Papi Chulo – najlepsze meksykańskie jedzenie we Wrocławiu


Nie wiem jak Wam, ale mnie bardzo brakowało meksykańskiej restauracji we Wrocławiu. W końcu się pojawiła i od razu robi furorę. Papi Chulo to powiew świeżości i jakości we wrocławskiej gastronomii. Takiego meksykańskiego jedzenia jeszcze w naszym mieście nie było. Idźcie to sprawdzić!

Kuchnia meksykańska przez wiele lat pojawiała się we Wrocławiu na zasadzie ducha. Ktoś o niej słyszał, ale nikt nie widział. Większość konceptów romansujących z tym kulinarnym kierunkiem kończyło swoje przygody na nudnych do granic wytrzymałości burrito i quesadillach z pseudo mozzarellą. Sporo ożywienia na tym rynku wniosło El Gordito, wprowadzając pewne smaki na niedościgniony przez wielu poziom. To był przebłysk nadziei w fajnym streetfoodowym wydaniu. Korzystam zresztą z ich usług regularnie i raczej nigdy się nie zawiodłem. To wszystko jednak były takie spotkania na pograniczu Meksyku i Teksasu z lekko europejskim wtrętem. I kiedy tak myślałem, że już nigdy nie doczekamy się w stolicy Dolnego Śląska restauracji meksykańskiej przez duże M, stał się cud.

MIEJSCE

O projekcie Papi Chulo usłyszałem pierwszy raz jakoś rok przed pierwszą wizytą. Trwała pandemia, gastronomia pogrążała się w chorobowym marazmie, a otwieranie nowych miejsc zostało chwilowo zatrzymane. Słuchając o pierwszym planach na zagospodarowanie lokalu z tyłu budynku, w którym mieści się Woo Thai, moja głowa przywoływała natychmiast wspomnienia o działających tam wcześniej klubach muzycznych. W latach studenckich mówiliśmy o nich per mordownia. Tym razem o mordowni mowy być nie mogło. Mamy za to piękną, przestrzenną restaurację, urządzoną w klimacie, który zaraz po wejściu nazywasz – po meksykańsku.

Z głośników leci rytmiczna muzyka, na parapetach i regałach porozstawiano niezliczone ilości kaktusów, a bar… Bar zapełniono mnóstwem tequili, mexcalu i dobrego alkoholu, który ma odgrywać w Papi Chulo znaczącą rolę. Otóż pomysł jest taki, że jedzenie to jedno, ale ma to być po prostu miejsce luźnych spotkań przy jedzeniu, którym można się dzielić i napojach wyskokowych. Tutaj ważny wtręt – jedną z osób odpowiedzialnych za Papi Chulo jest Radek Wieczorek, posiadający ogromne doświadczenie w kwestii alkoholi i pracy na barach całego świata.

Zerknijcie na mój Instagram, gdzie już trochę o Papi Chulo pisałem.

MENU

Jak napisałem wyżej, do tej pory mieliśmy we Wrocławiu do czynienia głównie z próbami romansowania z kuchnią, którą moglibyśmy nazwać tex-mexem, a częściej pol-mexem. Ekipa Papi Chulo postanowiła wziąć na warsztat autentyczną kuchnię meksykańską, w myśl zasady – kto  może przygotować najlepszą meksykańską kuchnię, jeśli nie… Meksykanin. Oczywiście to byłoby myślenie nieco na skróty – w końcu najlepszą pizzę w Polsce robią nie Włosi, a Polacy. Tutaj jednak mamy do czynienia z nieco innym przypadkiem, bo i złapanie autentyczności mniej powszechnej w tej części świata kuchni łatwe nie jest.

Głównym ogniwem Papi Chulo uczyniono meksykańskiego Szefa kuchni Filipa Hanlo. To ledwie 25-letni, ale niezwykle doświadczony kucharz. Ma na swym koncie pracę zarówno we własnym kraju, jak i ukończenie studiów kulinarnych w szkole Paula Bocuse’a oraz terminowanie w gwiazdkowych restauracjach m.in. w kopenhaskiej Nomie u Rene Redzepiego, jak i we Francji, Japonii i Szwajcarii. Trzeba przyznać, to zapewne jeden z pierwszych reprezentantów zagranicznej szkoły, niebędący Polakiem, który zawitał do kraju nad Wisłą, aby tworzyć nowoczesną kuchnię. Czy odnajdzie się w polskich realiach? Sądząc po pierwszych przygodach z opisywaną restauracją, można być dobrej myśli.

Do Papi Chulo trafiamy w kilka dni po oficjalnym otwarciu. Minęły także dwa tygodnie od momentu, kiedy odwiedziliśmy taquerię, będącą pierwszym etapem projektu pod tą nazwą. Otóż okienko z tacosami mieści się na zewnątrz, tuż przy wejściu do restauracji. Nie o nim jednak dzisiaj. Więcej możecie przeczytać tutaj. Przezornie rezerwujemy stolik, aczkolwiek na miejscu nie ma jeszcze tłumów. Siadamy w spokoju, choć naszym dzieciom jakoś ten spokój niespecjalnie pasuje, więc próbują trochę zagłuszyć pozytywnie nastrajającą muzykę. To jednak opowieść na inny temat – właściwie to mógłbym napisać już książkę, chadzając z dziećmi do restauracji już od siedmiu lat.

JEDZENIE

Pierwszy rzut oka w stronę kuchni – Szef dogląda wszystkiego i to on wykańcza każde pojedyncze danie trafiające później do klientów. Druga sprawa – nie da się nie zwrócić uwagi na co i rusz buchający dymem piec Mibrasa. To dzięki niemu kilka opisywanych poniżej potraw posiada specyficzny, niepodrabiany dymny aromat i smak. Trzecia kwestia – obsługujący nas kelner to także Meksykanin, sprzedający przy każdej możliwej okazji ciekawostki związane z poszczególnymi pozycjami z karty oraz Meksykiem po prostu.

Przejdźmy do najważniejszego. Mówiąc pokrótce, zamówiliśmy niemal całą kartę, aby spróbować jak najwięcej i jak najlepiej poznać tutejsze smaki. Na dobry początek wjeżdża najmocniej zachwalana pozycja z karty Pollo al Carbon (38 zł), czyli marynowany i pieczony we wspomnianym piecu kurczak, podawany dodatkowo z limonką. Z jednej strony możecie powiedzieć – ot, zwykły pieczony kurczak. Z drugiej odpowiem – tak, zwykły, ale idealny, soczysty, dymny, z chrupiącą skórką. Solidny zawodnik, nie ma co. Chwilę później na stół trafia również Sopa de Tortilla (24 zł), czyli pomidorowy wywar z awokado, chili i serem. Całość przyjemnie przechodzi smakiem smażonych kukurydzianych tortill i bardzo delikatnie piecze w podniebienie. Nasi młodzi zajadali się do ostatniego gryza, gdybyście szukali jakiejś pozycji dla dzieci.

Kolejna porcja smaczków przyniesionych na stół to totalnie hitowy zestaw. Tatar z tuńczyka (36 zł) rozkłada na łopatki, miażdży złożonością smaków. Z jednej strony odświeżające uderzenie od awokado, z drugiej solidna ostrość. Całość serwowana na zimno, co ciekawie podbija te wszystkie odczucia. Chyba mogę to śmiało powiedzieć – jeden z najlepszych tatarów w moim życiu. Aguachile de Camaron (36 zł) to ceviche z krewetek. Ponownie do gry wchodzi delikatna ostrość, a krewetki marynowane są w cytrynowo-ogórkowym miksie i to czuć. Mocny kwas daje o sobie znać, orzeźwia, momentami lekko wykrzywia. Jednocześnie ceviche zachwyca idealnie uchwyconym momentem ścięcia krewetek, które są w dalszym ciągu mięciutkie i maślane.

Czym byłaby kuchnia meksykańska bez tacos? W takim razie idziemy w ich kierunku. Zwłaszcza, że w Papi Chulo tortille do tacos przygotowywane są na miejscu przy pomocy sprowadzonej z Meksyku specjalnej maszyny. Robi to wrażenie, bo zapach kukurydzy rzeczywiście roznosi się przy każdym stoliku. Co ciekawe jednak, w menu restauracyjnym nie uświadczycie największego hitu taquerii, a więc Al pastor. Zostawcie sobie na nie miejsce, żeby zjeść przy wyjściu!

Mamy więc Taco de Arrachera (34 zł) i Taco de Cochinita (34 zł). Te pierwsze podawane są z grillowanym w piecu, jeszcze różowym w środku stekiem pociętym w kostkę, kolendrą, szczypiorkiem i salsą verde. Tutaj ponownie na pierwszy plan wybija się dymność. Taco de Cochinita podawane są z szarpaną, marynowaną w Achiote i soku pomarańczowym, wieprzowiną. Na górę tylko cebulka i sosem z habanero. Wszystko jest tutaj na miejscu, tortille zapewniają wspomniany kukurydziany zapach, mięso jest miękkie i soczyste. Za takie tacos oddam wiele.

Sopes de Hongos con Mole (24 zł) jednogłośnie zostaje wybrana przez nas, jako najmniej smaczna pozycja. Nie przekonała specjalnie nikogo z nas. To tortilla wypełniona fasolą i smażonymi grzybami, polana sosem mole. Przyznam, że w porównaniu do innych potraw zabrakło tu złożoności i różnorodności smaków. Te zawitały natomiast w pięknym wydaniu we Flautas de Camaron a la Diabla (34 zł). Chrupiące, zrollowane i usmażone tortille skrywają w sobie gulasz z krewetek, łagodzony przez creme fraiche. Tutaj jednak również ostrość dochodzi dość wyraźnie do głosu, ale nie przeszkadza. Wręcz przeciwnie, ona podnieca, zachęca do wzięcia kolejnego i kolejnego kęsa. Na koniec jeszcze jedno wege danie – pieczony w piecu kalafior (34 zł). Pachnie obłędnie, zapach przypieczonego kalafiora niesie się już od wydawki, a podgrzane chili de arbol raz jeszcze muska ostrością nasze podniebienia. Do kompletu podany jest hummus z pestek dyni – interesująco kwaskowy, będący przeciwwagą dla wytrawnego warzywa.

PODSUMOWANIE

Czy Papi Chulo spełniło oczekiwania, które mocno rozbudziło? Yes, yes, yes, parafrazując naszego byłego premiera. Trzy razy tak dla całego zespołu, Szefa kuchni, obsługi, osób odpowiedzialnych za przygotowywanie jedzenia. Niech przykład Papi Chulo będzie mocnym kierunkowskazem dla wszystkich planujących otwierać restauracje we Wrocławiu. To oczywiście dopiero początek drogi, ale też piękny dowód na to, że warto stawiać na jakościowy produkt, wiedzę, wyczucie smaku. Że warto sięgać po to, co nowe, niebanalne, oryginalne. Po pierwszej wizycie jestem fanem. Życzę Papi Chulo wszystkiego dobrego, bo na moment pisania tych słów, to drugie najważniejsze otwarcie tego roku we Wrocławiu po otwarciu gastronomii na nowo 18. maja. Idźcie i cieszcie się Meksykiem we Wrocławiu.

Papi Chulo

ul. Grunwaldzka 69 

FB

Total 17 Votes
2

Tell us how can we improve this post?

+ = Verify Human or Spambot ?

Comments

comments