PASTRAme – smutny projekt


Są momenty w tej mojej zabawie w blogowanie, kiedy na buzi maluje się szeroki uśmiech, a w duszy gra podniecenie spowodowane pysznym, uczciwym, prawdziwym jedzeniem. Wtedy też myślę sobie, jak bardzo wiele zmieniło się nie tylko w samej gastronomii, ale i naszym postrzeganiu jej. Na jak wiele aspektów, poza samym jedzeniem, zwracamy uwagę i mamy ich świadomość. Niestety, zazwyczaj zaraz potem otrzymuję gonga. Takiego jak w PASTRAme Projekt.

Pastrami we Wrocławiu? Nie jest łatwo. Wysypało się Plastrami, świetne corned beef zniknęło z Guinnessa, pojedyncze próby w kilku miejscach raczej także nie kończyły się happy endem. Dlatego też z dużym zaciekawieniem, ale i dystansem podszedłem do nowego streetfoodowego konceptu ekipy odpowiedzialnej za Projekt Pizza. PASTRAme Projekt dzieli od pizzerii jakieś… 30 metrów, a mieści się w kiosku, jakich wiele na każdym osiedlu. Dlatego też wielu miejsc wewnątrz nie uświadczycie, a kumulujące się na odzieży zapachy smażenia dostarczą niezapomnianych aromatów.

Tytułowe pastrami występuje w menu obok burgerów oraz kilku różnych wariacji na temat mrożonych specjałów z frytury. Już sam fakt tego miksu w karcie powinien mi dać do myślenia, ale głód chyba odciął racjonalne myślenie, przez co zdecydowałem się zamówić kilka tutejszych szpecjałów.

Po jakichś 20 minutach od momentu złożenia zamówienia, nasz brzęczyk poinformował o możliwości odbioru. Odbioru potraw podawanych na… łyżce łopaty. Nie, to nie żart. Rozumiem, że miało być hisptersko i fajnie, a wyszło, jak wyszło. Zobaczcie zresztą sami. Łopaty to jednak jakby najmniejszy problem, o czym przekonałem się już po początkowym omieceniu wzrokiem otrzymanych potraw.

Gofry ziemniaczane ze śmietaną (9 zł) – długo mógłbym myśleć, ale nie wymyśliłbym, żeby gotowe, mrożone kwadraty z okienkiem, wytworzone z jakiegoś ziemniaczanego odpadu, nazwać goframi. Utopione w tłuszczu, na dzień dobry siadające na żołądku. Jeszcze jakby zrobić do nich jakiś sos z charakterem, ale po do – dowalimy kapkę śmietany i będzie petarda. Galerię wstydu i gastronomicznej żenady kontynuuje smażony ser (21 zł). Tfu, coś seropodobnego w panierce, pochodzącego od tego samego dostawcy, co gofry – cena zakupu w przybliżeniu to jakaś złotówka, może nieco więcej. Wiecie, że jestem psychofanem tego czeskiego klasyka i w głowie mi się nie mieści, żeby sprzedawać ten produkt, zamiast zrobić samodzielnie pyszny, uczciwy smażony ser. Na dokładkę zestawić go ze smażonymi łódeczkami, posypanymi mielonką parmezanopodobną, chyba żeby stworzyć pozory luksusowego dania. Luksusowego na tyle, żeby podać je jeszcze z trzema plastrami konserwowych ogórków i marchewki z wielkiego słoja. To mówi wszystko o podejściu, jakie prezentuje się w tym miejscu. Wciśnij najtańszą mrożonkę, niech wpieprzają jak głupi i płacą, jak za niezły produkt.

Pastrami (25 zł)? Tutaj rozegrał się trzeci akt dramatu. Co ciekawe, akurat źródło, z którego samo pastrami pochodzi, jest chwalebne i daje jakieś nadzieje. Niestety sama wołowina do pastrami, nawet jeśli już przyjedzie w formie niemalże gotowej do podania, należy do najcięższych pod względem przygotowania na ostatnim etapie przed wydaniem. Właśnie na tym etapie wszystko się wysypało. Chociaż nie, tutaj się wysypało wszystko od początku. Zerknięcie do środka – trzy plastry wołowiny ciachanej jakby siekierą plus dwa odrażające, dorzucone chyba do wypełnienia przerosty tłuszczowe. Mięso? Gdyby mieć piłę mechaniczną, pewnie dałoby radę to przekroić, bo moje zęby nie były w stanie. I ta sucha bułka do tego, bez sosu na dole i górze, i smutny, o obrzydliwy ogórek konserwowy, który nie wiem jaką rolę pełni przy kapuście kiszonej. Wzdryga mnie na samą myśl o tym, że próbowałem jeść opisywaną kanapkę. Próbowałem, to dobrze oddaje całą sytuację.

Czy fakt, że burger typowy (19 zł) wypada na tle pozostałych hitów najlepiej, świadczy o nim dobrze? Niestety, spójrzcie sami. Te cieniutki kotlecik z sosem a’la ketchup/majonez jednak przypomina o trochę czarniejszych latach gastronomii, od tych, w których żyjemy.

Przypomniały mi się czarne lat gastronomii z mrożonką na topie. Smutne lata, do których ktoś tu ewidentnie dąży. Nie dziwię się, że piszecie często w komentarzach pod postami o bezsensie chodzenia zjeść poza domem, kiedy ktoś w jawny sposób sprzedaje nam coś takiego. W menu dziecięcym znajduje się pozycja – kuleczki z kurczaka z frytkami. Jak myślicie, samodzielnie je przygotowują, czy lepiej zacytować etykietę gotowego produktu:

Pyszne kuleczki uformowane z mięsa z piersi kurczaka obtoczone chrupiącą panierką z płatkami ryżowymi. Popsy z kurczaka to produkt idealny jako przystawka, przekąska lub element dania głównego. Dzięki ciekawemu kształtowi wzbogacą każde menu dla dzieci.

Smutne to, bardzo. Ja naprawdę rozumiem, że ktoś nie ma smaku i robi coś źle, spoko. Kiedy jednak ktoś chce mi wcisnąć gówno z mrożonki, którego jakość bardziej nadaje się do dworcowych barów, coś we mnie wybucha.
Nie róbcie tak, proszę. I nauczcie się parować pastrami.

PASTRAme Projekt 

Krucza 31 a

FB

Total 96 Votes
39

Tell us how can we improve this post?

+ = Verify Human or Spambot ?

Comments

comments