Oliwa i ogień 2.0 – cała Polska nam jej zazdrości


Wrocław nie należy do najważniejszych kierunków gastro turystyki w Europie za jednym wyjątkiem. Takiej różnorodności dobrych pizzerii na próżno szukać nawet w niektórych włoskich miastach, a od 16. lipca stolica Dolnego Śląska wysłała w świat kolejny sygnał – przyjeżdżajcie na pizzę do Wrocławia, chcemy być najlepsi.

Z niemałym zażenowaniem spoglądam na czasy już nieco zamierzchłe, kiedy podniecaliśmy się słabiutkimi pizzami z najniższej jakości produktami, w myśl zasady – pizza do pizza, zawsze smakuje. No nie. Dopiero teraz, z perspektywy czasu, gdy do Polski zawitała prawdziwa moda na jakościową, dopracowaną pizzę, możemy zauważyć, jak ogromny skok wykonała polska szkoła pizzy. Tak, tak, trochę wyolbrzymiam z tym stwierdzeniem o polskiej szkole, ale wydaje mi się, że należy oddać odpowiednie honory wszystkim osobom przyczyniającym się do tego rozwoju. Obecnie właściwie w każdym większym mieście w Polsce możemy zjeść pizzę – niezależnie od stylu, na poziomie tych czołowych we Włoszech. tamtejszego klimatu nigdy nie przeniesiemy, ale to już siła wyższa.

Skąd ten wstęp? Otóż 16. lipca tuż przy placu Bema otworzyła się Oliwa i ogień 2.0. W narożnikowym lokalu, stojącym od lat bez najemcy, jeszcze do niedawna z przebijającym się zestarzałym szyldem po kebabowni. Z tego co mi wiadomo, podejście do tego miejsca robiło wielu, ale każdy miał wątpliwości co do tego, czy uda się odratować zrujnowane wnętrza. Ostatecznie wyzwanie zdecydowali się podjąć właściciele Oliwy i ogień, funkcjonującej pierwotnie na Igielnej, i powiedzmy to jasno – stworzyli cudo. Doprawdy, lokal wygląda świetnie, odsłonięto i odrestaurowano zabytkowe cegły, wystrój jest minimalistyczny, a do środka zmieszczono kilkanaście stolików, co zapowiada ręce pełne pracy, kiedy wszystkie się zapełnią. Na końcu sali mieści się długi na całą szerokość lokalu bar, za którym dzieją się cuda, trafiające do ustawionego jeszcze kawałek dalej niebieskiego pieca gazowego. Aha, jedna sala urzeka mnie najbardziej. Ta najmniejsza, na boku, umownie nazwana Oliwą i ogień 1.0, ponieważ wygląda dokładnie, jak cały lokal na Igielnej. Mamy tu więc do czynienia z sentymentalnym powrotem do nieodległej przeszłości.

Napisałbym, że Oliwa i ogień specjalizuje się w pizzy neapolitańskiej, ale już chodzą mi po głowie komentarze części z Was:

  • mam już dość neapolitany
  • czy nikt nie robi już innej pizzy?
  • eeee, wszystko tam pływa

Więc ograniczenie się w opisie Oliwy jedynie do pojęcia pizzy neapolitańskiej byłoby dość znaczącym nadużyciem. Otóż od samego początku ekipa postawiła sobie za cel wypiekanie nowofalowej neapolitany, zwanej canotto, która charakteryzuje się zdecydowanie mocniej wyrośniętymi, napowietrzonymi brzegami oraz ciastem o nawodnieniu oscylującym nawet w okolicach 80%. Tradycyjna pizza neapolitańska nie posiada tak wysokich rantów. Tyle w skrócie, bo szczegółowe kwestie dotyczące pizzy neapolitańskiej wypadałoby opisać w osobnym wpisie. Chłopaki postawili na jeszcze jedno – na jakość. I to nie taką teoretyczną, a faktycznie zadbano tu z jednej strony o dopracowaną pizzę, ale i składniki do niej oraz kilku przystawek. Wędliny oraz sery sprowadzane są przez ekipę Oliwy bezpośrednio od włoskich producentów raczej niespotykanych w innych polskich restauracjach. 

Co mamy w menu? Jak informują nas właściciele, wzorcem jest kuchnia Kampanii. Kilkanaście pizz, w tym kilka z doprawdy ciekawym składem, parę przystawek oraz oczywiście klasyczne napoje. Na początek pizza. Zamówiliśmy trzy różne, ale najpierw kilka słów na temat ciasta. Widać na pierwszy rzut oka, że piec potrzebuje jeszcze pewnie kilku dni na odpowiednie dopalenie się, ale już od pierwszego dnia – a byliśmy jednymi z pierwszych klientów, to jest poziom nieosiągalny dla większości ludzi zajmujących się pizzą. Genialnie wyglądają wysokie, szerokie, napowietrzone ranty, w tym przypadku określane mianem cornicione. I teraz tak – ciasto uległo pewnym modyfikacjom w stosunku do tego, co można było zjeść na Igielnej. Moim zdaniem to zmiana na lepsze, czego zresztą canotto wymaga, ponieważ samego ciasta jest więcej, więc musi ono odpowiednio smakować. To w Oliwie i ogień 2.0 smakuje jak świeże pieczywo, jak poranny śpiew ptaków, jak glutenowe złoto. To jest pieczywo, o jakim marzysz, budząc się każdego dnia. Jest lekko dymne, chlebowe, a przy tym lekkie, choć niech Was ta lekkość nie zwiedzie, bo zjedzenie jednej pizzy wystarczy na pół dnia. Mamy tu do czynienia z puszystym, niespecjalnie chrupiącym rantem oraz cienką warstwą pośrodku, gdzie dzieją się równie piękne rzeczy.

Mam dylemat, ponieważ absolutnie urzekła mnie Amore Mio (40 zł) z pesto pistacjowym, rozkładającą na łopatki mortadelą z dzika, serem provola affumicata, oliwą i bazylią. Biorąc pierwszy kęs chcesz wykrzyczeć – kocham tę pizzę! Nagromadzenie kulinarnego dobra, kompletny odlot. Dylemat, ponieważ z drugiej strony stoi niby prosta pizza Ragu (34 zł) oczywiście z ragu alla neapoletana oraz cukinią. To ragu jest lekko słodkie, głębokie, mięsne, kremowe, a w połączeniu z ciastem po prostu daje radość. Bo jedzenie ma dawać radość i to jest kwintesencja. Nie mogło zabraknąć także klasycznej Margherity (24 zł) – lejące się fior di latte, łagodne pomidory, dużo bazylii. Nie łatwo opisać to słowami, ale jeśli myślicie, że każda margherita smakuje tak samo, mamy tu do czynienia z odmienną sytuacją. Dobre pieczywo zmienia optykę i cholernie uzależnia.

Punkt drugi, dalsza część karty, z którą jednak mam pewien problem. Ostatnia kartka w menu podzielona jest na dania smażone, świeże przystawki oraz jedne słodkie naleśniki. Wybieramy więc Tris de Napoli (33 zł) będący miksem trzech przystawek. Najlepiej z nich wypada Crocche, a więc po prostu panierowany krokiet ziemniaczany z parmezanem. Duże nadzieje wiązałem z arancini, ale poza pysznym ragu wewnątrz, natrafiamy na lekko rozgotowany, pozbawiony wyrazu ryż, natomiast frittatina to makaron w beszamelu, oczywiście panierowany. Niestety zabrakło elementu smarowania i okazała się jednak zbyt sucha. Jest za to jedno cudo, a mianowicie Fagottini di mortadela (34 zł). Fantastyczne sakiewki z mortadeli, wewnątrz których zamknięto mus z ricotty i pesto pistacjowego. Matko, jakie to dobre! Orzechowe, słodkie, a jednak z oscarową rolą mortadeli, podbijaną dodatkowo przez wspomniane składniki. Pozycja obowiązkowa.

Myślisz Oliwa i ogień 2.0, mówisz klasa. Jakość pizzy i składników to absolutny top, i choć raczej unikam takich sformułowań, chcę to głośno powiedzieć – to najlepsza pizza we Wrocławiu. Czy Oliwa i ogień to najlepsza pizza w Polsce? Niewątpliwie mieszcząca się w ścisłym topie, a już na pewno, jeśli pod uwagę weźmiemy li tylko miejsca wyspecjalizowane w canotto. Szanuję poziom produktów, konkretną specjalizację i taką skromność, jakiej brak w wielu tych wszystkich nowych, modnych miejscach. W związku z otwarciem Oliwy mam jeszcze jedną nadzieję – że im to wypali, a sukces miejsca okaże się drogowskazem dla wszystkich tych, którzy boją się otwierania restauracji z cenami odbiegającymi od średniej. Mam nadzieję, że ten projekt się uda i będzie kierunkiem dla innych, chcących robić rzeczy oryginalne i jakościowe. Bo to jakość uzasadnia cenę. Ja nie żałuję żadnej złotówki wydanej w Oliwie, a Wam życzę smacznej uczty i podejrzewam, że będą tu zjeżdżać miłośnicy pizzy z całego kraju.

Oliwa i ogień 2.0

św. Marcina 2

FB

Total 77 Votes
40

Tell us how can we improve this post?

+ = Verify Human or Spambot ?