18.9 C
Wrocław
niedziela, 14 lipca, 2024

Pracownik – największy problem gastronomii?

Jakiś czas temu uczestniczyłem w dyskusji na grupie Gdzie dobrze zjeść we Wrocławiu na temat pracy i zarobków młodych ludzi w gastronomii. Padło tam między innymi takie stwierdzenie: nie dziwię się, że nie chcą pracować za 2100 zł, a po chwili: mając do wyboru pracę w gastronomii i pracę w mniej stresującej branży za podobną płacę poszukujący pracy raczej wybierze coś mniej stresującego. Pomyślałem, przetrawiłem i już zrozumiałem, że to właśnie jest największy problem – ci ludzie po prostu nie chcą pracować, a nie że nie chcą pracować za powiedzmy 2100 zł. Lepiej się nie stresować, lepiej w ogóle nie pracować.

Jasne, branża gastro i praca w gastronomii jest niezwykle specyficzna oraz wymaga pewnych unikalnych umiejętności dopasowywania się, dostosowania, jak również predyspozycji do pracy z ludźmi o niełatwych charakterach. Nie każdy się w tym odnajdzie, nie każdy zaakceptuje takie warunki, nie każdy potrafi się przełamać i pracować czasami po 12, 14 godzin, zarówno za dnia, jak i w nocy. Uważam jednak, że praca w gastro to dobra szkoła, zwłaszcza w latach studenckich. Mnie nauczyła obowiązkowości, ciężkiej pracy, a jednocześnie dała możliwość życia na dość przyzwoitym poziomie w trakcie studiów i chwilę po nich. Nie wiązałem z gastronomią swojej przyszłości, ale zawsze starałem się wykonywać robotę, do której przychodziłem najlepiej jak potrafiłem. Czy tak samo jest teraz? Obserwując ten świat od  środka, śmiem wątpić.

Koniec drugiej dekady XXI wieku to jednocześnie ogromny rozwój polskiej gastronomii, a przy tym wieki problem nazywany potocznie rynkiem pracownika. Rzeczywiście role się nieco odwróciły, i to nie pracodawcy mogą przebierać w co lepszych kandydatach na poszczególne stanowiska, a wielokrotnie zmuszeni są do brania – mówiąc dosłownie – z  łapanki każdego, kto potrafi obrać ziemniaki czy przywdziać samodzielnie kelnerskie wdzianko. Choć czasami i z tym są problemy. No więc rzucam hasło – pracownik, czyli największy problem obecnej gastronomii. Prawda to czy fałsz?

Brak pracowników

To jest punkt wyjścia do wszystkiego. Bezrobocie we Wrocławiu czy innych dużych polskich miastach właściwie nie istnieje (ok. 5%), więc znajdujemy się w ciekawej sytuacji, mając do czynienia z rynkiem pracownika, a nie pracodawcy. To pracownik stawia warunki, nie na odwrót. Dużym wsparciem, nie tylko dla gastronomii, są nasi bracia ze wschodu, ale w dalszym ciągu brakuje rąk do pracy już nie tyle wykwalifikowanych, a w ogóle. Rozumiecie – jeśli nie możesz pokusić się na odpowiednią selekcję, bierzesz jak leci, i to często nawet w najlepszych restauracjach. A kiedy bierzesz jak leci, trafiają się ananasy. Powiecie w odpowiedzi – Ci którzy dobrze płacą i odpowiednio traktują pracowników nie mają takich problemów. W tym właśnie rzecz, że nie zawsze, ale o tym już poniżej. Jeszcze innym zagadnieniem jest rozróżnienie na gastronomię w dużych miastach, gdzie faktycznie korzystanie z zagranicznych pracowników potrafi uratować stan kadry, oraz rynek restauracyjno-barowy na prowincji, z której wszyscy uciekają i faktycznie wiele z restauracji nie jest w stanie funkcjonować bez kucharzy czy kelnerów, więc zamyka się w ciszy.

Brak pokory

Robiłem w trzech kebabowniach i smażyłem kotlety w multifoodzie. Teraz idę wyżej i składam aplikację do poważnej restauracji. Na rozmowie opowiadam jakie to cuda potrafię ugotować, a minimalna stawka, za jaką mogę wejść do kuchni, to 20 zł. No dobra, ugotuj coś kolego w takim razie – rosół i zrób sos holenderski na przykład. Jasne, nie ma problemu – gdzie jest proch? Zawsze mnie uczono – najpierw pokaż co potrafisz, i że chcesz pracować, dopiero potem staraj się o podwyżkę. Świat stoi jednak na głowie i ludzie bez wiedzy oraz umiejętności potrafią przedstawić swoje żądania na poziomie najlepszych bez żadnego skrępowania.

Pracujesz w gastro?!

Za moich studenckich czasów niewielu mogło sobie na to pozwolić, obecnie praca w tym obszarze traktowana jest nawet nie tyle jako okres przejściowy, ale niejaki wstyd. Gastro?! Tyle godzin, bez fejsa na kompie, Benefitu i pakietu do lekarzy? Phi, żenada. Idź do korpo, tam na luzie wyciągniesz więcej i się nie zmęczysz. Niestety to negatywne postrzeganie osób pracujących w sektorze gastronomicznym ciągnie się od lat i prawdę mówiąc nie rozumiem, dlaczego traktowane jest w ten sposób, bo jednak w kilku cywilizowanych krajach na świecie kucharze czy kelnerzy ze kilkunastoletnim stażem nie szokują. U nas w dalszym ciągu widok czterdziestolatka za barem zwyczajowo wywołuje uśmiech politowania – to ten nieudacznik, który na zawsze został barmanem.

Dzisiaj tu, jutro tam, a pojutrze…

Pracodawca szuka ludzi na kuchnię, kelnerek, pań na zmywak. CV spływają powoli, ale pojawia się ich powiedzmy dziesięć. Umawiacie się na rozmowę – pięciu w rozmowie telefonicznej odpowie, że ta praca już ich nie interesuje, czterech wstępnie podejmie rękawicę, ale nie przyjdzie i nawet nie poinformuje o tym, a ostatni umówi się na dzień próbny, ale we wskazanym terminie zapadnie się pod ziemię i przestanie odbierać telefony. Tak, to nie science fiction, tylko polska gastronomia jeden do jednego.

Nie wyrzucę go, bo i tak nie mam ludzi do pracy

Niegdyś panowały jasno określone zasady – pracownik niepotrafiący dostosować się do ogólnie przyjętych w danym miejscu reguł był zwalniany. Podskakiwał, był słaby, robił złą atmosferę? Szukaj szczęścia gdzie indziej, drogi kolego. Obecnie mamy do czynienia z lekkim odwróceniem stanu rzeczy. Otóż kiedy kucharz ma pewne braki, spóźnia się i czasami popije, to jednak w dalszym ciągu jest, a kolejnych kandydatów jakby brak. Właściciele wielokrotnie gryzą się w język, aby przypadkiem nie urazić za bardzo swoich kelnerów, bo ci mogą się obrazić i wyjść jeszcze w tym samym momencie z pracy, zostawiając całą ekipę w okrojonym składzie. Jeśli myślicie, że właściciele to ci ludzie, którzy tylko chodzą i opierd….ą, to na spokojnie – te czasy minęły. Teraz trzeba chodzić cichutko.

Kasa

Pieniądze w gastronomii to w wielu kręgach temat tabu. Temat złożony, bo przekrój pracodawców jest przeogromny, podobnie jak i przekrój miejscówek – od tych, gdzie zarobić można naprawdę dobrze, aż po naprawdę ciężkie w kwestii finansów. Nie zmienia to jednak faktu, że ci najbardziej ogarnięci niemal od zawsze, a na pewno od momentu przemian ustrojowych w Polsce, mogli zarobić przyzwoicie, by nie powiedzieć dobrze na tle całego społeczeństwa. Osobiście z wielkim rozrzewnieniem wspominam swoją pracę w gastronomii, kiedy zarabiałem bardzo sensowne na ówczesne czasy pieniądze za pracę 3-4 dni w tygodniu. Pracę ciężką, w kontakcie z ludźmi, wymagającą nieprzespanych nocek, ale należę do grupy lubiącej tego typu wysiłek, więc nie przerażało mnie wstawanie na ósmą na studia po powrocie o szóstej z pracy. Wtedy jednak zdarzało mi się mieć na umowie 5,14 zł za godzinę, siódemka była już przyzwoitą liczbą. Obecnie nie dość, że ustawa reguluje minimalną płacę, to znaleźliśmy się w momencie, kiedy pracownik dyktuje warunki i rozpoczyna negocjacje z poziomu 15, a niejednokrotnie i 20 zł za godzinę, co przyznacie sami, nie brzmi tak źle? Ba, ludzie kręcący placki we wcale nie należących do topu pizzeriach potrafią zarabiać 25 zł netto. Naprawdę, małe pieniądze nie są problemem w gastronomii, bo nie są takie małe. Wielkim paradoksem jest fakt, że kiedy ja pracowałem w gastro, na palcach jednej ręki można było policzyć pracodawców oferujących umowy o pracę na stałe. Jak jest teraz? Coraz bardziej świadomi pracodawcy dość powszechnie proponują umowy wiążące ich z pracownikami, natomiast część młodych wręcz kategorycznie prosi o brak umowy dokładnie z tego samego powodu – żeby nie wiązać się z miejscem pracy i zostawić sobie furtkę na szybką ewakuację. Dziwne to, pogmatwane, ale prawdziwe.

Czy to cała prawda o pracownikach w gastronomii? Jasne że nie, ale wymieniłem najbardziej jaskrawe przypadki. Cieszy fakt, że jednak jakiś odsetek młodych po prostu chce się rozwijać, chce uczciwie pracować i wykonywać swoją pracę maksymalnie dobrze. Czasami problem leży oczywiście po stronie pracodawców, ale o nich powstanie osobny tekst. 


Spodobał Ci się mój tekst? Polajkuj go, udostępnij, a po więcej zapraszam na Instagram oraz fanpage.

Używajcie naszego wspólnego, wrocławskiego hasztagu #wroclawskiejedzenie

Total 248 Votes
177

Napisz w jaki sposób możemy poprawić ten wpis

+ = Verify Human or Spambot ?

Komentarze

komentarze

Podobne artykuły

7 KOMENTARZE

  1. Wypowiem się, jako laik, nie jako ekspert. Chociaż odrobinę wglądu w gastro mam (kucharz i kelner wśród przyjaciół, oraz historie kontaktów zaopatrzenia z właścicielami).

    Usłyszałem kiedyś, że gastro kradnie. Nie incydentalnie. Kradną niemal wszyscy. Kradną kucharze i barmani. Kradną kelnerzy. Na rozmaite sposoby. Będąc właścicielem lokalu gastro trzeba wziąć to pod uwagę przy ustalaniu płac oraz cen. To działa w dwie strony. Ci, którzy nie kradną to frajerzy bo fakt, że kradną został już skalkulowany. Spirala jest nakręcona i nie ma z niej wyjścia, więc nie sądzę, żeby coś drastycznie zmieniło się przez ostatnie lata (opinię tę słyszałem ładne kilka lat temu).
    Dlaczego wspomniałem o tym na samym poczatku? Bo to istotne. Takie zachowania po prostu muszą rzutować na całą postawę pracownika. Raz, że wchodzi się w środowisko, które nie jest do końca uczciwe, dwa że codzienny kontakt z taką postawą wpływa na system wartości. Jeżeli kradzież nie jest problemem a codziennością, dlaczego etyka pracy miałaby być wartością?

    Na razie pomińmy ogólny brak pracowników. Właściciele lokali mają sporo za uszami. Nie coś konkretnego, ale ewoluujące podejście do rynku i zasad na nim panujących. Śmiem twierdzić, że przez lata wykształcili sobie takie a nie inne zaplecze pracownicze. Z niską etyką pracy właśnie (to jest w sumie prawdziwe dla innych branż również). Jeżeli ogólna etyka w branży jest niska to nawet jeżeli ktoś jest zaangażowany to szybko mu przejdzie. Po pierwsze zobaczy, że inaczej jest łatwiej, po drugie zobaczy że to nie ma sensu, skoro wartością jest już to, że nie odejdzie z dnia na dzień a ze ekstra wysiłek nie ma ekstra uznania.
    A ekstra uznania nie ma bo (wydaje mi się), że właściciele większości lokali nie są na miejscu. Właściciel zatrudnia managera, który zatrudnia szefa kuchni, który zatrudnia kucharzy. Ktoś z dołu drabiny nie ma szans zostać dostrzeżony i uznany. Ktoś wyżej tego nie zrobi bo woli sam się pokazać. Jak wiadomo, pańskie oko konia tuczy, jeżeli takim biznesem zarzadza ktoś inny to jest jak jest.

    Teraz brak pracowników. Na wszystkie bolączki, wieloletnie budowany schemat, nałożony zostaje brak pracowników. Nawet totalny partacz dostaje do ręki silny argument – „odchodze a ty się martw”. No to restauratorzy się martwią. Działą podobna zasada jak z niskimi płacami przy nadmiarze pracowników. Teoretycznie, jeżeli każdy odmawiałby pracy poniżej jakiejś stawki to sam ten fakt wymusiłby jej wzrost. Haczyk jest taki, że muszą robić to wszyscy. Jeżeli ktoś się wyłamuje to ostatecznie też tracą wszyscy (no prawie, wyłamujący się ma pracę, ale za niższą stawkę niż mógłby). Analogicznie jest z restauratorami. Gdyby solidarnie przyjmowali zasadę, że niska jakość pracy jest karana to bat w postaci odejścia nie istniałby. Korzystają wszyscy, jeżeli stosują się wszyscy. Oznacza to np. niezatrudnienie zwolnionego z sąsiedniej restauracji kucharza-pijaka, pomimo że na gwałt potrzebujemy kucharza.

    Wydaje mi się, że cały rynek gastro jest przeżarty patologiami, które budowane były latami. Nie da się tego odwrócić łatwo.
    Jednym ze sposobów wydaje mi się coś na kształt związków zawodowych. Mówię „na kształt” bo porozumienie restauratorów nie jest związkiem zawodowym. Chociaż pracownicy powinni w równowadze do takeigo mieć swój związek. Powinno się to wydarzyć lokalnie (np. w obrębie poszczególnych dzielnic, chociaż może całe miasto też by zadziałało).
    Jaka jest rola restauratorów?
    Ustalenie wspólnych reguł minimum, jeżeli chodzi o zatrudnienie. Czyli rodzaj umowy, wraz z konsekwencjami za jej złamanie przez pracownika. Coś, co zabezpieczy przed odejściem z dnia na dzień, albo nawet w środku dnia pracy. Nie powinno to zawierać stawki bo ustalenie stawek minimum dla pracowników powinno się zostawić ich związkowi. Do tego baza referencji.
    Jaka jest rola ZZ gastro?
    Również ustalenie reguł, wynegocjowanie warunków minimum, które MUSZĄ być w każdej umowie. Ustalenie progów za doświadczenie, czy kompetencje. Prowadzenie bazy dostępnych do pracy. Ba, nawet można zapewnić system zastępstw pomiędzy restauracjami, na okreslonych warunkach.

    Generalnie, należy zrozumieć że pracownicy i pracodawcy w gastro stoją po tej samej stronie, ich wojenki podjazdowe szkodzą klientom a więc zyskom. Wspólne stanowisko jednych i drugich jest szansą na wyeliminowanie chociaż części patologii a to dobry start, żeby uzdrowić sytuację na przyszłe lata.

  2. A co jeśli restauracje wychodzą z założenia, że lepiej zmieniać pracowników, dawać im najniższą stawkę i niech robią? Co jeśli pracodawcy w taki sposób robią sobie oszczędności. Polityka firmy – nie ma ludzi niezastąpionych, gastronomia to miejsce, gdzie zawsze będzie rotacja więc po co docenić dobrego pracownika podwyżką/premią skoro znajdzie się nowy? Tymi słabymi łatajmy dziury w grafiku. Pracuję w gastronomii od 6 lat (4 lata w jednym stałym miejscu) mam szansę obserwować wszystko z boku i niestety bardzo często wina leży po stronie pracodawcy. Owszem są ludzie na rozmowach o pracę, którzy są niesłowni, ba mają dwie lewe ręce, które wychodzą po pierwszym dniu pracy ALE! pracuje w ekipie, której niestety nikt nie docenia. Jest ? okej to jest, a jak ktoś będzie chciał odejść to cóż.. trudno tniemy koszty! Piszesz – pokaż jak pracujesz, a później idź po podwyżkę, a co z tym, że te piękne ogłoszenia z premiami, możliwością rozwoju i awansu to zwykły pic na wodę? co wtedy?
    z przykrością to napisze, ale żyjemy w czasach kiedy pracodawcy mają gdzieś pracownika gastronomii – są to nadal osoby niedocenianie. Barmani/kelnerki/kuchnia – osoby zatrudnione do szykowania zamówień (bar – drinki, piwa itp), kelnerki (obsługa gościa na najwyższym poziomie), kuchnia (gotowanie – produkcja i wydawka) – osoby z tych stanowisk bardzo często mają masę innych obowiązków, które dokłada im szefostwo, a które niekoniecznie są wpisane w ich stanowisko. Czasami lokale są ogromne, obłożone ludźmi, wszyscy mamy być dla gości, trzymać poziom, wydawać i obsługiwać jak najlepiej, a jednocześnie – zróbmy zmywak żeby nie zabrakło naczyń, posprzątajmy zaplecze, lokal, wszystko co się da. Niestety realia bywają takie, że szefostwo lubi sobie obcinać koszty – taka kelnerka/barman – zmiana 12-14 godzin, niech zamknie jeszcze lokal, zamiatanie/mycie podłóg, stoły, zmywak, śmieci + masa innych rzeczy, skończą zmianę o 2 w nocy i niech kolejnego dnia zapie*dalają od rana na śniadaniach/obiadach. Może dlatego ludzie nie chcą pracować w takich miejscach. Fakt praca w gastronomii jest bardzo specyficzna – na pewno sprawdzają się tu ludzie komunikatywni i nastawieni na tabakę, ale… goście naprawdę są mili i wyrozumiali nawet w momentach zwiększonego ruchu. Czasami problemy wynikają od strony technicznej – kiedy za mało ludzi obsadzamy, bo uważamy, że 3 osoby wystarczą, niech sobie po prostu „pozapier*dalają”. Takie oszczędzanie na załodze, zmywaku, czy też osobie do sprzątania lokalu po godzinach zamknięcia – odbija się na obsłudze gościa, wpływa na to jak pracuje dana osoba – co ma kogoś motywować skoro ciągle nawala strona techniczna?. Kuchnia przy mniejszej obsadzie nie wyrabia się z produkcją i wydawaniem zamówień, kelnerka – jest zła bo to ona świeci oczami przed gośćmi, a goście przestają rozumieć, że obsługuje ich człowiek, a nie maszyna, że lokal nie jest odpowiednio przygotowany i wynika to z polityki firmy – SZEFOSTWA – i… nerwy, pretensje, wyzwiska. Pamiętajmy, że każdy kij ma dwa końce. Mimo wszystko uważam, że jest wiele dobrych pracowników gastronomii – niestety nie są doceniani, nie dostają premii i podwyżek – łatwo napisać, że nie ma ludzi, że są tacy i tacy.. z drugiej strony wszystkie te obietnice rozwoju, dobrych warunków pracy to jedno wielkie kłamstwo. Dobry pracownik nie słyszy nawet dziękuje tylko CHCEMY WIĘCEJ, a stawka nie zmienia się. Nie piszę, że jest tak w każdym lokalu, ale… w sporej części. Szefowie nastawieni na zarobek – jak najmniejszym kosztem, nie rozwijajmy się a wyciskajmy ile się da z tego co jest, bo przecież… „jakoś to będzie”. Miło gdyby przy kolejnym wpisie pojawiło się tych kilka informacji więcej z całkiem innej strony.

    • Jest dokładnie tak jak Pani napisała. Pracuje w gastronomii 7 lat i absolutnie zgadzam się ze wszystkim o czym tu mowa.

  3. Zacznijcie gotowac w domach jadac w domach i przestancie bujac sie po restauracjach udajac zarobionych i chwalac sie pozniej,ze smiga sie po knajpach bo to bo tamto ,wtedy nie bedzie problemu,ze karte dali po pol godziny,ze zamowienie przyjeli po godzinie,ze zarcie za slone,za twarde i tak dalej.Polski glupi narodzie obudz sie w koncu i zacznij myslec.

  4. No, nie wiem jak jest we Wrocławiu, ale w Toruniu praca w gastronomii to najgorsze bagno. Nie dość, że niskie zarobki, to większość pracodawców zachowuje się tak, jakby pracownikom powinien wystarczyć zaszczyt, że u nich pracują. Wizja w tekście jest oderwana od rzeczywistości, przynajmniej jeśli chodzi o gastronomię tutaj. A już stwierdzenie, że praca w korpo jest mniej stresująca, jest lekko mówiąc, idiotyczne. Praca w korpo w przypadku studentów z reguły jest traktowana jako jeden z kręgów piekła, jeśli chodzi o to, jak traktuje się tam ludzi. Już nie mówiąc o tym, jakie tam są zarobki i w jaki sposób tnie się koszty.

    Jeśli to, że ktoś nie chce harować bez przerw, za marne grosze, bez szans na awans i do tego, nie chce być kiepsko traktowanym, oznacza, że jest bez ambicji, to cóż, ja rozumiem tych wszystkich „nieambitnych”. Zwłaszcza, że jeśli ktoś w miarę umie ogarniać, można znaleźć pracę lepiej płatną, gdzie nie traktują Cię jak przedmiot, który można wymienić. Oczywscie to nie tyczy tylko się gastronomii, ale też pośrednio wpływa na to, że pracowników do gastronomii brak. Rzadko jest tak, że pracodawca jest w pełni uczciwy i nie może znaleźć porządnych pracowników, jeśli tez odpowiednio umie szukać, czyli inaczej niż przez olx. A nawet, jeśli ich nie ma, czy to musi oznaczać problem w samych ludziach? Lenistwo? Czemu nie może oznaczać to zmiany priorytetów młodych osób?

    Ok, są różne miejsca, wiadomo, ale w życiu nie powiem, że normą są ogarnięte stawki i szacunek do pracownika, bo niestety tak nie jest w polskiej gastronomii. Wystarczy przejrzeć ogłoszenia, gdzie w większości oferują naprawdę marne grosze w porównaniu do innych ofert, a np. wymagają pracy od 9 do 21, czy porozmawiać z zwykłymi ludźmi. W jednej knajpie na rynku kelnerka nie zarabia nawet 10 złotych na rękę na godzinę i co? Jest leniwa, jeśli odejdzie, choc pracy ma nieproporcjonalnie dużo? Stawki na rynku, w centrum są strasznie niskie. Dodatkowo dużo dziewczyn nie chce po prostu pracować jako kelnerki, bo pracodawcy niezbyt dbają o ich bezpieczeństwo, wręcz uważając, że jest okej, jeśli klient się do nich poślini, czy tam poklepie po tyłku. Vide rowniez pewne knajpy na rynku, niestety.

    Są dwie strony medalu: pracodawcy, którzy nie szanują ludzi i pracownicy, którzy nie szanują pracy. Tyle, że zazwyczaj Ci, którzy szanują swój czas i chcą faktycznie się rozwijać, nie zdecydują się na pracę, w której takiej szansy nie otrzymają. Ty raczej znasz ogarnietych właścicieli, którzy być może podchodzą do ludzi z szacunkiem, ale to tylko ułamek rynku pracy.
    Co prawda, faktem jest, że pracowników nie ma, że nie są zainteresowani dodatkowymi szkoleniami, etc. ALE stwierdzenie, że ludzie po prostu nie chcą pracować, jest w cholerę niesprawiedliwe, tak samo jak waloryzacja pracy ponad siły, za marne grosze. I okej, niby piszesz, że to też wina pracowników, ale piszesz też, że kiepscy pracodawcy to patologia, ułamek rynku pracy.
    Poza tym:
    >Lepiej się nie stresować, lepiej w ogóle nie pracować.
    >Oczywiście, że jeśli ma się taką możliwość, lepiej nie pracować w warunkach naruszających czyjąś godność. Na litość boską, straszna to hipokryzja narzekać, że ludzie nie chcą pracować ponad siły w złych warunkach. Stres jest okej, póki motywuje, ale nie jest już w porządku, gdy jest normą.
    Trudno też w tej chwili utrzymać się jako student z gastronomii. W życiu bym się na to nie zdecydowała na dłuższą metę, bo wiem jak to wygląda od środka, właśnie w ofertach dla młodych ludzi. Jestem już po studiach i owszem, na studiach był konkretny pogląd, co do osób z gastro – ale był to raczej podziw, że się na to decydują, nie pogarda. Waloryzacja ciężkiej pracy za marne grosze jest serio, żenująca. Przeraża mnie to, że jeśli ktoś oczekują szacunku, normalnego czasu pracy, normalnych, proporcjonalnych pieniędzy, uważa się go za roszczeniowego.

    Oczywiście masz rację z tym, że dużo ludzi ma pracę gdzieś, nie zjawia się na rozmowę, olewa swoje obowiązki.
    Ale zwalanie wszystkiego na lenistwo jest niesprawiedliwe. Te twoje 15 za godzinę w kontekście jak to wygląda naprawdę np. u nas na rynku jest nieśmiesznym żartem. Jak się dostaje 10, to już jest bardzo dużo na standardy.

  5. Jestem związana z gastro od 7 lat i w pełni zgadzam się z tym tekstem. Zaczynałam od 8zl na rękę, co było naprawdę fajną stawką. Rekrutacja na stanowisko barmanki była wieloetapowa, a pracodawca miał możliwość na dobranie idealnego pracownika na dane stanowisko dzięki masie chętnych. Każdy się starał jak mógł i podchodził do pracy mega poważnie (choć oczywiście zdążały się też wyjątki, ktore wtedy nie zagrzały długo miejsca). Dziś sama prowadzę od ponad roku rekrutację dla tego samego miejsca pracy i to jest dramat. Znalezienie osoby która jest odpowiedzialna, przyjdzie na rozmowę, do pracy, nie porzuci tej pracy z dnia na dzień i będzie dobrze wykonywała swoje obowiązki graniczy z cudem, pomimo tego, że przez te kilka lat stawka wzrosła 2 razy. Wymagania pracowników często są bardzo wygórowane pomimo częstego braku zdolności, doświadczenia i słabej dyspozycyjności. Osoby z mlodszego pokolenia często nie podchodzą do pracy serio, jak coś się nie podoba, jest za dużo do ogarnięcia, pracodawca wymaga większego zaangażowania, to odchodzą. Czasem z dnia na dzien, nie informując nawet że nie przyjdą na swoją zmianę do pracy. Prawda jest taka że zdarzało nam się trzymać pracownika który był naprawdę słaby, z powodu braku innych chętnych, albo z braku siły na wdrażanie i szklenie nowych osób, ponieważ znalezienie jednej fajnej, ogarnietej, myślącej osoby, która traktuje pracę jako coś poważnego, trwa bardzo, ale to bardzo długo i wymaga nie raz „biegania za pracownikiem”, dostosowywania się pod niego, wielu ustepstwom i uważania na każdym kroku żeby taka osoba nie zechciała odejść z błahego powodu. Oczywiście nie twierdzę że wszyscy pracodawcy są w porządku, często też po ich stronie leży wina, ale mogłam przez dobrych parę lat obserwować jedno środowisko pracy i pracujących tam ludzi i ośmielę się z stwierdzić, że nowe pokolenie które wchodzi na rynek pracy jest dla gastronomii ciężkim wyzwaniem i ciągła walką o dobrego pracownika

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj

Polub nas na

103,169FaniLubię
42,400ObserwującyObserwuj
100ObserwującyObserwuj
100ObserwującyObserwuj
1,420SubskrybującySubskrybuj
Agencja Wrocławska

Ostatnie artykuły