Woosabi – bezpiecznie skrojone pod Wrocław


Najbardziej wyczekiwanym otwarciem początku 2019 roku była oczywiście Jaffa, ale w kolejce tuż za nią ustawiło się Woosabi. Woosabi, które zajęło miejsce Lviva, które działa już w Innsbrucku, które w końcu zapowiedziało wejście do miasta z kuchnią, jakiej jeszcze nie było. Po wizycie, podczas której zjedliśmy ponad połowę karty, wiem jedno – moje przewidywania spełniły się w 100%.

Pierwsza restauracja Woosabi mieści się od kilku lat w dobrze znanym fanom skoków narciarskich Innsbrucku, zjednując sobie sporą sympatię miejscowych gości. Wrocławska odsłona to dość wierna kopia tej austriackiej pod względem menu, ale zaprojektowane przez grupę CUDO wnętrze, to jednak kompletnie inna bajka. Piękna, świetnie zgrana bajka, w pełni potwierdzająca, że hasło Miejska oaza, jakim Woosabi się promuje, rzeczywiście pozwala poczuć się swobodnie w samym centrum zabieganego europejskiego miasta średniej wielkości. Zieleń nastraja pozytywnie, półmrok pozwala przełączyć się na tryb: po pracy, a kolorowy bar wywołuje uśmiech od wejścia.

Kiedy zerkam na menu, myślę sobie, że ktoś w Woosabi odrobił pracę domową i przeprowadził odpowiedni research przed otarciem. Otóż sam koncept wydaje mi się być idealnie skrojonym po Wrocław. Wrocław, gdzie swoje problemy mają restauracje próbujące trzymać się ortodoksyjnych, momentami ciężkich do zrozumienia przez wszystkich smaków. Woosabi to z kolei azjatyckie fusion – to brzmi głupio, wiem – z którego każdy, kto boi się mocnych, oryginalnych smaków Azji, znajdzie coś dla siebie. W karcie królują bułeczki bao w kilku odsłonach oraz bowle, których wielkość pozwala najeść się jedną porcją we dwie osoby. Witamy we Wrocławiu!

Na początek przyjemne zaskoczenie – odniosłem wrażenie, że w lokalu jest sporo obsługi, i faktycznie jesteśmy obsługiwani dość sprawnie i szybko przez cały wieczór. Startujemy od kimchi (10 zł) – dość ostrego, raczej niedofermentowanego, mało kwaśnego, a do tego dokładamy zupę miso (12 zł) – łagodną, z lekko morskim posmakiem. Spring rolls (10 zł) z warzywami potraktujcie jako formę szybkiej, chrupiącej przekąski.

Większy kaliber wjeżdża na stół kilka minut później. Zestaw trzech bułeczek bao kosztuje 39 zł, a do wyboru pozostaje sześć różnych opcji. Bao są niewielkie, ale zjedzenie ich w całości na spokojnie załatwia sprawę obiadu. Z pięciu bao, jakie próbowałem, najbardziej smakowała mi wersja z kurczakiem oraz pulled pork, za to kompletnym nieporozumieniem okazało się bao z bulgogi. Zachwalane przez znajomych, którzy zjedli wcześniej, tym razem po prostu wypadły słabo. Mięso rzucone bez ładu i składu, dominacja sosu wasabi, pozbawione charakterystycznej słodkości. No niestety, ale to nie gra tak, jak powinno. Ogólnie jednak bao wypada najlepiej ze wszystkich dań, tylko potrzebuje większej staranności, bo nieco różni się od oryginału ze zdjęć na Facebooku. W kwestii bao mam też swoje zastrzeżenia do sosów. Majonez w różnych odsłonach wchodzi w skład każdej z bułeczek, ale nie do każdej z nich jak na mój gust pasuje, bo najzwyczajniej w świecie dominuje i nieco zamula po dwóch gryzach.

Choć brakuje mu ostrzejszego kopnięcia, interesujący jest curry bowl w wersji z kurczakiem (30 zł). Przygotowany na modłę tajskiego curry z mlekiem kokosowym, jest słodki, podany z ryżem, ale całościowo się broni, a swoje robi obecność niezawodnych nerkowców i kolendry. Rice bowl ze smażonym łososiem (35 zł) posiada pewien potencjał, ale jest za suchy i po kilku kęsach traci się przyjemność z jego konsumowania. Obstawiam, że lekki tuning podstawowymi przyprawami typu sos sojowy, rybny i olej sezamowy, mógłby pomóc, tym bardziej, że w środku znajduje się już podkręcające smak kimchi, piklowany ogórek, ale i nie do końca dla mnie zrozumiałe w tym zestawieniu awokado.

Najdziwniejsze jest dla mnie jednak sushi bowl (35 zł). W środku natraficie na ryż, sałatę, awokado, ogórki, marchewkę, nori oraz surowego łososia. Po zmieszaniu wszystkiego otrzymujemy dziwny miks w zamyśle przypominający smak najbardziej standardowej rolki z łososiem, tyle że umaczanej w sosie sojowym. Wnoszę po tym, że pozycja będzie hitem sprzedażowym w Woosabi. Mnie, delikatnie mówiąc, nie przekonuje.

Deser w postaci smażonego w głębokim tłuszczu bao z lodami i sosem mango (18 zł), to potencjalny foodporn w czystej postaci i rzeczywiście do takiego aspiruje, ale przydałby się tu jakiś kwaśny element na przełamanie.

Czy Woosabi mnie czymś zaskoczyło? Jak napisałem już wyżej, właściwie potwierdziło moje przewidywania i w żadnym wypadku nie zamierzam Was zniechęcać do odwiedzin. Wręcz przeciwnie – idźcie przekonać się, czy takie podejście do kuchni Wam pasuje. Jestem niemal przekonany, że tak bezpieczny smakowo koncept z dużymi porcjami, a jednocześnie nieoczywistymi połączeniami, będącymi dla wielu osób czymś nowym, będzie cieszyć się ogromnym zainteresowaniem moich rodaków. W sumie to szanuję, bo to znaczy, że właściciele rozumieją lokalny rynek, a koniec końców to biznes i ma się on opłacać.

Dużo, nie za ostro, nie za kwaśno, tak akurat, w dodatku z frytkami do bao, ale na pewno nie dla mnie. Może jakąś alternatywą byłoby wystawienie na stół choć kilku podstawowych przypraw, aby modyfikować sobie potrawy pod siebie. Pozostaje tylko pytanie – czy tego szukamy w restauracji? Ogólnie jednak wewnątrz siedzi się bardzo przyjemnie, wystrój stanowi miłą odmianę dla większości modnych nudnych lokali, na kranach znajdziecie niezłe piwa, a w najbliższym czasie rozwinąć ma się temat koktajli. Wieszczę tu spory sukces, co tylko potwierdza pełna sala od samego początku działalności.

Woosabi Wrocław

Włodkowica 21

FB

Total 24 Votes
12

Tell us how can we improve this post?

+ = Verify Human or Spambot ?

Comments

comments