Jarmark Bożonarodzeniowy we Wrocławiu – kicz projekt


Jarmark Bożonarodzeniowy we Wrocławiu w obecnej odsłonie odbywa się po raz dziewiąty. Jednak tutejsza tradycja, jeszcze niemiecka, breslauerska właściwie, sięga drugiej połowy XVI wieku. Jarmarki od początku odbywały się w centralnym punkcie miasta, czasami zahaczały o Plac Solny, innym razem o Plac Nowy Targ. Niewątpliwie dzisiejszy Jarmark jest spadkobiercą tych tradycyjnych niemieckich – z Norymbergi, Berlina czy Drezna, tyle że tamte działają dłużej, a przede wszystkim w międzyczasie nie zanotowały narodowościowej zmiany. W 2016 roku wrocławski Jarmark rozpoczął się już 18 listopada, natomiast te dawne startowały dopiero 11 dni przed Bożym Narodzeniem. Czy jednak nasz miejscowy jarmark możemy przyrównywać do tych zza zachodniej granicy?

e645b9ad-943e-454a-ada1-17ed92089726

Pamiętam początki tego „nowożytnego” jarmarku. Mogło się wydawać, że to jakiś powiew świeżości, wprowadzenie do centrum miasta świątecznego elementu, a wiadomo – święta to uśmiech, radość, dobra atmosfera. Wrocławski Jarmark miał stanowić kopię najbardziej znanych niemieckich i austriackich, ale po dziewięciu latach śmiało można stwierdzić, że coś poszło nie tak. Postanowiłem zmierzyć się z kilkoma mniej lub bardziej prawdziwymi twierdzeniami na temat Jarmarku Bożonarodzeniowego we Wrocławiu.

W Berlinie czy Dreźnie jest dokładnie tak samo.

Nie jest, wybaczcie drodzy Państwo. Owszem w niemieckich odsłonach jarmarków również znajdziecie sporo chłamu, który jest nieodłączną częścią tej tradycji. Na kilku straganach musi znaleźć się coś dla turysty, coś dla miłośnika chińszczyzny, musi być w dużej mierze przaśnie, taki urok. Na tym jednak podobieństwa się kończą. W Berlinie czy Dreźnie w jednym momencie odbywa się kilka lub kilkanaście różnych jarmarków, a każdy z nich posiada własną specyfikę. Jeden zbliża się do tego wrocławskiego, drugi jest bardziej kulturalny, a kolejny skierowany głównie do rodziców z dziećmi. Ogólnie nie ma monotonii, odbywa się sporo wydarzeń towarzyszących – warsztatów, występów. Różnorodność wpływa na rozwój, konkurencja wprowadza pozytywną rywalizację, a specjalizacja eliminuje przypadkowych gości. Wrocławski jarmark skupiony jest w jednym miejscu, od lat nie zmieniają się wystawcy, a poza wątpliwej jakości gastronomią, sprzedawcy skupiają się na kiczowatych koszulkach wyciągniętych wprost ze straganów nad morzem oraz biżuterią skupowaną w ilościach hurtowych z Aliexpress. I nade wszystko – czy fakt, że w Berlinie także zdarza się spotkać badziewie, upoważnia nas do tego, żeby tłumaczyć sobie słabość naszego Jarmarku? Dlaczego chcemy korzystać tylko z tych słabych wzorców, zapominając o najlepszych? Czy nie możemy wyróżniać się spośród innych podobnych miejsc na świecie, tylko brniemy w sprawdzone, tandetne schematy, mając tak duży potencjał?

Moc pyszności

Dokładniej: „Na jednym z najpiękniejszych Jarmarków Bożonarodzeniowych zagości moc pyszności”. To cytat z oficjalnej strony wrocławskiego jarmarku, ale rozumiem, że dotyczy innego miejsca. Bo, choć bardzo chciałem, tak nie trafiłem na te pyszności. Najciekawiej wyglądają chyba litewskie i podlaskie wędliny, podawane także na miejscu, ale kiedy widzę, że są okraszane ketchupem ARO, tracę apetyt. Najważniejszym elementem jest oczywiście wino, grzane, jak to w Niemczech. Gluhwein w cenie 12 zł za 0,2 l, lane z beczki. Wino lokalne oczywiście, z pięciolitrowych kartonów wprost z Makro w Długołęce. Wedle najnowszych trendów. Nie może zabraknąć hiszpańskich chrurros, a także wspaniałych kurtosz kołaczy i kanapek ze smalcem, w smaku podobnym całkiem do niczego. Ah, dla miłośników słodkości pojawia się jeszcze czekoladowy kebab i sześć winogron w czekoladzie za 13 zł. Wiecie, że nie mam zwyczaju narzekać na ceny, ale cholera, wypadałoby mieć w sobie choć trochę przyzwoitości.

Po prostu coś mi tutaj nie gra, także w podejściu osób, które głośno krzyczą o genialnej atmosferze jarmarku. Owszem, atmosfera wpływa czasami na lepszy odbiór danego produktu, ale niech ktoś mi wytłumaczy, bo nie rozumiem – goście w restauracji potrafią narzekać na ceny, na to że podaje się w nich wina w typie Carlo Rossi, czy – nie daj boże! – używa pieczywa nie z własnego wypieku. Ogólnie na wszystko, jest taka grupa osób i każdy restaurator wie o czym piszę, a jednocześnie ci ludzie zgadzają się, żeby wciskać im malutki kubeczek wina wątpliwej jakości za kilkanaście złotych i wychwalać go pod niebiosa. Dla porównania – na niektórych niemieckich jarmarkach cena kubeczka wina to 2 euro, 3 to właściwie max.

Ja wiem, że nie codziennie je się w restauracjach fine dining, nie zawsze można wymagać doskonale dopracowanych dań, tym bardziej tutaj, taka to nieco streetfoodowa formuła jarmarku. Zresztą wiecie, że często jadam w osiedlowych barach czy food truckach, więc nie mam z tym problemu, ale zawsze musimy wymagać jednego – jakości, której tutaj ewidentnie brakuje.

7e3bbcbe-1931-4f7c-b384-ec922e639145 68f2a477-5093-4461-bf93-414e9b063e61 0964b325-8563-4a2e-93e0-9683a3b421ce c195d6b0-9af8-4494-8903-f3e87e397f5b e28bc14a-81cf-46ce-bc54-2073ead2ac5e

Wino i atmosfera

Grzaniec Wrocławski, znany także jako Gluhwein, a więc największy hit Jarmarku. Wielu wrocławian przybywa tłumnie na Rynek jedynie w celu skosztowania go ze specjalnie przygotowanego na daną edycję kubeczka. W tym roku ten niezwykle cenny, wyceniany na 10 zł eksponat, ozdabiają dwie postaci bliższe potworom, aniżeli bałwankom czy aniołkom. Odstawmy jednak na bok wino i szeroko pojętą gastronomię. Wiele osób wspomina, że przychodzi na Rynek jedynie w celu obcowania z tą niezwykłą, świąteczną atmosferą. Może nie jestem wystarczająco wrażliwy, może źle rozumuję, ale jaką atmosferę ma rozświetlone miasteczko drewnianych budek w połowie listopada, które to w niemalże identycznym układzie „radowało” wrocławian w czerwcu podczas Jarmarku Świętojańskiego. Czy klimat zapewniają jedynie choinki i cały ogrom światełek? Ja jednak stawiałbym na jakość produktów, na zachowania ludzi, którzy obsługują stoiska z dziecięcymi atrakcjami, a nie potrafią się uśmiechnąć, na wyjątkowość i oryginalność produktów.

91a03b69-192c-4b71-8e97-bb8ab475cfeb img_1963

Rzemiosło i promocja Wrocławia

To jest kwestia, która boli mnie najbardziej. 90% stoisk to badziewie najgorszego sortu, łącznie z tymi gastronomicznymi. Bransoletki, koszulki patriotyczne, frytki belgijskie (?!), mógłbym tak wymieniać dalej. Co ma to wspólnego z naszymi, wrocławskimi producentami? Bo skoro tak nawiązujemy do tradycji dawnych jarmarków, musimy mieć świadomość, że niegdyś sprzedawało się na nich głównie wyroby miejscowych producentów. Dlaczego nie sprzedaje się na wrocławskim (!) jarmarku tutejszego chleba, tylko ten z Litwy czy Podlasia, dlaczego nie sprzedaje się Serów Łomnickich, tylko oscypki w cenach przewyższających te z Krupówek, dlaczego sprzedaje się tu koszulki z logo Polski Walczącej, skoro miasto Wrocław tak dba o przestrzeganie prawa, a pozwala na sprzedaż produktów z symbolem, którego nadużywa się w złym sensie. Na szczęście w tym roku nie spotkałem już budki z podrabianymi perfumami. To tylko kilka przykładów z brzegu, ale podobne można by mnożyć.

Mamy w mieście coraz większą ilość rzemieślników – browary, piekarze, winiarze z Trzebnicy, serowarzy, wielu właścicieli restauracji i Szefów Kuchni prowadzi własne gospodarstwa. Dlaczego ich nie wspieramy? Dlaczego nie pozwolimy im wyjść do masowego klienta? Wiecie dlaczego? Bo prawdziwego rzemieślnika nie stać na zapłacenie 15 czy 16 tysięcy za miesiąc wystawiania się na Jarmarku. Żeby płacić tak horrendalne kwoty trzeba działać na najniższej jakości produktach. Wystarczyłoby wprowadzić jakieś zniżki dla wrocławskich czy dolnośląskich rzemieślników, którzy przez 12 miesięcy opłacają podatki do kasy miasta.

Może to marzenie ściętej głowy, ale właśnie taki mi się marzy Jarmark Bożonarodzeniowy we Wrocławiu – tutejszy, lokalny, z całym ogromem lokalnych producentów, rzemieślników, a wraz z nimi serów, wędlin czy rękodzieła, bez upychania straganów wyrobami rzemieślniczymi z Aliexpress.

91c6e02d-9287-4008-bb1e-3a4b73858155

932eeca3-a909-4e5f-8f0d-d2c0697614ec

Nie będę ściemniać, naszego wrocławskiego jarmarku nie szanuję specjalnie od przynajmniej kilku lat. Z kilku względów, które wymieniłem wcześniej. Żeby jednak nie było, że rzucam argumentami bez pokrycia. Odwiedzam Jarmark co rok, bo moja żona, mimo moich usilnych próśb ciągle wspomina o tej „magicznej atmosferze”, której dziwnie nie potrafię poczuć. Dlatego tym bardziej mogę śmiało potwierdzić – ten jarmark nie idzie do przodu, nie rozwija się, a co ciekawsi wystawcy – a tacy są – zwijają się po roku, widząc ogólną degrengoladę. Wystarczy przytoczyć tu przypadek Sztuki Śledzia, który jeszcze rok temu uznawany był za najbardziej pozytywny element. 

I tak na koniec – to nie jest krytyka dla krytyki, bo uważam, że jest we Wrocławiu miejsce dla takiego Jarmarku, choćby dlatego, że musimy pamiętać o niemieckich korzeniach miasta. Ale i dlatego, że musimy pamiętać o potencjale tego miasta, o różnorodności, którą oferuje. Jarmarku potrzebują przede wszystkim mieszkańcy miasta i turyści, ale szanujmy ich i ich żołądki. Wspomagajmy fajne inicjatywy, wspomagajmy tutejszych rzemieślników – niech nie płacą po kilkanaście tysięcy za wynajem tego stoiska. Nie uważam, żeby zarobek miasta z wynajmu stanowił najważniejszy element takiego wydarzenia. Podejrzewam, że miasto poradzi sobie bez dochodu z tych kilku stoisk, a nieoceniona finansowo byłaby promocja młodych artystów i producentów, mogących zaprezentować swoje umiejętności przed setkami tysięcy przewijających się przez Rynek osób. W zamian otrzymujemy takie atrakcje jak – parada z Królową Śniegu i parada z Mikołajem. No bez jaj. W jaki sposób nie wykorzystano ostatnich dni funkcjonowania Wrocławia jako Europejskiej Stolicy Kultury do połączenia tego faktu z Jarmarkiem? Tego nie dowiemy się chyba nigdy.

Jeśli to tylko moje wydumane marzenia, wybaczcie. Po prostu nie lubię siedzieć cicho i akceptować tego, że robi się nas w balona, a wszyscy dookoła przyklaskują jaka to wspaniała atmosfera, genialne wino i doskonałe langosze. I wbrew pozorom, rozumiem procesy ekonomiczne, ale może czasami trzeba jednak pomyśleć nie tylko o konieczności podreperowania miejskich finansów, a na pierwszy plan wystawić dobro mieszkańców, nawet pomimo tego, że spora część z nich akceptuje, a wręcz zachwyca się obecną jarmarczną atmosferą. Może za rok uda się zorganizować mniejsze, klimatyczne jarmarki np. pod Halą Stulecia, na Placu Strzegomskim, Nowym Targu czy Grunwaldzie?

Total 262 Votes
19

Tell us how can we improve this post?

+ = Verify Human or Spambot ?

Comments

comments