Jedzenie w szpitalu – lepiej liczyć na siebie


Na temat jedzenia w polskich szpitalach napisano już wszystko, powstały dedykowane tematowi fanpage na Facebooku, blogi, a pewnie i prace magisterskie. Jedno jest pewne – wszyscy kojarzymy te smutne zdjęcia dwóch suchych kromek chleba z plasterkiem szynki na talerzyku mającym lata świetności już za sobą. Niezależnie od rodzaju diety, urazu czy obecnego stanu – każdemu to samo, wedle uznania pani rozwożącej jedzenie po szpitalnych korytarzach.

Średni, dzienny koszt wyżywienia w kontrolowanych szpitalach w latach 2015-2017 wynosił od 9,55 zł do 17,99 zł, zaś średni koszt surowców użytych do przygotowania posiłków wynosił jedynie od 3,70 zł do 8,46 zł.

To dane z kontroli NIK przeprowadzonej w latach 2015-17. Różnice wynikają z faktu, że szpitali nie obowiązują konkretne zasady dotyczące żywienia zbiorowego, dlatego kierownik danego szpitala może samodzielnie decydować czy przeznaczy na posiłki swoich pacjentów 3,5, a może 15 zł dziennie. Śmiem jednak twierdzić, że tu nie chodzi o te magiczne około 5 zł dziennej stawki żywieniowej przypadającej na pacjenta. Jasne, to mało, ale też każdy, kto zetknął się kiedykolwiek z gotowaniem masowym czy też w restauracji, doskonale wie, że da się z tego coś ukręcić. Zwłaszcza bez presji zarabiania na tym i bez specjalnych wymagań. Ciekawe rzeczy dzieją się w przypadku osób z nietolerancjami. Nietolerancja glutenu – zamiast chleba pszennego dostaje się zwyczajowo… nic. Nietolerancja laktozy – brak zastępstwa dla tradycyjnego mleka. Naturalnie jestem realistą i zdaję sobie sprawę z tego, że niewykonalnym jest właściwe rozpisanie zasad żywienia dla każdej osobnej jednostki chorobowej, to jednak pewne ogólne zasady powinny obowiązywać. Obecnie zasada jest jedna – nie możesz mleka? To możesz zjeść suche płatki. Nie możesz chleba? To zjesz dwa plastry szynki.

Tak się składa, że całkiem niedawno na oddziale jednego z wrocławskich szpitali leżał mój syn wraz z żoną – w oczekiwaniu i po zabiegu usuwania migdała. Kiedy otrzymałem pierwsze fotki jedzenia od żony, myślałem, że to żart. Okazało się jednak, że niestety nie, a obrazki trafiające na mój telefon odpowiadały smutnej rzeczywistości. Czy ktoś pytał o jakąkolwiek dietę, zapotrzebowanie kaloryczne czy alergie? Nie żartujmy. Czy moja żona otrzymywała posiłki? Nie żartujmy. Czy mogła je sobie wykupić? Oczywiście, że nie. Kolacja dostarczona o 16.15? Phi, a kto powiedział, że trzeba to od razu jeść?! To jest smutna rzeczywistość.

Prawda jest jednak taka, że jak w przypadku wszystkiego wystarczy odrobina dobrej woli. Nie będę wspominał o rozwiązaniach systemowych i ustaleniu bazy przepisów – odpowiednich cenowo, zbilansowanych, urozmaiconych, może nawet odrobinę smacznych, z których szpitale mogłyby korzystać. Oczywiście nie wierzę we wprowadzenie podobnego systemu w najbliższych 48 latach, ale dzięki temu wszystkim byłoby łatwiej. Smutne jest to, że w świecie, w którym wystarczy wejść na pierwszy blog wegetariański, żeby sprawdzić jak zrobić tani i smaczny pasztet z soczewicy, ciecierzycy czy innego selera, w dalszym ciągu podaje się niewartościowe, obrzydliwe mielonki, a’la szynki i parówki mom. Czy po 30 latach od przemian ustrojowych w naszym kraju, w dalszym ciągu musimy być zdani na gastronomię zbiorową rodem z PRL? Że instytucja dietetyka w szpitalu (!) nie funkcjonuje, to kwestia oczywista i tyleż bulwersująca. Że poza nikłą jakością, nijakim smakiem i wielkością posiłków, potrawy szpitalne po prostu nie wyglądają, to się rozumie samo przez się. I choć rozumiem skalę, z jaką dyrektorzy poszczególnych placówek się zmagają – nakarmienie tysiąca osób do najłatwiejszych nie należy, tak nigdy nie zrozumiem braku podjęcia choćby próby zmiany takiego stanu rzeczy. Gdyby ktoś mnie spytał, na bieżąco wymyśliłbym pewnie 10-15 niedrogich, a smacznych dań do zastosowania w szpitalach.

Kocham te komentarze mówiące o tym, że szpital to nie restauracja i nie można go oceniać w tych kategoriach. Chyba nikt przy zdrowych zmysłach nie zamierzałby tego robić, ale ciężko nie wspominać o tych pseudo posiłkach uwłaczających godności ludzi i tak cierpiących z mniej lub bardziej poważnych przyczyn. Trzeba przyznać, że w tym stwierdzeniu jest jednak trochę prawdy. Trochę, a może i całkiem sporo, bo o ile restauracja nie musi z założenia dbać o naszą dietę, a po prostu powinna dobrze karmić, tak kuchnia szpitalna już tak. Oczywiście fajnie byłoby, gdyby to była kuchnia szpitalna, ale w 2/3 przypadków do placówek leczniczych dojeżdża catering. Jaka jest jakość większości cateringów, wiemy doskonale, a najważniejszą kwestią w przypadku firm parających się tym jakże trudnym gastro biznesem, jest dbanie o jak najniższy food cost. Najniższy food cost najczęściej idzie w parze z najniższą jakością i koło się zamyka.

Jak sobie w takim razie radzić i co jeść w szpitalu? Ano trzeba radzić sobie na własną rękę, licząc się z tym, że chcąc zjeść ze smakiem i choćby przyzwoicie, trzeba będzie pozbyć się z portfela kilku banknotów. Moja żona chętnie korzystała z dobrodziejstw restauracji oraz portali do zamawiania jedzenia na dowóz, ewentualnie ja zamawiałem i dowoziłem rodzince coś dobrego czy też po prostu zjadliwego. Zdecydowanie pomocna w tej materii okazała się dobrze znana z mojego bloga aplikacja Glodny.pl, dzięki której zamówiłem z odbiorem własnym jedzenie z mojego ulubionego U Gruzina i zawiozłem do szpitala. Jako że pogoda dopisała, zjedliśmy sobie na zewnątrz, na trawce, zapominając nieco o nieco depresyjnym klimacie pooperacyjnego pokoju. Chaczapuri nawet jeśli straciło nieco w dowozie, okazało się piękną i smaczną odmianą dla żenujących posiłków szpitalnych. Młody, jak tylko zobaczył pudełka, pomyślał że przywiozłem pizzę, co kazało mi się zastanowić czy jednak nie za często zamawiamy ją do domu, ale przede wszystkim bardzo zasmakował w chaczapuri imeruli z dużą ilością sera. Żonie bardziej do gustu przypadło lobiani z lekko ostrym, fasolowym farszem.

Innym razem młody zażyczył sobie pierogów, a że najbliższe wyszukane w aplikacji był z baru Domowe Pierogi Marysia na Komandorskiej, złożyłem zamówienie, zjawiłem się po odbiór i jak najszybciej dostarczyłem pakunek do pokoju. Nieco grube ciasto nie pozwala mi stawiać ich wśród najlepszych, ale na przykład opcja z mięsem to przyzwoita pozycja z domowym sznytem. W międzyczasie pojawiła się też pizza, więc własnym sumptem udało się jakoś przetrwać ten okres.

Podsumowując, poraża mnie ta nijakość, ale jeszcze bardziej poraża mnie, że pomimo ciągle fatalnych wyników kontroli NIK-u, nic nie dzieje się w kierunku poprawy sytuacji ze szpitalnym jedzeniem. Nawet trochę rozumiem ludzi mówiących, że nudzą ich te śmieszne zdjęcia z plasterkiem szynki, dwoma kromkami suchego chleba i 50 gramami masła. Bo ileż można? No właśnie, ileż można tolerować i znosić to dziadostwo. Jeśli widzicie jakieś wyjście z tej sytuacji, dajcie znać, bo faktycznie to chyba najwyższy czas, aby zbuntować się przeciwko takim praktykom.

Spodobał Ci się mój tekst? Polajkuj go, udostępnij, a po więcej zapraszam na Instagram oraz fanpage. Używajcie naszego wspólnego, wrocławskiego hasztagu #wroclawskiejedzenie

Total 50 Votes
5

Tell us how can we improve this post?

+ = Verify Human or Spambot ?

Comments

comments