Gdzie je WPK #2 – pizza z frytkami, śniadania i curry wurst


Gdzie zjeść we Wrocławiu? Na te pytania odpowiadam codziennie zarówno na blogu, jak i fanpage oraz Instagramie. Co jakiś czas, kiedy tych odwiedzonych przeze mnie miejsc zbiera się dużo, wrzucam je do cyklu Gdzie je WPK. Zapraszam na drugi odcinek!

Dinette Cafe Deli

Dzisiejszy odcinek Gdzie je WPK w dużej mierze został poświęcony śniadaniom, a opowieść o nich rozpoczynamy od prekursorów. Co prawda Di Cafe Deli nie mieści się już w Sky Towerze, a na Odrzańskiej, to udało się utrzymać dawny klimat. Lokal Dinette Cafe Deli jest niewielki, ale dzięki temu prawie zawsze sprawia wrażenie zapełnionego, tętniącego życiem. Tym razem załapaliśmy się na sezon grzybowy, więc skrzętnie z niego skorzystałem.

Tost z grzybami w śmietanie na chałce, z jajkiem poche. Niewiele jest potraw, które dają większego kopa z rana. Kremowa konsystencja, leśny, grzybowy posmak i rozlewające się jajko. Na koniec pozostało jedynie wylizywanie talerza dodatkowo zamówioną porcją pieczywa. Żona poszła w klasykę – jajka po benedyktyńsku z rukolą i boczkiem oraz sosem maślanym. Tej rukoli nigdy nie wybaczę, ale jakoś przeżyję, że ktoś ją lubi. Żeby jednak nie było zbyt lekko, niejako na deser na stolik wskoczyła owsianka z owocami i orzechami włoskimi. Fajnie, bo Dinette udowadnia, iż nawet na tak ciężkiej ulicy może ci się udać. Wystarczy, że robisz dobre jedzenie i masz zbudowaną markę. Tylko tyle, takie proste. Oczywiście to żarcik, doceniający bardzo dokonania Dinette. 

Thali

Zima zbliża się nieubłaganie, więc i jedzenie na dowóz coraz częściej przewija się w rozważaniach obiadowych. Kiedy zerkam w historię aplikacji dowozowej WOLT, Thali przewodzi zdecydowanie w liczbie złożonych zamówień. Po prostu mam tam swój ulubiony zestaw i jestem mu wierny od… dobrych kilku lat. Butter chicken, ryż oraz vege samosy. Ten pierwszy troszkę zeuropeizowany, słodziutki, z dużą ilością kurczaka, ale ma w sobie coś sprawiającego, że smakuje mi niezmiennie. Samosy natomiast wjeżdżają na przystawkę i chrupią zawsze zaskakująco, pomimo wcześniejszego czasu spędzonego w aucie. Sosik tamaryndowy, mocno ziemniaczany farsz. Lubię to!

Petits Fours by Tobiasz Herman

Petits to miejsce, w którym zdecydowanie najczęściej spędzam czas, pracując przy kompie. Mam swój rytuał – kawa, jajecznica, woda wskakuje za free na stolik i mogę w spokoju działać. Czasami jednak poza klasyką najdzie mnie ochota na inne specjały spod ręki ekipy z Sienkiewicza. Numer jeden – croissant z mortadelą, cytrusową ricottą i awokado. O, maj, gad! To jest sztos nad sztosy, jakieś smakowe szaleństwo, moja ukochana mortadela zestawiona z moimi ukochanymi cytrusami oraz ukochanym croissantem z PLON-u. Więcej nie trzeba.

Numer dwa – śniadanie po arabsku. To, że jest gigantyczne, to w sumie najmniej ważne. Choć faktycznie na luzie można nim obdzielić dwie osoby. Jest jednak przede wszystkim wciągające, bogate, różnorodne. No bo tak – dwa ogromne falafele w panko, wielka ilość wyrazistego, kremowego hummusu oraz odświeżająca sałatka owocowa. Aha, no i chleb z PLON-u, żeby nie było zbyt niskokalorycznie. Na dokładkę świeżo wyciskany sok, a całość za cztery dyszki bez dziesięciu groszy. Oj, mocny zawodnik, a jeśli ktoś zje to w pojedynkę, stawiam piwo.

Central Cafe

Wbrew pozorom, pamiętając o wielkości Wrocławia, zjedzenie śniadania z samego rana nie należy w naszym mieście do spraw najprostszych. Pod tym względem niezawodne bywa Central Cafe, otwierające swoje podwoje już o 7.30. Zwyczajowo niezawodne są także ich bajgle, a przez kilka lat bywania tutaj zdarzały się jedynie sporadyczne wpadki. Rozpoczynamy od bajgla z pastą jajeczną – pewniak, klasyka Central, zawsze na tak! Gorzej, by nie powiedzieć fatalnie wypada jednak bajgiel z pastrami. I tutaj biję się w pierś ze względu na sam fakt złożenia tego zamówienia. Już kiedyś mocno naciąłem się na tę pozycję z menu, a teraz sytuacja się powtórzyła. Trzy plastry to jedno, ale ich stan – twarde, ni do przegryzienia, powoduje, że nie widzę żadnego usprawiedliwienia. Szkoda mojej i Wasze kasy, jeśli tak ma to wyglądać.

Mania Smaku 4.0

Kiedy Twoje dzieci krzyczą – chcemy na pizzę, a ty masz delikatnego kaca po poprzednim wieczorze. Co robisz? Wiadomo, że idziesz na pizzę, ale nie może to być nic zwyczajnego. Żadne tam pepperoni, choć wielbię je ogromnie. Tu musi wjechać pizza z frytkami. Taką w swoim menu ma Mania Smaku 4.0, która od sierpnia działa sobie na ulicy Krzyckiej. Dla wielu osób – zwłaszcza Włochów, może stanowić to jakąś kulinarną abberację, i może nawet przyznałbym im rację, gdyby nie jeden ważny fakt. Tak pizza po prostu świetnie smakuje.

Bomba, bo o niej mowa, to zasypana frytami polanymi sosem chipotle mayo, pizza z kruszonką chorizo. Rozumiecie sami – ostro, majonezowo, a do tego frytki. Nie mogło się nie udać! Dobra rzecz, i to nie tylko na kaca. Nikt nie mówi, że trzeba się napić, aby ją zjeść. Zwłaszcza, że w środku napić się można czegoś dobrego. Szacun za naprawdę ciekawy wybór polskich kraftów na kranach.

Dzieci ostatecznie zjadły margheritę – puchate, dobrze wyrośnięte ciasto oraz raczej delikatny sos pomidorowy. Żona natomiast zadowoliła się deserami. Tiramisu polewane przez kelnera przy stoliku czekoladą, to obłęd. Ogromne, mokre, z dużą ilością kremu. Cannoli urzeka chrupkością, a brownie… jakąś toną czekolady. Dobrze jest!

Toruń

Do Torunia udaliśmy się na początku października w ramach tak lubianej przez rodzinkę turystyki sportowej. Otóż na tamtejszej Moto Arenie rozstrzygać się miały losy tytułu Indywidualnego mistrza Świata na żużlu. Jako fanów czarnego sportu, nie mogło nas zabraknąć, a emocje na torze zdecydowanie utwierdziły w przekonaniu, że było warto.

Niestety z różnych względów zabrakło czasu na turystykę kulinarną. Z jednej strony wyruszyliśmy z Wrocławia nieco za późno, z drugiej większość restauracji przeżywała oblężenie, a nie uśmiechało mi się stać w kolejkach z dzieciakami. Trafiliśmy więc do restauracji Lovely Moss – jedynej, w której możliwa była wcześniejsza rezerwacja. To miejsce chwalące się sporą ilością dań z dziczyzny, i rzeczywiście one pojawiały się na stole naprzemiennie z potrawami, w których główną rolę odgrywały grzyby. Co wypadło najlepiej? Podwędzany tatar z jelenia. Poza tym na stół wjechał również klasyczny wołowy tatar, żurek, pomidorowa, makaron z grzybami czy pasztet z dziczyzny.

Na stadionie natomiast nie mogło zabraknąć najważniejszego atrybutu kibica, a więc kiełbasy stadionowej. Ocena ogólna wykazała, że mieliśmy tu do czynienia ze średnią krajową, co oznacza delikatnie przypieczoną, muśniętą temperaturą kiełbę z delikatnymi grudkami w środku. Udało się także wpaść do multitapu połączonego z ramenownią, prowadzonego przez browar Deer Bear. Dwa szybkie piwka i trzeba było uciekać.

Curry 71

Fenomen curry wurst na niemieckich ulicach stale mnie zaskakuje, choć rozumiem, że tutaj główną rolę odgrywają uwarunkowania kulturowe i tradycja. Do kiełbasy z tajemniczą posypką i ketchupem we Wrocławiu podjeść było już kilka, ale większość z nich przemknęła przez nasze miasto z szybkością meteorytu. Na dłużej zabawiła jedynie ekipa Bratwurstów, a od niedawna na Ruskiej pojawił się kolejny gracz. Curry 71 to maleńkie okienko streetfoodowe, graniczące z Okami.

W menu klasyka – curry wurst na tacce, z frytkami, a także hot dogi. Wszystko opatrzone informacjami i oryginalnych berlińskich kiełbaskach, czymkolwiek by one nie były. Zaczynamy od rzeczonego wursta – kiełbaska mocno przypieczona, pokrojona w plastry, skrywająca wewnątrz mocno zmielone mięso, które smakuje… jak w większości berlińskich miejscówek. Czyli w sumie zgadza się, zgodnie z zapowiedziami. Jeśli posmakowało Wam w stolicy Niemiec, posmakuje i tutaj. Hot doga podano z inną, białą kiełbaską, ketchupem oraz musztardą i prażoną cebulką. Nie są do dania w moim guście, natomiast zostało to przygotowane zgodnie z zapowiedziami i wydaje mi się, że Curry71 ma szansę, aby pozostać w pobliżu Rynku na dłużej.

Aktualizacja pierogowa

Przygotowania do rankingu najlepszych pierogów ruskich cały czas w toku. Zapraszam więc na krótką aktualizację sytuacji bieżącej. Pierwsze miejsce odwiedzone przeze mnie w celu testowania pierogów – bar Mamine smaki na Pomorskiej. Fanem Maminych jestem od dawna, ale jak kocham choćby tutejsze krokiety, tak pierogi wydawały mi się trochę mdłe i niedoprawione. Ale, ale, coś tu się zmieniło! Obecnie ruskie w Maminych Smakach to super rzecz. Konkretne, nie za cienkie ciasto skrywa wewnątrz wyrazistą mieszankę twarogu i ziemniaków. Całość podana z cebulką usmażoną na brązowo. Dla mnie super. Jeśli już dotrzecie na Pomorską, koniecznie zjedzcie wspomniane krokiety czy dewolaja.

Spodobał Ci się mój wpis? Polajkuj go, udostępnij, a po więcej zapraszam na Instagram oraz fanpage. Używajcie naszego wspólnego, wrocławskiego hasztagu #wroclawskiejedzenie

Total 10 Votes
1

Tell us how can we improve this post?

+ = Verify Human or Spambot ?

Comments

comments