Czy restaurację fine diningową da się w prosty sposób przekształcić w luźne bistro? Sprawa do łatwych nie należy, mimo wszystko powracający do Wrocławia Orson Hejnowicz podjął się tego zadania w hotelu Grape.
Gdzie? Parkowa 8
MIEJSCE
Grape Hotel przy ulicy Parkowej to prawdopodobnie najpiękniejszy butikowy hotelik we Wrocławiu. Zlokalizowany w XIX-wiecznym pałacyku z pięknym ogrodem tuż przy Hali Stulecia. Ledwie kilkanaście pokoików, każdy inny – zobaczcie zresztą sami, na dole mała strefa fitness, a do tego restauracja. Przez lata z ambicjami fine diningowymi, ale że fajn dajning we Wrocławiu ma się, jak się ma, to tak niespecjalnie to wychodziło przez lata. Na to wszystko wszedł nowy

SZEF KUCHNI
I nie tylko, bo Orson Hejnowicz został mianowany managerem całego obiektu, odpowiedzialnym nie tylko za jedzenie. Kim jest Orson? Najlepiej niech przemówi sam z menu Grape by Orson:

W ostatnich latach zasłynął m.in. stworzeniem oryginalnego poznańskiego projektu Wolność NeoBistro, a w miesiącach poprzedzających otwarcie Grape angażował się w różnorodne koncepty kulinarne w całym kraju, w tym m.in. w stolicy Dolnego Śląska. Było tego tyle, że w pewnym momencie miałem problem z nadążeniem nad mapą miejscówek współtworzonych przez niego. Mam pewne przekonanie, że mocniejsze skupienie się na jednym, konkretnym miejscu wyjdzie wszystkim na dobre. Wrocławskiej gastronomii na pewno, bo ciężko powiedzieć, aby mierzyła się z nadmiarem kreatywnych postaci, a z taką niewątpliwie mamy tu do czynienia.
MENU
Jak przeczytaliście powyżej, format finediningowy odszedł w zapomnienie, a Grape by Orson ma być reprezentantem stylu neobistro. Z czym to się je? To przede wszystkim swobodna atmosfera, innowacyjne, oryginalne podejście do smaków w menu, a także nawiązania do tradycji. I trochę takie jest to menu – z jednej strony to elementy dziecięcych retrospekcji szefa kuchni, z drugiej doświadczenia zdobyte w przeciągu całej gastro kariery. Jego nazwa to Wrocławiu ty mój, co już samo w sobie powinno nakierować Was na jego charakter. Emocjonalny, zaangażowany, wspomnieniowy. Jako wrocławianin kupuję ten pomysł, a sam często także powracam myślami do dziecięcych smaków, więc ta historia trafia do mnie bardzo mocno.
JEDZENIE
Na początek na stole pojawia się koszyk z wypieczonym na miejscu pieczywem oraz wędzonym masłem. Miło, ale lecimy szybko dalej. Co ciekawe, każda z pozycji w menu posiada swoją ciekawą nazwę. Rozpoczynamy od Czereśniaka. Tatara znaczy się. Lekko podwędzony, odpowiednio chłodny, do tego z soczystymi czereśniami, parmezanowym chrupkiem oraz elementem wrocławskim – ciasteczkiem w kształcie krasnala. Małe rzeczy zostawiają po sobie wielkie wrażenie, dlatego ten krasnal to cudny pomysł. Żeby jednak nie było, że to ciasteczko zrobiło jedynie robotę. Co to, to nie. Świetny tatar i basta.

To kto miał pierwszy ten Wrocław? Zaczynamy gierkę z szefem kuchni i wchodzimy w nią z wielką przyjemnością. Akcent czeski bardzo mnie w tym zestawie cieszy, a połączenie knedlika z bobem i kurkami jeszcze bardziej. Jest sezon, prostota, trochę zaskakująca pasta jajeczna na dokładkę.

Dożynki łowickie to po prostu kukurydza. Oczywiście nie z solą jak na plaży. Cała zabawa polega na tym, że jedząc tę pozycję ubrudzicie się, jak za dzieciaka. Brudne łapki, buzia, wszystko, dobra zabawa i zero spiny. Lubczyk sprawia, że twój mózg wybucha i zaczyna mówić sam do siebie – dlaczego nigdy nie wpadłem na pomysł połączenia tych dwóch produktów?! Cieszę się natomiast, że ktoś wpadł, a ja miałem okazję to zjeść.

Bo…. Paupiettes de veau powinno wyglądać tak. To nie mój osąd, a nazwa potrawy. Klasyk francuskich bistr, duszona cielęcina podana z puree ziemniaczanym i sosem espagnole. Dla każdego poszukiwacza najbardziej wystrzelonych smaków na świecie będzie to zapewne rozczarowanie. No jak to tak, puree, jakaś marchewka? I to ma być neobistro?! Zalecam spróbować, zagłębić się w ten smak, ukroić kawałek mięsa, dziabnąć ziemniaczka i intensywny sos. Nie pożałujecie. Aha, ogrom tej porcji jest wręcz nieprzyzwoity.

To nie jest parmezan chicken. Panierowany kurczak z roztopionym na górze serem to taki smaczek włoskich imigrantów w Stanach Zjednoczonych. Coś jak fettucine alfredo. W Grape by Orson otrzymujemy soczystego kurczaka w ekstra chrupiącej panierce, mizerię z mango – tak, tak, i ziemniaczkami. Aha, ten ser pojawia się w nieco innej formie. Został starty na danie główne. Prostota, przyjemna prostota.

PODSUMOWANIE
Zadane przeze mnie w tytule pytanie jest oczywiście na wyrost. Bo historia wrocławskiej gastronomii dzieje się codziennie, w setkach punktów, jest tworzona przez pracujących tu po prostu ludzi. Szczerze wierzę, że ludzie tacy, jak Orson Hejnowicz są w stanie wpłynąć na zmiany w całym lokalnym gastro w szerszym ujęciu. Mam nadzieję, że tworzenie takich miejsc we Wrocławiu otworzy oczy każdemu, kto podejmie próbę zmierzenia się z tym biznesem. Że nie wystarczy stworzyć 142133 pizzerii, 987383 takiego samego kebsa czy osiedlowej restauracji z menu pełnym penne z łososiem, suchym burgerem i przystawką z buraka i koziego sera.
Dla mnie Grape by Orson jest szansą, aby gastro Wrocław się otworzył, zainspirował i trochę przestawił myślenie. Jedzenie ma być zabawą, nie musi być wyszukane, ale ma dawać radość. I to jedzenie daje mi dużo radości, momentami pozwala wrócić do dziecięcych chwil, a jednocześnie jest tak bardzo w zgodzie ze światowymi trendami. Przyklaskuję mocno, trzymam kciuki i chciałbym, aby ta restauracja była przyczynkiem do zmian na lepsze w lokalnym gastro biznesie. Biznesie – poza pojedynczymi przypadkami – pełnym shitu, nudy, braku rozwoju, klapek na oczach. Grape pokazuje, że w restauracji można opowiedzieć pewną historię i nie musi ona być nudna. Tutaj widzę optymizm, uśmiech, nowe otwarcie. Wszystkiego najlepszego, to było bardzo dobre!
Spodobał Ci się mój wpis? Polajkuj go, udostępnij, a po więcej zapraszam na Instagram oraz fanpage i TikTok. Używajcie naszego wspólnego, wrocławskiego hasztagu #wroclawskiejedzenie

