23.1 C
Wrocław
sobota, 13 lipca, 2024

Namaste Nepal – nie warto chodzić na skróty

Nie ma dnia, abym nie otrzymał od Was jakiegoś polecenia, często proponujecie, abym odwiedził jakiś lokal, który już znam, innym razem taki, którego nie mam w planach wizytować, a najbardziej lubię te propozycje z restauracjami, o których do tej pory nie wiedziałem. Taka sytuacja miała miejsce w przypadku otwartej niedawno na Legnickiej Namaste Nepal.

Gdzieś, ktoś podszepnął mi, że to druga restauracja właścicieli Thali, co samo w sobie stanowi niezłą rekomendację, ale nie udało mi się potwierdzić tej informacji, więc liczę na Was, że podpowiecie. Sądząc jednak po niemal identycznych stronach www obu miejsc, wynikałoby z tego, że coś jest na rzeczy. Sam lokal jest trochę schowany pomiędzy blokami, aby się do niego dostać należy wejść po schodach na swego rodzaju dziedziniec z różnego rodzaju usługami. Urządzenie wnętrza bardziej nasuwa na myśl wspomnienie jednego z wielu wrocławskich osiedlowych barów z pierogami i schabem. Jest jasno, schludnie, na drewnianych stołach uwagę zwracają obrusy w biało-czerwoną kratę.

Problem mam z obsługą. Podczas każdej z dwóch wizyt obsługiwał mnie kto inny, ale reprezentował identyczną, czyli zerową wiedzę na temat karty, o umiejętnościach i pewnych nawykach kelnerskich nie wspominając. Reprezentatywna strona Namaste Nepal, pierwszy kontakt z gościem wypada słabiutko.

Karta zawiera więcej pozycji, niż menu w osiedlowym chińczyku. Tak pokrótce – 14 przystawek, 8 zup, 14 dań z kurczaka, 13 z jagnięciny… Dobra koniec, szkoda wyliczać, sami zobaczycie jak przyjdziecie, ale dużo tego. Na dobry początek ruszam z klasycznym starterem – samosa (12 zł) w ilości sztuk dwóch. Nadzienie zdominowane jest przez masę ziemniaczaną, uzupełnioną groszkiem i orzechami nerkowca. Jest nieźle, choć wydaje mi się, że bardzo bezpiecznie jeśli chodzi o używanie przypraw. Gdzie się podziały nasiona kolendry, tego nie wiem, ale zdecydowanie mi ich brakowało. Na plus za to ciasto – odpowiednio grube, a przy tym miękkie, nie za suche i chrupiące.

Spore zaskoczenie spotyka mnie przy zupie tom kha kai (18 zł). Do tej pory miałem o niej wyobrażenie, jako o gładkim wywarze z całą masą aromatów. W Namaste Nepal tom kha charakteryzuje się gęstą konsystencją, przywołującą na pierwszy moment krem z białych warzyw. Smakowo wypada to przyzwoicie – pierwsze skrzypce gra kaffir w zestawieniu z trawą cytrynową, kwaśność nieźle balansuje się ze słodyczą i delikatną, rozgrzewającą ostrością. Tekstura zupy psuje jednak jej ogólny efekt, sprawiając, że staje się za ciężka. Za mało w tym wszystkich buchających smaków i lekkości.

Codziennie w karcie pojawiają się także zestawy lunchowe, składające się z zupy oraz dania o wyboru – wege lub mięsnego. Powala nieco cena lunchu – 15 zł. Mało gdzie da się zjeść lunch w podobnym przedziale cenowym, a jego kwota zaintrygowała mnie do jeszcze jednej obserwacji. Otóż okazało się, że wielkość porcji lunchowej i standardowej nie różni się znacząco, wprost proporcjonalnie do ceny.

Skoro restauracja o indyjskim rodowodzie, nie mogłem nie zamówić mojego ulubionego butter chicken (28 zł), do którego nie można zamówić zawartych w menu chlebków naan z prozaicznego powodu – restauracja nie ma jeszcze pieca tandoor. Biorę więc z ryżem, i pomimo zawodu, specjalnie nie rozpaczam, trudno. Doskonale miękki jest kurczak, ale przesadna, nieskontrowana właściwie niczym słodycz przybija to danie. To jest słodycz niepozwalająca na czerpanie wielkiej przyjemności ze spożywania posiłku. Raz jeszcze brakuje mi zapachów, których ta kuchnia dostarcza, atakując wszystkie zmysły. Przymiotnik słodki zdominował butter chicken.

Drugie próbowane danie, to specjał nepalski, przynajmniej tak mówi karta. Chicken choyala (20 zł) to dopiero co zdjęty z ognia talerz, łączący kurczaka, paprykę, pomidory, cebulę i imbir. Gdzieś te smaki się spotykają, znajdują wspólny mianownik, tworzą coś przyjemnego, lekkiego, cudnie pachnącego. Po drodze pojawia się jednak czosnek. Dokładnie spalony czosnek w sporych ilościach, dostarczający niemiłych gorzkich posmaków. 

Mocno mieszane odczucia mam po pierwszych dwóch wizytach w Namaste Nepal. Poszczególne dania zdecydowanie potrzebują większej odwagi w przygotowywaniu tego typu jedzenia. Nie można ulegać presji przypodobania się gustom Polaków, a tak mi to trochę wygląda. Przygotowując kuchnię orientalną, należy to robić bez chodzenia na skróty, zgodnie z kanonem i wielością przypraw. W Namaste po prostu brakuje tego aromatycznego uderzenia. Pierwszy miesiąc działalności – jedzenie i obsługa, jednak do poprawki. Zdecydowanie nie jest to poziom wspomnianego Thali.

Namaste Nepal

Legnicka 55 a

FB

 

Total 12 Votes
3

Napisz w jaki sposób możemy poprawić ten wpis

+ = Verify Human or Spambot ?

Komentarze

komentarze

Podobne artykuły

1 KOMENTARZ

  1. Jak dla mnie to niestety wspomniane Thali pozostawia wiele do życzenia. Byłam tam dwa razy i dwa razy podano mi smaczne, ale przesolone samosy. Zamówiłam też kurczaka w sosie (nie pamiętam już dokładnie jakim) i nie dało się w nim wyczuć niczego oprócz cukru, prawdopodobnie już samo mleczko kokosowe było słodkie, co nie powinno mieć miejsca. Jeśli chodzi o Namaste Nepal to byłam tam raz i wszystko było dobrze doprawione, ale samosy miały zimny, jakby zmrożony środek, choć były gorące na zewnątrz. W obu restauracjach zamówione przeze mnie dania główne (nie mówię o tym wspomnianym z kurczaka) były średnie, dobre, ale bez rewelacji. W porównaniu do dań podawanych np. w słynnej indyjskiej restauracji w Szczecinie – wrocławskie „indyjskie” restauracje wypadają przerażająco słabo…

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj

Polub nas na

103,169FaniLubię
42,400ObserwującyObserwuj
100ObserwującyObserwuj
100ObserwującyObserwuj
1,420SubskrybującySubskrybuj
Agencja Wrocławska

Ostatnie artykuły