Gdzie je WPK #3 – kanapki z tatarem, Wietnam i Chiny


Co dobrego zjeść we Wrocławiu? O tym dowiesz się z cyklu Gdzie je WPK. Dzisiaj zapraszam Was na wycieczkę po Azji – odwiedzamy Chiny i Wietnam oraz jemy ramen, próbujemy jak smakuje kanapka z tatarem i pijemy kawę w klimatycznej kawiarni.

Na bieżąco moje kulinarne podboje możecie śledzić na Instagramie WPK.

Gdzie je WPK #1 | Gdzie je WPK #2

Pan Kłos

Kiedy ktoś mówi – kanapka z tatarem, robisz wielkie oczy czy przyjmujesz to jako oczywistość? Osobiście tatara najchętniej jem rozsmarowując go na dobrym pieczywie, więc taka opcja jawi mi się, jako idealna. Zwłaszcza, gdy mamy do czynienia z kanapką z tatarem, którą można kupić w wersji do ręki w trakcie spaceru czy drogi do pracy. Właśnie na taki pomysł wpadli w Pan Kłos i ja takim ideom głośno przyklaskuję.

Majonez, chrzan, szczypiorek, pszenny chleb – złoto, Panie Kłosie. Cena? Całe 13 zł. Moi drodzy, to jest jakaś cholerna promocja, z której trzeba korzystać. To pewnie tyle, co trzy hot-dogi w Żabce pod domem, chociaż w sumie… nie wiem ile kosztują hot-dogi pod domem, ale widzę, że nasi rodacy chętnie się nimi zajadają. Nie traćcie czasu, idźcie na tatara do Kłosa.

CULTO

Skoro jesteśmy w temacie tatarów zamkniętych w pieczywie, dość płynnie przechodzimy do CULTO. Dlaczego? Otóż tutaj także w menu – już od dłuższego czasu – znajduje się szczelnie wypełniona tatarem brioszka. Przyznacie, że wygląda okazale i efektownie. Smakuje zresztą podobnie, co nie powinno dziwić, mając w pamięci wcześniejsze doświadczenia z tą restauracją.

Kanapki wjechały w dowozie zamówione przez WOLT, z którym to sobie przyjemnie współpracujemy, abym mógł pokazywać Wam najciekawsze miejscówki jedzeniowe dostępne w dostawie. I CULTO takim miejscem jest, a zarówno brioszka z tatarem, jak i cheese w postaci podwójnego smashburgera idealnie sprawdzają się w delivery. Właśnie cheeseburger z idealnie skarmelizowanym, otoczonym serem, mięsem daje wyobrażenie o burgerze idealnie skrojonym pod dostawy. Nikt nie wymaga, aby był krwisty w środku. Wręcz przeciwnie, ma być soczysty, nie suchy, ale cienki, dobrze przysmażony, z wyrazistym smakiem wołowiny. I tutaj mamy z tym do czynienia. Brioszka z tatarem? Jak wyżej u Pana Kłosa – kłaniam się nisko za pomysł i wykonanie.

Chiński Wiatr

Wiele razy słyszałem od Was – idź do Chińskiego Wiatru na Traugutta. Kiedyś nawet wszedłem, ale okazująca brak zainteresowania przez dziesięć minut obsługa przymusiła mnie do wyjścia. Ostatnio jednak coś mnie tknęło i wstąpiłem przejeżdżając po prostu obok. I co? I super! Okazuje się, że można tu zjeść smacznie, oryginalnie, a hasła o najlepszym miejscu z chińską kuchnią wcale nie muszą być przesadzone. Dobra, nie ma we Wrocławiu innej chińskiej restauracji, więc ciężko nie wygrać tej klasyfikacji, ale i tak Chiński Wiatr zasłużył na docenienie.

Co jadłem? Na początek przystawka w formie delikatnych pierożków na parze z krewetkami. Interesująca rzecz, z mocno krewetkowym aromatem i sporą ilością farszu, w którym mieszają się większe kawałki skorupiaków ze zmielonymi. Prawdziwa petarda przychodzi na danie główne. Wołowina z zielonym chili rozbija bank. Przyznam, że dawno nie jadłem tak delikatnego mięsa, zatopionego w ostrym sosie, świetnie balansowanym przez słodycz i słony smak. To było bardzo udane danie. Do powtórki, zdecydowanie.

Gałązcafe

Kiedy pojedziesz do większości dobrze rozwiniętych gastronomicznie krajów, gdzie kultura jedzenia poza domem należy do spraw absolutnie oczywistych, na każdym rogu, na każdym osiedlu można spotkać klimatyczne kawiarnie, których odwiedzenie traktowane jest przez miejscowych, jako stały punkt każdego dnia. W Polsce mamy w tej kwestii jeszcze sporo do zrobienia – zwłaszcza w temacie korzystania z podobnych przybytków w ogóle. Niewątpliwie jednak coś się ruszyło i choćby w Warszawie można się napić kawy już nie tylko w ścisłym centrum. Wrocław do tej pory posiadał dość ubogą ofertę w tej kategorii, choć również coś drgnęło.

Trochę mi wstyd, że dopiero teraz odkryłem tak cudne miejsce, jakim jest Gałązcafe na Sztabowej. Klasyka gatunku – maleńki lokal, trzy stoliki na zewnątrz, dobra kawa, ciastko, a przy okazji jeszcze sklepik z jakościowymi produktami. Tak po prostu, bez zadęcia, bez silenia się na opowiadanie o najlepszych kawach. Jest… swojsko. Dokładnie tak, jak wyobrażam sobie takie miejsca. Dokładnie tak, aby spotkać tu codziennie swoich sąsiadów, pogadać, przeczytać gazetę, popracować przy komputerze. Oby więcej takich miejsc.

Dim sum garden

W poszukiwaniu kolejnych pozycji do rankingu najlepszych pierogów we Wrocławiu, wybrałem się za Waszą namową do Dim Sum Garden w budynku OVO. Tam od kilku lat mieści się właściwie jedyne miejsce stacjonarne w stolicy Dolnego Śląska, gdzie można zjeść parowane azjatyckie pierożki. Trzeba przyznać, że sam lokal należy do jednych z najciekawszych w mieście. Gra pastelowymi kolorami pozytywnie nastraja, kiedy za oknem pojawia się jesienna szarówka. Czy z jedzeniem jest tak samo?

Chrupiące wontony z wieprzowiną na start. Dobry ten początek trzeba przyznać. Chrupiący, z dość delikatnym wnętrzem. Potem do gry wchodzą podane w bambusowym koszyku pierożki dim sum. Wybór padł na czerwone, a więc kaczkę po pekińsku – mocna pozycja oraz indyka. W tym drugim przypadku farsz w pierożkach okazał się trochę za suchy. Ogólnie jednak smakowo całkiem przyzwoicie, przyjemnie, z niezłą obsługą.

Izakaya Ramen

Czy tego chcemy, czy nie, zostaliśmy zmuszeni do dość gwałtownego przestawienia się z letnich upałów na zimne dni. A jeśli zimne dni, to oczywiście rozgrzewające potrawy. Jedną z nich, od razu przewijającym się w mojej głowie obrazem w trakcie chłodnego okresu, jest ramen. Najlepiej kremowy, grzejący, sycący na długo. Standardowo na ramen wybieram jedną z trzech destynacji – Yemse2, wspomniane wyżej CULTO lub Okami. W ramach rozwijania wachlarza odwiedzonych miejsc we Wrocławiu postanowiłem odwiedzić jednak inny lokal.

Izakaya Ramen otworzyło się w lokalu zajmowanym wcześniej przez Shrimp House oraz Yakitori, a sam koncept powiązany jest z niewielką siecią Izakaya Sushi, mieszczącą się w kilku punktach w mieście. Wnętrze jest dość specyficzne, w pewnym sensie nawiązujące do nazwy projektu. W środku nie ma baru, przy którym można zamawiać jedzenie, dlatego wszystko odbywa się przy kilku stolikach. W karcie znajdziecie w sumie sześć ramenów, spośród których wybrałem Spicy Miso. Jak wypada? Bardzo przyzwoicie, kremowo, a przy tym konkretnie grzeje przełyk. Nie do końca rozumiem co w dodatkach robi pozbawiona atutów smakowych pierś kurczaka sous vide, ale może tylko ja nie kumam. Podsumowując jednak – na pewno warto spróbować ich wersji Spicy miso.

District Saigon

Na koniec mam dla Was jeszcze wspomnienie już sprzed dobrych trzech miesięcy, bo gdzieś mi ta relacja umknęła, a jednak byłoby szkoda nie napisać o tak pysznym miejscu. District Saigon to właściwie jedyne miejsce we Wrocławiu, gdzie kuchnia wietnamska pojawia się w wydaniu smacznym i oryginalnym. Choćby to świetne Pho Bo z trzema rodzajami mięsa. Bogate, głębokie, sycące w opór, a do tego podane z całym ogromem dodatków, którymi można podkręcić jeszcze smak w swoją ulubioną stronę. Na początek jednak spring rollsy z wieprzowiną. Pysznie chrupiące i pełne mięsa. Na koniec jeszcze stir fry z ryżu, w wersji z wege z tofu. Taki smażony ryż ze snów – lekko słony, delikatnie ostry, super.  Szanujmy i chodźmy do takich miejsc, jak District Saigon, bo zwyczajnie wykonują ogromną robotę na rzecz promocji dobrej kuchni w naszym mieście. 


Spodobał Ci się mój wpis? Polajkuj go, udostępnij, a po więcej zapraszam na Instagram oraz fanpage. Używajcie naszego wspólnego, wrocławskiego hasztagu #wroclawskiejedzenie

Total 12 Votes
2

Tell us how can we improve this post?

+ = Verify Human or Spambot ?

Comments

comments