Coco Chang – tajska niespodzianka z Wroclavii


Gastronomia w polskich galeriach handlowych kojarzy się głównie z fastfoodowymi, ogólnoświatowymi sieciami, a tradycyjne restauracje właściwie w nich nie występują. Jakże miłą odmianą okazało się wizyta w największej z nich we Wrocławiu, gdzie pojawiła się restauracja warta zwrócenia uwagi.

Pamiętacie Splendido? Swego czasu restauracja ze Świdnickiej należała do najbardziej popularnych we Wrocławiu, ale z biegiem lat jej blask dość szybko gasł. Chwilowym ratunkiem okazało się urozmaicenie menu o dania kuchni tajskiej – na tamten czas najlepsze w mieście. Splendido zamknięto ostatecznie w 2018 roku, miało zostać reaktywowane, a jeśli przyłożyć ucho tu i tam, nowy profil restauracji miał się zakręcić wokół szeroko rozumianej Azji. Reaktywacja nie nastąpiła, przynajmniej w starej lokalizacji, bo oto w miejscu zamkniętego Blue Frog, w food courcie we Wroclavii wystartowała restauracja Coco Chang, powiązana z właścicielami Splendido.

Na próżno szukać o niej informacji w internecie, na próżno szukać na fajsbukach, więc bardzo zastanawiają mnie jej dalsze losy. Przyznam, że sam zapewne nawet nie pomyślałbym o odwiedzinach we Wroclavii, ale uległem namowom znajomego i dałem się przekonać możliwością skosztowania czegoś tajskiego. Jako że dzień wcześniej do organizmu wlałem kilka piw, idea zjedzenia wyrazistego obiadu prezentowała się całkiem nieźle. W taki oto sposób rozdziewiczyliśmy Coco Chang, znajdujące się na ostatnim piętrze największego dworca PKP w Polsce (?), gdzie w pandemicznych czasach liczba gości wydaje się być zdecydowanie mniejsza, aniżeli wcześniej.

Pośród wszystkich wspomnianych wcześniej sieciówek, Coco jawi się, jako odcięta od rzeczywistości oaza. Mamy tu do czynienia ze swego rodzaju dżunglą z dużą ilością zieleni, zwracającymi uwagę lampami z sieci wędkarskich i ogródkiem na zewnątrz. Mnie jednak bardziej interesuje menu. Na pierwszy rzut oka bardzo duże, zmieszczone na czterech stronach karty. Jak określić charakter kulinarny tego miejsca? Nie będzie wielkim odkryciem informacja, że mamy do czynienia ze specjałami kuchni tajskiej. Ważna sprawa – dobrze się tu siedzi, obsługa, jak i okoliczności kompletnie nie dają nam pretekstu, aby myśleć o Coco Chang jako restauracji z centrum handlowego.

Na początek starter – wieprzowina z trawą cytrynową (22 zł). Odpowiada mi tu delikatny poziom ostrości, lekka słodycz oraz przede wszystkim cieniutkie, skrojone w paski rozpadającego się mięsa. Pojawia się także zupa tom yum (29 zł), która powala mnie na łopatki i smakuje idealnie. Ważna podpowiedź – jest to zupa bez mleka kokosowego, choć pani kelnerka dostarcza je w dzbaneczku, jako ktoś miał ochotę. Mamy tu do czynienia z feerią smaków, miksem słodkiego, kwaśnego i ostrego, z ostrością wyraźną, aczkolwiek nienarzucającą się. Pojawia się gdzieś tam w tle element rybny, a koniec końców zupę po prostu wyrywamy sobie z rąk.

Kurczak z orzechami nerkowca (39 zł) kupuje nas od razu – aromatem, wyglądem i smakiem. Całość to mieszanka słono-słodkich tematów przewodnich, ogromu warzyw oraz mięciutkiego mięsa. Z miejsca pozycja numer 22 w menu ląduje wśród moich ulubionych potraw. Zielone curry (32 zł) jest idealnie kremowe, ze słodką podbudową mleka kokosowego, którą umiejętnie równoważy ostrość – wcale nie najwyższa, ale mocna, a swoją charakterystyczna nutę wprowadza także tajska bazylia.

Pieprz i bazylia (32 zł) to nazwa oddająca niemal w stu procentach profil potrawy. Zaznaczę od razu, że nie posmakuje osobom nie lubiącym pieprzu. Otóż właśnie to jego mielona wersja gra tu pierwsze skrzypce od pierwszej do ostatniej chwili jedzenia. Imponuje mi ilość składników – kukurydzy, okry, cukinii, marchewki. Sporo tego, a dodatkowo do potraw otrzymujecie jeszcze miseczkę ryżu. Kwintesencją ogromnej porcji jest tutejszy Pad thai (25 zł). Ledwo mieści się na gigantycznym talerzu, a poza sosem, reszta składników znajduje się tuż obok, do samodzielnego dobrania ich ilości. Wiele odmian najpopularniejszego tajskiego makaronu w naszym kraju cierpi na przesadne przesłodzenie. Pad thai z Coco Chang jest kwaśny, a słodycz bije dopiero w drugiej chwili. Dobrze się to wszystko równoważy, porcja jest nie do przejedzenia i w bardzo uczciwej cenie, zwłaszcza biorąc pod uwagę lokalizację. 

Czy Coco Chang zupełnie niespodziewanie, ale jednak zasłużenie właśnie wchodzi do czołówki wrocławskich miejsc z kuchniami azjatyckimi czy też stricte tajskimi? Na to wygląda i bardzo podoba mi się ta perspektywa, bo jednak co jakiś czas bywam we Wroclavii ze względów służbowych, więc możliwość zjedzenia czegoś więcej, niż przyzwoitego, napawa optymizmem. Jest dobrze. Próbujcie i dajcie znać, jak było u Was.

Total 47 Votes
6

Tell us how can we improve this post?

+ = Verify Human or Spambot ?