LVIV – kawior, wódka, bliny – cudny smak Ukrainy


W świecie pędzącej w dużej części bez głowy gastronomii wrocławskiej, zdarzają się wyjątki, do których od pierwszego dnia działalności pałasz absolutnie nieinteresowną sympatią. Pamiętam, że kiedy w sierpniu 2017 roku na Legnickiej otworzyło się bistro LVIV, moje odczucia względem nich były jednoznacznie pozytywne. Kiedy po chwili ich druga miejscówka wystartowała niemal pod moimi oknami na Zakrzowie, pokochaliśmy się na dobre i złe. Niewiele jest miejsc, w których bywam częściej niż raz w miesiącu, a to choćby ze względu na fakt, że chcę opisywać jak najwięcej nowinek dla Was. Lviv na Zakrzowie traktujemy jednak jako osiedlowy bar, gdzie w razie potrzeby lecimy na obiad.

Buzia uśmiechnęła mi się jeszcze bardziej w styczniu, po informacji o rychłym otwarciu Lviv na jakże popularnej ostatnio ulicy Włodkowica. Śmiało można powiedzieć, że to w tym momencie najpopularniejsza gastronomicznie ulica we Wrocławiu, a obecność Pasibusa, ośmiu misek, VaffaNapoli, AleBrowari i Panczo na przestrzeni kilkudziesięciu metrów, mówi wiele. Od 16 kwietnia ich nowym sąsiadem zostało Lviv – kawior, wódka, bliny, ale tym razem już w wydaniu restauracyjnym, z ogromną przestrzenią odziedziczoną po zamkniętych w pośpiechu Gorących Piecach, a wcześniej pubie Włodkowica 21.

Wnętrze jest minimalistyczne, ale odpowiednio zgrane, pięknie połączono ze sobą drewniane elementy wyposażenia oraz ceglaste fragmenty lokalu. Jest przestronnie, luźno, z dość mocno wyeksponowanym piecem oraz pozostałymi po poprzednich najemcach wędzarniach. Co ważne, dalej się w nich wędzi, i to nie byle co. W piecu wypiekany jest codziennie chleb, a kuchnię przebudowano na tyle, aby produkcja i wydawka szły sprawnie. Cieszy fakt, że stoliki nie są poupychane jeden obok drugiego w odległości uniemożliwiającej odsunięcie się o 10 cm. Miejsca jest dużo, a wjechanie do środka wózkiem dziecięcym lub dla osób niepełnosprawnych, nie będzie stanowić żadnego kłopotu.

Teraz najważniejsze, ceny. Pierwsza myśl – lokal na Włodkowica, dużo obsługi, nowy wystrój, czyli kwoty za dania poszły o 200% do góry. Właśnie, że nie. Mało tego, ceny zostały na tym samym poziomie, porcja pierogów kosztuje 9,50 zł, poza jednymi ozorkami, najdroższe danie główne to koszt 21 zł. Niemal paradoksalnie brzmi, że najdroższe są sałatki, ale do ich produkcji potrzebne są nieco inne, bardziej kosztowne produkty. Karta jest obszerniejsza, ale bardzo zbliżona do tego, co mogliśmy znaleźć na Legnickiej. Prosta, domowa kuchnia ukraińska w wykonaniu Szefa Kuchni i właściciela w jednej osobie, Andrieja, który przebył długą, choć na szczęście dość szybką drogę od kolejnego imigranta, do dobrze prosperującego przedsiębiorcy.

Nowinek na Włodkowica jest więcej. Przede wszystkim zmianie uległy godziny otwarcia. Od niedzieli do środy od 9 do 21.30, a od czwartku do soboty również od 9, ale aż do 2 nad ranem. To wszystko powoduje, że do karty weszły śniadania oraz menu wieczorne, które zaistnieje kiedy tylko pojawi się koncesja na alkohol. Kuchnia otwarta do tak późna to we Wrocławiu kompletna nowinka na takim poziomie. Rano natomiast napijecie się jednej z tańszych kaw w mieście – czarnej za 4 zł, z mlekiem i espresso za 5 zł, a na fajną opcję wygląda również zestaw: drożdżówka i kawa za 7,50 zł.

Kanapka śniadaniowa (19,50 zł) z wędzonymi na miejscu mięsami, m.in. boczkiem, z dodatkiem kiszonej kapusty, chrzanem i z pieczonym na miejscu chlebem. Kwintesencja prostoty podania i jedzenia, smaku i radości ze spożywania świeżej pajdy chleba z prawdziwą wędliną. Dalej do gry, już w opcji obiadowej, choć jako przystawka, wchodzi szuba (17,50 zł), znana przez wielu pod nazwą śledź pod pierzynką. Kawałek chleba, a do tego ułożone warstwami ziemniaki, delikatny śledź, marchewka, buraki, cebula, a wszystko przemieszane z domowym majonezem. Przystawka niemalże skrojona pod kieliszek wódki pity wieczorową porą w towarzystwie znajomych. Nie spojrzałem, ale obstawiam, że będzie to żelazny punkt wieczorowego menu. Kiszonych pomidorów próbowałem już na Legnickiej, ale wtedy otrzymałem je trochę spod lady, a obecnie trafiły na dobre do oferty. I dobrze, bo to świetna rzecz. Odświeżająca, kusząca, pełna smaku, jak to kiszonka, a przy tym pomidor pozostaje słodziutki. Ciekawą metamorfozę przeszły bliny z kawiorem (19,50 zł). Wcześniej podawano trzy malutkie sztuki, obecnie na talerzu ląduje jeden, za to ogromny blin, opakowany w ubranie ze śmietany i kawioru. Sama porcja wygląda ponętnie, puszysty blin niemal rozpływa się w ustach, a słoność kawioru przełamuje całą resztę, tworząc niepowtarzalny taniec smaków, dzięki którym ślinianki wariują ze szczęścia. Brać, nie żałować, domawiać kolejne porcje.

Wraz z daniami głównymi nadchodzi nowe. Gałuszki (19 zł), czyli parowane kluseczki z mięsnym nadzieniem i skwarkami mogą okazać się hitem pierwszych miesięcy w Lvivie. Zbite, ale lekkie ciasto skrywa wewnątrz dobrze zmieloną, niemal kremową porcję mięsną z wyraźnie zaznaczonym podrobowym tłem. W dość podobnej formie podane są gotowane na parze pierogi. Te z wątróbką (16,50 zł) to zdecydowanie opcja dla miłośników tejże, natomiast wersja wege ze słodką kapustą (16,50 zł) podbija serca wszystkich siedzących przy stole. Mnie urzeka prostota i umiejętność skorzystania z tak niewielu produktów, pozwalających na wydobycie ogromu i głębi smaku. Przygotować takie potrawy zgodnie ze sztuką, to prawdziwy artyzm, a we Lvivie zdecydowanie im się to udaje. Pielmieni (13,50 zł) to klasa sama w sobie. Koperek, masełko, a jak masełko, to smak. W środku mięso tak soczyste, jakby gotowane właśnie w wywarze, aromatyczne, no i to cudnie cieniutkie ciasto. Nabijasz jedno na widelec i już myślisz o drugim, trzecim i dziesiątym, a w międzyczasie uzmysławiasz sobie, że i tak chcesz domówić jeszcze jedną porcję. Jeśli znajdziecie lepsze na zachód od ukraińskiej granicy, dajcie znać. Pierogi ruskie (9,50 zł), choć przygotowane kompletnie nie wedle mojego gustu, z przewagą ziemniaka w farszu, kładą na podłogę. Sprężystością, lekkością farszu i tą niemalże chrupiącą, słodką i złocistą cebulką.

Ozory wołowe z gałuszkami (36 zł) to zdecydowanie najdroższa pozycja w menu, niezwykle konkretna, z trzema solidnymi kawałkami mięciutkiego mięsa w towarzystwie dwóch parowanych bułek, chrzanu, buraków oraz mocnego, wyrazistego sosu śmietanowo-pieczarkowego. Do czynienia mamy z zawodnikiem przeznaczonym zdecydowanie dla dużego faceta, nieskrywającego swych sympatii do tej części krowy. Właściwe wykonanie, odpowiedni smak i ilość.

Wschodnia tradycja byłaby niepełna, gdyby tak suta wieczerza nie zakończyła się odrobiną słodkości. Tutejsze kuchenne gospodynie wypiekają codziennie w pełni naturalne bułeczki z różnymi nadzieniami oraz codziennie inne ciasto. My trafiliśmy m.in. na cytrusowy sernik, rozpychający nasze żołądki do granic możliwości. 

Jedząc te cuda wiesz, że nie ma w tym ani grama ściemy. Nie ma tu jakiejkolwiek możliwości pójścia na skróty. Jest uczciwa cena, ciężka praca i ogromna prawda, wynikająca ze szczerości i dobrego serca. Z całą odpowiedzialnością mogę powiedzieć, że nie ma w okolicach Rynku drugiego takiego miejsca. Z tak smacznym, a jednocześnie niedrogim jedzeniem, przywołującym na myśl domową atmosferę. Atmosferę, którą chcesz chłonąć, podobnie jak kolejne pielmieni z ociekającym masełkiem. Drodzy właściciele LVIV, szczerze dziękuję za takie miejsce i życzę tłumów, bo Wrocław takich lokali potrzebuje, niczym ja Waszego kawioru. Na zdrowie!

LVIV – kawior, wódka, bliny

Włodkowica 21

FB

Total 18 Votes
2

Tell us how can we improve this post?

+ = Verify Human or Spambot ?

Comments

comments