New Delhi – skok jakościowy pod nasypem


W jednym z pubów pod nasypem na Bogusławskiego spotkałem na barze znajomą jeszcze z czasów mojej pracy w gastronomii. Najpierw udało się powspominać bogate lata pracy na barze, a po chwili temat zszedł na to, jak rozwinęły się okolice ulicy Bogusławskiego. Jeszcze 20, ba – nawet 10 lat temu w większości z tych knajpek można było spotkać szemranych typów, a wewnątrz zawiesić siekierę. Obecnie to jedno z najciekawiej rozwijających się centrów wrocławskiej gastronomii. Miesza się tu element oldschoolu, o którym piszę, nieco naiwnego streetfoodu oraz naprawdę niezłych, ambitnych restauracyjek.

Pośród nich, w miejscu paskudnego okrutnika Kebab Hut, otworzyła się hinduska restauracja New Delhi. Lokal przeszedł delikatny lifting, choć w dalszym ciągu zauważalne są pojedyncze elementy odziedziczone po poprzednikach. Roznoszący się po lokalu zapach kadzidełek tyleż nawiązuje do kultury hinduskiej, co pozwala na choćby delikatnie wyciszenie zapachów będących pozostałością ostatnich najemców. Rozwój i ilość restauracji indyjskich we Wrocławiu to swego rodzaju fenomen, bo powstaje ich coraz więcej i raczej nie zdarza się, aby jakakolwiek miała opinię słabej. Częściej zdarzają się takie sytuacje, jakie mają miejsce w przypadku Thali czy Art od food, w kierunku których płyną niemal same pochwały.

Co z jedzeniem? Zaczynamy standardowo, bo od samos wegetariańskich (12 zł). Choć wspólnie dochodzimy do wniosku, że większa ilość zestawu przypraw, a zwłaszcza kolendry raczej by nie zaszkodziła, tak samo zgadzamy się, że chyba nigdzie we Wrocławiu nie jedliśmy tak świeżych samos o delikatnym, odpowiednio chrupiącym cieście. Dal (9 zł) to tradycyjna zupa z soczewicy. Aromatyczna do bólu, gładka, z zachowaną teksturą na pograniczu kremu i płynnej zupy z wyczuwalnymi składnikami. Na przystawkę przed mocniejszym uderzeniem smaków, w sam raz.

Od razu kupuje mnie seekh kebab (29 zł) – piękną czerwoną barwą i roznoszącym się po całym stole zapachem. Co prawda to wersja z kurczaka, co pewnie jest sprawcą lekkiej suchości, ale smak, sposób doprawienia, połączenie z cudnym, pachnącym drożdżami chlebkiem naan, wynagradza wszystkie niedogodności. Za to kompletnie niezrozumiała jest wielkość achari paratha (19 zł), a więc placka podobnego do naan, ale nadziewanego ziemniakami i pastą z ostrych pikli. Wszystko byłoby Ok, gdyby tych placków było dwa lub trzy, ale jeden wyglądał dość zabawnie, a i same walory smakowe jakoś niespecjalnie przekonują.

Butter chicken (29 zł) w przeciwieństwie do wielu serwowanych w innych restauracjach nie jest słodki i mniej śmietanowy. To danie mające swój początek w New Delhi, więc idealnie pasujące do miejsca pod nasypem. Taka wersja jest skrojona pode mnie – rozgrzewającą od przypraw, ale nie ostra, z mięciutkim mięsem z udek kurczaka i wspaniałym aromatem całej gamy przypraw. Raz jeszcze do gry wchodzi przepyszny naan, którym wylizujemy resztki sosu.

Niech o tym, jak nam smakowało, świadczy tempo spożywania kolejnych potraw. Można by to przyrównać do rzucenia się na zwierzynę i wyjedzenia jej w jak najszybszym tempie. Obiad w New Delhi był przyjemnością, nawet pomimo jakichś pojedynczych wpadek. Ogólnie jednak to kolejne ciekawe, bardzo przyzwoite indyjskie miejsce we Wrocławiu, zdecydowanie podnoszące poziom Bogusławskiego po zastąpieniu Kebab Hut. Idźcie i próbujcie!

New Delhi Restauracja

Bogusławskiego 43

FB

Total 17 Votes
4

Tell us how can we improve this post?

+ = Verify Human or Spambot ?

Comments

comments