Dziekanat – bez warunku się nie obejdzie


Mówi się, że jaki początek roku, takie kolejne miesiące. Nie należę do osób specjalnie przesądnych, ale pierwsze odwiedziny wrocławskich restauracji w styczniu 2019 roku w jakimś sensie potwierdzają to, o czym w kuluarach mówi się już od jakiegoś czasu – czeka nas weryfikacja. Porządna weryfikacja, niektórzy mówią wręcz o tąpnięciu. Podchodzę do tematu ostrożnie, ale zauważam pewne zagrożenia i przesłanki, mówiące o tym, że faktycznie może się to wydarzyć. Obiad w restauracji Dziekanat na wrocławskim Manhattanie niejako potwierdza obawy.

Dziekanat wystartował w końcówce ubiegłego roku w ogromnym lokalu, gdzie wcześniej – o ile dobrze kojarzę – przez lata znajdował się sklep z AGD, choć słyszałem też o Społem. Wnętrze robi wrażenie, głównie rozmiarami właśnie. Na moje oko to pewnie 200, może nawet 250 metrów kwadratowych samej powierzchni sali. Sali pustej, przynajmniej w momencie, kiedy byliśmy, a więc niedługo po południu. Zresztą, pustki w znajdującej się po sąsiedzku, legendarnej pizzerii Bravo, świadczą o tym, jak bardzo zmienia się rynek gastro we Wrocławiu. Już nawet nie chodzi o to, że wrocławianie wymagają lepszego produktu – nie łudźmy się, nie wymagają, ale konkurencja robi swoje, a okoliczni studenci po prostu rozchodzą się po kilkunastu lub wręcz kilkudziesięciu różnych punktach z kuchnią domową, tajską, wegetariańską, owocami morza i jeszcze kilkoma innymi, foodcourtu w Pasażu nie wyłączając.

Co takiego oferuje Dziekanat, co mogłoby licznych studentów ściągnąć? W tym właśnie rzecz, że w sumie niewiele. Piwo to jeden z niewielu atutów, a wprowadzenie trunków z Browaru Prost uznaję za przyjemną odmianę na dominujących w tej okolicy koncernów. Pewne problemy, przynajmniej w moim odczuciu, stwarza jednak karta jedzeniowa. Jak rozumiem, miała nie ograniczyć grona potencjalnych gości do studentów, a raczej kierować się w stronę licznych pracowników korporacji z Grunwaldu. Wyszła tak, że utknięto gdzieś pomiędzy, przez co ciężko będzie zadowolić choćby jedną z tych grup.

Żeby opowiedzieć Wam nieco więcej o menu Dziekanatu, posłużę się cytatem z ich Facebooka:

Serwujemy nowoczesną kuchnię miejską w najlepszym wydaniu.

Rozumiecie, prawda? Bo ja w ogóle. Nie wiem czym jest nowoczesna kuchnia miejska, ale jeśli tym, co zjadłem, to następnym razem chciałbym jednak pójść w stronę kuchni wiejskiej lub może staromodnej kuchni miejskiej. Karta została tak skonstruowana, że właściwie większość dań zupełnie nie zachęcała nas do zamówienia, dlatego ostatecznie poprzestaliśmy na dwóch przystawkach i dwóch daniach głównych. Jaki był tego efekt?

Zacznijmy od najlepszego, czyli piwa tatara (25 zł), choć tutaj pewna ciekawostka i w sumie nieścisłość. Otóż koszt dań głównych waha się pomiędzy 20 a 29, a więc tatar jako starter jest droższy od większości z nich, co przynajmniej da mnie jest dziwne. Sam tatar z polędwicy (?) wymagał dosolenia, co jak się miało niebawem okazać, nie było jednorazową wpadką. Ogólnie jednak był przyzwoitą przystawką, choć marynowana kurka z sezamem i szczypiorkiem wydaje się być połączeniem delikatnie mówiąc, odciętym od rzeczywistości. Półgęsek (20 zł) ze smażonymi boczniakami charakteryzuje się głównie wędzonym posmakiem, ale sprawia wrażenie dziwnie chudego jak na ten staropolski przysmak. W każdym razie można o półgęsku powiedzieć wiele, ale nie, że reprezentuje nowoczesną kuchnię miejską. Chyba, że stanowi o tym dodatek rukoli, o której ktoś dziwnym trafem nie wspomniał w menu. Podpowiem – rukola nie sprawia, że potrawa będzie lepsza czy bardziej ekskluzywna.

Duże oczekiwania, podbite również efektem wizualnym na talerzu, mieliśmy względem gołąbków (20 zł) z kaszą bulgur, ciecierzycą i warzywami w sosie borowikowym. Te borowiki to chyba lekko po sezonie, ale co tam. Nie to jest największą wadą tego zestawienia. Że wyciągnięcie esencji smaku z warzyw nie jest prostą sprawą przekonało się już wielu Szefów Kuchni, ale żeby zrobić coś tak kompletnie pozbawionego smaku, jak te gołąbki, to trzeba mieć talent. Wewnątrz znaleźliśmy kaszę, soczewicę, suszone pomidory, seler, marchewkę – przyznacie, że dość specyficzny wybór. Można to było ubrać w wiele różnych szat – od klimatów arabskich aż po polską klasykę, a zdecydowano się na najgorszą z opcji, czyli niedoprawione warzywa w leciutkim sosie na poziomie baru mlecznego. Kwintesencją i pewnego rodzaju kropką nad i całej nijakiej uczty okazał się burger z polikiem wołowym (27 zł). Umówmy się, temat oklepany od lat. Tak na oko trzydniowa, wysuszona bułka, ponownie rukola (oczywiście bez wzmianki w menu), ogórek kiszony raczej drugiego sortu z charakterystyczną skarpetową nutą, sos na zasadzie – miks ketchupu z majonezem i najlepsza – co nie znaczy dobra, z zestawienia – konfitura z czerwonej cebuli, która z konfitury z czerwonej cebuli posiadała tylko cebulę. Mięso owszem, rozpadające się, ale ustalmy jedno – zrobienie rozpadającego się polika w 2019 roku to trochę za mało. Polik wrzucono do bułki samodzielnie, bez żadnych płynów, przez co raczej dało się wyczuć wspomnianego kiszonego, niż cokolwiek innego. Cztery gryzy i do boksu, bo szkoda tracić czas.

Szkoda tego zmarnowanego potencjału – ciekawej, trafionej nazwy. Pod hasłem Dziekanatu można było zrobić wszystko. Wszystko, tylko nie to, co otrzymaliśmy na talerzu. Może moje przeczucie mnie myli, ale nazwa w pewnym sensie kieruje się w stronę studentów, ale gwarantuję, że student pięć razy zastanowi się czy wydać 20 zł na gołąbki z warzywami, po drugie jeśli nawet, to nie wróci, bo to zwyczajnie nie ma smaku. Ciekawą kwestią jest też fakt, że obsługa widząc jak zostawiamy ponad połowę porcji wszystkiego poza tatarem, nie zadała tego magicznego pytania: smakowało? Podziwiam, naprawdę podziwiam odwagę ludzi startujących z takimi projektami. Jak dla mnie – warunek i zapraszam we wrześniu.

Dziekanat

pl. Grunwaldzki 18-20

FB

Total 30 Votes
13

Tell us how can we improve this post?

+ = Verify Human or Spambot ?

Comments

comments