Lazy Boyz – czy to już czas na bycie crazy?


LAZY BOYZ to grupa przyjaciół, którzy zainspirowani azjatyckimi smakami, postanowili zaserwować własną interpretację ulubionej kuchni!

Przyznam, że kiedy przeczytałem o tej własnej interpretacji tuż przed napisaniem poniższego tekstu, trochę zrozumiałem o co chodzi w Lazy Boyz. Fajne są te historie o spełnianiu marzeń i robieniu tego, co się lubi. Nie zawsze jest to jednak fajne dla gości. Na początek jednak kilka słów wytłumaczenia. Powyższy cytat pochodzi z informacyjnej zakładki ulokowanego na targowisku przy ulicy Komandorskiej streetfoodowego baru. Taka prosta, uliczna sprawa – kontener, w środku kuchnia, na zewnątrz prowizoryczny daszek i kilka beczek robiących za stoły. Lekka partyzantka, ale niejeden tak zaczynał, więc na pewno nie ma co narzekać.

Wybierałem się tutaj już wcześniej, ale a to zabrakło miejsca na parkingu, a to było już zamknięte, a to jednak przeczucie podpowiadało – daj sobie spokój. Spokoju sobie nie dałem, wpadłem dwa dni pod rząd, aby spróbować tych własnych interpretacji kilku kuchni azjatyckich krajów.

Uczciwie przyznam, że określenie własne interpretacje wzbudza we mnie spore obawy. Mam w sobie jakieś dziwne przekonanie o tym, że lepiej coś idealnie odwzorować, niż słabo zmieniać. Przekrój w karcie jest spory, bo mamy tu zarówno elementy koreańskie, tajskie i wietnamskie, a występuje również delikatne zahaczenie o Japonię. Duży rozstrzał, wskazujący albo na ogromne umiejętności osób przygotowujących jedzenie w Lazy Boyz, albo na delikatne szaleństwo.

Co ciekawe, zarówno pierwszego, jak i drugiego dnia, przy kontenerze zbierało się naprawdę sporo osób jedzących na miejscu, zamawiających, odbierających jedzenie na wynos. Przynajmniej kilka razy usłyszałem między słowami frazę „pad thai najlepszy”, musiałem więc się na niego również zdecydować. Od razu muszę pochwalić ekipę Lazy Boyz za sprawność obsługi. Rach, ciach, ciach i kolejne dania wyskakują z okienka. Doprawdy trwa to maksymalnie dziesięć minut, a taka organizacja nie należy do standardów ulicznego jedzenia we Wrocławiu.

Gorzej wygląda sprawa już po odbiorze zamówienia. W miseczce, w której znajdował się pad thai (21 zł), zaniepokoiła mnie przesadna ilość marchewki oraz kapusta. Rozumiem chęć dopełnienia całej potrawy, ale ani to smaczne, ani wizualnie przyjemne. Skład można jednak sprawdzić w menu, ciężko więc narzekać. Ponarzekam jednak na smak, a właściwie jego brak, a także sklejony znikomą ilością sosu makaron. W teorii pad thai powinien iść w stronę kwaśnych smaków, niekoniecznie słodkich. Paradoksalnie w większości polskich lokali z tajską kuchnią dominuje właśnie słodycz, ze względu na miłość naszych rodaków do słodkiego. W Lazy Boyz jest totalne pomieszanie z poplątaniem – zdecydowanie brak tu kwasu, i to zarówno tego pochodzącego z tamaryndu, jak i z limonki. Brak też słoności i charakteru sosu rybnego, a suchy, przyciężki i oblepiony gęstym sosem makaron sprawia wrażenie topornego. Owszem, porcja z kurczakiem za 21 zł jest ogromna, i to dla studentów z okolicznej uczelni chyba największy atut. Ciężko jednak cieszyć się mdłym makaronem. Sorry, nie kupuję tej interpretacji.

Do kompletu dobrałem zupę tom yum (12 zł). Gorącą do bólu, z przesadzoną ilością mocno ostrej pasty. Właśnie ostrość przedostaje się do organizmu w pierwszym momencie wraz z premierowymi łyżkami. Tuż za pikanterią podróżuje sobie kwaśność. Dokładnie ta, która zaginęła przy pad thaiu. To akurat przyjemne, bo delikatnie osłabia palenie. To nie jest dramat, natomiast zupa nie została dopracowana, bo kompletnie zabija podstawową zasadę kuchni tajskiej, a więc harmonię smaków. Co by jednak nie mówić, przy pad thaiu to pozytywna odmiana.

Dramat w trzech aktach rozgrywa się z kolei w przypadku banh mi (15 zł). Zamiast bułki chrupiącej z zewnątrz i mięciutkiej w środku, mamy zbitą, twardą bułę, przy której zrobienie samego pierwszego gryza stanowi spore wyzwanie. Moje zęby niemalże zostały w środku pieczywa po wcale niełatwym przebiciu się przez jej zewnętrzną warstwę. Wieprzowe pate opisano w menu jako pasztet i trochę smakuje, jak pejoratywnie kojarzący się pasztecik z plastikowego kubeczka. Pomijając fakt, że pojawił się w śladowych ilościach, podobnie jak suchawe klopsiki, ginące pomiędzy ogromem marynowanej w teorii, ale raczej nie w praktyce, marchewki i rzodkwi. Do tego trochę chrupiącego ogórka, sporo kolendry i bardziej słodkiego, niż ostrego sosu majonezowego. Ehhh, słabe to.

Po wspomnianych trzech daniach pozostanę przy swoim – lepiej najpierw idealnie wykonywać podstawy, a dopiero potem kombinować, eksperymentować i szukać własnych interpretacji. Zawsze doceniam, kiedy jakieś potrawy odbiegają od oryginału, ale smakują. Po prostu, smakują. Nic więcej. Tutaj jednak wygląda na to, że nazwa podpowiada nam ważny element związany z tym miejscem – ktoś tu jest leniuszkiem i niewystarczająco popracował nad smakami. Wymienione w tekście azjatyckie potrawy mają sprawiać przyjemność swoim smakiem i złożonością. Tego wszystkiego w Lazy Boyz zabrakło i trochę to smutne.

Lazy Boyz

Radosna 38

FB

Total 35 Votes
19

Tell us how can we improve this post?

+ = Verify Human or Spambot ?

Comments

comments