Mercado Tapas Bistro – ogromny krok w stronę ekstraklasy


Jeśli liczyliście, że w Mercado Tapas Bistro znajdziecie odpowiednik głośnego, pełnego krzyków i obijającego się szkła tapas baru rodem z hiszpańskiej ulicy, to szybko zrozumiecie, że to nie to. Początkowo sam poddałem się takiemu myśleniu, ale po kolejnych wizytach zweryfikowałem swoje początkowe opinie i zrozumiałem, że to nigdy nie miał być odwzorowany tapas bar jeden do jednego. To raczej bistro z kameralnym, ale bardzo przyjemnym klimatem, bardzo porządnym, a momentami bardzo dobrym, rozwijającym się cały czas jedzeniem, gdzie napijecie się szklaneczki zimnego piwa lub starannie wyselekcjonowanego wina. Dobra rada – wchodząc do Mercado wyłącznie myślenie i wspomnienia tapas barów z Hiszpanii. To autorsko przygotowana koncepcja bistro z hiszpańskim sznytem, gdzie niektóre pozycje w menu bezpośrednio kojarzą się właśnie z taką formą, a inne idą w nieco odmiennym, ale równie udanym kierunku.

Tak napisałem ponad rok temu, kiedy to pierwszy raz relacjonowałem dla Was moją wizytę w tej nasypowej restauracji. Od tego czasu w Mercado Tapas Bistro zaszły pewne zmiany, i nie mówię tu o koronie. Przede wszystkim zmienił się Szef Kuchni i jak zaraz się przekonacie, można zauważyć pewne zmiany. Zmiany na lepsze, co najważniejsze, ale ogólnie odniosłem wrażenie, że Mercado przez ten ponad rok działalności dojrzało, dotarło się i na dobre zostało piękną reklamą dla restauracji spod nasypu na Bogusławskiego. Co zjeść pod nasypem? Na tak postawione pytanie odpowiadam bez chwili zastanowienia – w Mercado.

Jak wspomniałem na wstępie, to miejsce nigdy nie miało być tapas barem w naszym wyobrażeniu z wakacyjnych podróży do Barcelony. Od początku mieliśmy do czynienia bardziej z klimatycznym bistro, gdzie jednak jedzenie po trochę zmierzało w tapasową, po trochę w bistrową stronę. Obecnie to już miejsce, gdzie zdecydowanie warto przyjść po prostu zjeść, choć ważnym elementem jest klimat wpływający na chęć przychodzenia tu w większej grupie i dzielenia się wszystkimi potrawami. Nie zmienił się wygląd – zdecydowanie jeden z ciekawszych nie tylko pod nasypem, ale i w całym mieście. Przemyślany, kolorowy, z niewielką otwartą kuchnią i centralnie położonym barem.

Pierwsze ciepłe, a raczej upalne dni, sprawiły, że na moment myślami przeniosłem się do Hiszpanii, choć o samym menu nie można powiedzieć, że to kuchnia hiszpańska. To raczej forma inspirowania się daniami oraz dodatkami całego półwyspu Iberyjskiego, z ewidentnym sznytem tamtego regionu, ale jednocześnie zostawiająca sobie pewien margines zapobiegający zaszufladkowaniu. Dobra, czas na jedzenie!

Po pierwsze, tatar. Panie, co to jest za tatar. Tak go opisałem w innym tekście i chyba lepiej już tego nie zrobię:

Tatar (24 zł) z automatu wskakuje do wrocławskiego topu. Zgrabnie ułożony, obsypany szczypiorkiem, chłodny, grubo krojony, z chrupiącym chipsem z topinamburu i creme de la creme, kropką nad i – grzybowym majonezem. I ten grzybowy aromat – powiedziałby, że momentami z lekkim truflowym wtrętem, robi tu robotę. Jeśli kochacie tatary, pędźcie spróbować go czym prędzej.

Po drugie, gazpacho. Tęskniłem za tym smakiem, tęskniłem za gazpacho (12 zł), od kiedy tylko słońce mocno zaczęło dawać o sobie znać. Niewiele potraw potrafi odświeżyć organizm, jak właśnie ten hiszpański specjał, a w wykonaniu ekipy Mercado – z arbuzem i ogórkiem, wypadł świetnie. Co prawda nie jest przesadnie lekki, za to orzeźwiający, lekko słodki, lekko kwaskowaty, dający ukojenie przy każdej łyżce.

Patatas bravas (14 zł) to moje wciąż mocno żyjące wspomnienie z hiszpańskich tapas barów. Proste, pocięte w kostkę ziemniaki rzucone na głęboki tłuszcz i podane z majonezem oraz ketchupem lub sosem pomidorowym. W wersji Mercado mamy do czynienia z sosem oraz aioli, które dokładają nie tylko kalorii, ale przede wszystkim smaku, a wędzonka papryki odgrywa rolę game changera, decydującego o tym, że ciężko się oderwać i zostawić choćby kawałek.

Młodzi idą w krewety, ich zdecydowanie ulubiony produkt w ostatnim czasie. Krewety w czosnku (28 zł), klasyka nad klasyki, do tego pietruszka, coś do podostrzenia. Nic odkrywczego, ale też i jedno z tych dań, którymi fajnie się podzielić, skubnąć jedną krewetę oraz zamoczyć chrupiącą bagietkę z sosie. Zamoczyć, a potem wylizać do końca.

Jako następne wjeżdża mój absolutny faworyt. Ślina cieknie mi podczas pisania na samo wspomnienie. Ceviche z okonia (24 zł) z porywającym, kwaśnym, bogatym leche de tigre oraz pysznie grającymi ze sobą dodatkami w postaci mango, awokado, selera, batatów, kumkwatu czy granatu. Jest kwaśno, momentami słodko i chrupiąco, a proces ugotowania ryby trafiony w punkt. Okoń pozostał jędrny, ale już lekko ścięty. Ależ to było smaczne, ależ trafione w sezon i tematyczne. Szanuję mocno i apeluję o pozostanie ceviche na stałe w menu.

Wieprzowe żebro (27 zł) to mocna pozycja dla mięsożerców. Żeberko rozpada się na włókna, atrakcyjnie prezentuje się na tle palonek, piklowanej kapusty, a aromatyczne mojo verde odpowiada tutaj za charakter, w jakim podąża cały smak. Jestem fanem, natomiast żona z młodymi posmakowali w steku z kalmara (24 zł). Oczywiście nie jest to kalmar z krążkach, o czym pewnie wielu pomyśli. To idealnie miękki, pocięty w plastry kalmar w bardzo letnim wydaniu, podany z szalotką, awokado, kolendrą, chilli i żelem cytrynowym. Za każdym razem, kiedy spotykam się z kalmarem w takiej formie, cieszy mnie jego delikatność, a zarazem w Mercado doceniam dobór dodatków, ponieważ nierzadko spotykam się z kompletnie bezbarwną smakowo formą tej mniej znanej postaci owoców morza. 

Na sam koniec sardynki (17 zł) z escalivadą, a więc sałatką z pieczonego bakłażana oraz papryki. Jestem fanem wszelkiego rodzaju smażonych ryb w formie przekąsek, dlatego też nie mogłem sobie odmówić i tej przyjemności, ale co ciekawe, do talerzyka dobrali się także nasi synowie i zjedli właściwie całość. Pieczone warzywa sprawiają, że nie jest nudno, sardynki cieszą podniebienie swoim mocnym smakiem, miło. Crema catalana (15 zł) na deser okazała się już lekką przesadą i tylko łakomstwo przesądziło o podjęciu próby zjedzenia go przez wszystkich. Lekka struktura, cynamon mieszający się ze skarmelizowanym cukrem, świeże owoce. Nie da się ponarzekać.

Życzyłbym sobie i wszystkim nam, aby restauracje tak pięknie dojrzewały na naszych oczach. Żeby nie stały w miejscu, nie osiadały na laurach, żeby nie bały się przeć do przodu, a jednocześnie pozostawały tak mocno spójne. Przyznam się Wam, że Mercado Tapas Bistro wskoczyło do pierwszej ligi miejsc, które cenię sobie we Wrocławiu najbardziej. Lubię czuć się luźno w danym miejscu, i tutaj tak jest. Lubię czuć, że menu jest przemyślane, i tutaj tak jest. Lubię w końcu, kiedy jest po prostu smacznie, a buzia sama cieszy się na widok potraw, a następnie smuci się na widok pustych talerzy, bo chciałoby się jeszcze. I w Mercado tak jest. Dobrze jest i cieszę się, że mamy takie miejsce we Wrocławiu. Jak w tytule – moim zdaniem to, w jaki sposób rozwija się Mercado, to wielki krok do ekstraklasy, w której znajdują się najlepsi w tym mieście.

Mercado Tapas Bistro

Bogusławskiego 15 

FB

Total 24 Votes
3

Tell us how can we improve this post?

+ = Verify Human or Spambot ?

Comments

comments