem. W tej kwestii należałoby się wzorować na KEBZie. 

I ja wiem, że nie należy mieć przesadnych oczekiwań przy kebabie. To w dalszym ciągu tylko kebab, ale jednak można go opakować dokładniej, można dopracować, żeby to miało ręce i nogi. Odnoszę wrażenie, że w Kebab Lab postanowiono pójść na żywioł i wystartować bez przygotowania. Bo nie wiem jak inaczej nazwać to, co dostaliśmy. Rozumiałbym jeszcze, gdyby to tak wyglądało przy ogromnym ruchu o północy, ale tutaj poza nami nie było nikogo. Zamiast pochwalić za samodzielne nabijanie mięsa, muszę niestety stwierdzić – kebab, jak kebab. 

Kebab Lab

Skłodowskiej Curie 15

FB

Total 19 Votes
11

Tell us how can we improve this post?

+ = Verify Human or Spambot ?

Comments

comments