LVIV – kawior, wódka, bliny – Ukraina smaczna, Ukraina uczciwa


Na początku była Gastrofaza. Tak, Gastrofaza. Nazwa tak nietrafiona, jak tylko nietrafiona być może. Gyros, pizza, te klimaty. Taka osiedlowa jadłodajnia bez jakichkolwiek ambicji poza zyskiem finansowym. I pewnie Gastrofaza trwałaby sobie w najlepsze (?) przez kolejnych kilka lat, gdyby nie los na loterii, jaki to miejsce wygrało pewnego dnia w 2016 roku. Jednym z transportów wprost zza wschodniej granicy, jakich wiele codziennie dociera do stolicy Dolnego Śląska, przybył Andriej. Ukrainiec z Czernowic w południowo-zachodniej części kraju, student, a zarazem już weteran wojny, jaką rozpętali w tym pięknym kraju Rosjanie. Przyjechał jak wszyscy, w poszukiwaniu spokoju, wolności, pieniędzy i godnego życia. Cztery smutne dni spędzone na dworcu nie kojarzą się specjalnie z godnością, ale młody Ukrainiec przyjechał do Wrocławia uczciwie pracować i dzięki splotowi przeróżnych okoliczności, po tym czasie trafił na zmywak do… Gastrofazy. Na stawce zapewne głodowej, ale pojawiło się jakieś światełko w tunelu. Później wszystko potoczyło się już dość szybko – ze zmywaka trafił na kuchnię, wprowadził do menu kilka ukraińskich specjałów, a niedługo potem przejął lokal, prowadząc go przez pewien okres w dawnym układzie, ale ciągle usilnie myśląc o nowym koncepcie.

W taki sposób pierwszego dnia sierpnia wystartowała nowa restauracja – LVIV, opatrzona dopiskami: kawior, wódka, bliny. Jak się okazuje, tutejsze menu to nie jest żadna tam ogólnie pojmowana kuchnia ukraińska. Co to, to nie. To byłoby zbyt banalne. To kuchnia wywodząca się z domu właściciela, a przepisy zaciągnięte zostały z babcinego i maminego notesu, odtworzone jeden do jednego. Lviv zachował luźny, barowy klimat, a przy tym delikatny lifting sprawił, że wewnątrz zrobiło się o wiele przyjemniej, choć z zachowaniem prostoty wystroju.

W środku jest sporo miejsca, jest jasno, a rozpisane na kredowej tablicy menu wygląda na czytelne. Karta dzieli się na kilka działów, ale właściwie już po chwili rzuca mi się w oczy kilka pozycji, których nie mógłbym nie zamówić.

Na pierwszy strzał idzie oczywiście barszcz ukraiński (9,50 zł). Słusznie tłusty, gotowany na kilku kilogramach mięsa, ze sporą ilością buraków, cebuli czy fasoli, a także z kleksem gęstej śmietany. Wywar wędruje w słodką stronę, kontrowany przez sporą zawartość tłuszczu, jest niezwykle pożywny, a przy tym dostarcza przyjemnych wrażeń. Osobiście wyczuwam tam aromat palonego ziemniaka, ale wypytałem, nie ma go tam. Dla mnie zupa wypadłaby jeszcze lepiej z dodatkiem jakiegoś ostrzejszego elementu, ale szanuję rodzinny przepis i zdecydowanie wystawiam barszczowi solidną czwórkę z plusem. Pielmieni (15 zł) wcześniej należało do popisowych dań w tym lokalu, ale w tym momencie to absolutnie doskonale dopracowana pozycja. Idealne, cieniutkie ciasto o odpowiedniej grubości, sprawnie zawinięte i wypchane lekko pieprznym, a przede wszystkim mięsnym farszem. Właśnie smak mocno zmielonego mięsa wybija się tu na przód i w połączeniu ze wspomnianym ciastem, pietruszką, która znajduje się na zewnątrz, masełkiem oraz śmietaną, tworzy kompozycję tyleż prostą, co niezwykle udaną.

Prawdziwa bomba pojawia się po kilkudziesięciu minutach – bliny z kawiorem, śmietaną i koperkiem (30 zł). To są bliny przez wielkie B, cudownie lekkie, puszyste, a przy tym we właściwy sposób usmażone. Z jednej strony niby nie pasują do tutejszego menu, a z drugiej w tak rozkoszny sposób wprowadzają trochę dekadenckiego, doniosłego smaku, pokazując, że kuchnia nie zna granic i nie uznaje utartych schematów. Jakież to jest dobre. Intensywny, delikatnie słony smak kawioru z każdym gryzem wchodzi w kontakt z kremową śmietaną, pięknie pachnącym koperkiem i tymi wybornymi, babcinymi blinami. Pozostaje tylko żałować, że wybrałem się autem, bo serwowana w restauracji Lviv ukraińska wódka pasowałaby wzorowo. Od kawioru wędruję w kierunku podrobów. Podawany w towarzystwie bezmącznych placków ziemniaczanych, gotowany ozór (25 zł – na zdjęciu pół porcji, bo inaczej nie dałbym rady) rozpływa się w ustach, a dość słony sos pieczarkowo-śmietanowy nie pozawala zapomnieć o tym, że kuchnia ukraińska z każdym kolejnym daniem dostarcza organizmowi odpowiednią ilość kalorii. Placki w konsystencji nie przypominają tych znanych z polskich domów. Są mniej zbite, bardziej ziemniaczane i  ciekawie komponują się właśnie z ozorem, choć dostępne są także w wersji ze szpinakiem i jajkiem.

Kuchnia Ukraińska we Wrocławiu? Jestem jak najbardziej za, zwłaszcza w tak znamienitym, uczciwym wydaniu, jak w LVIV – kawior, wódka, bliny. Doceniam wyczucie smaku, doceniam romantyczną historię, a przy tym cenię trzymanie się oryginalnych przepisów, dostarczających nam smaczną namiastkę ukraińskiego domu we Wrocławiu. Andriej, trzymaj tak dalej! Robisz to naprawdę dobrze.

LVIV – kawior, wódka, bliny

Legnicka 25

FB

Total 40 Votes
9

Tell us how can we improve this post?

+ = Verify Human or Spambot ?

Comments

comments