#wspieramgastro, bo każdy jest teraz równy i tak samo w dupie


Kiedy podczas przeglądania Facebooka rzuciło mi się w oczy, że takie restauracje jak Jadka czy Noriko Sushi zdecydowały się dowozić swoje jedzenie w okresie panującej pandemii koronawirusa, pomyślałem sobie w pierwszej chwili – to lekkie szaleństwo. W drugim momencie, po lekkim przemyśleniu doszło do mnie – przecież ci ludzie też chcą przetrwać ten fatalny czas, też chcą utrzymać na powierzchni swoją budowaną przez jakiś czas restaurację, swoich pracowników.

Kiedy rozmawiam teraz z właścicielami restauracji, z ust wszystkich pada jedno – ciężko powiedzieć jaka będzie przyszłość. Jeszcze trzy tygodnie wcześniej część z nich snuła optymistyczne plany przed pierwszymi wiosennymi dniami, przynoszącymi zwyczajowo spore wzrosty w obrotach. Nikt, absolutnie nikt nie przewidywał tego, że nie tylko gastronomia, ale i cały kraj, cała gospodarka, dosłownie się zatrzymają. Zatrzymało się wszystko i pokazało jak przewrotne i nieprzewidywalne potrafi być życie.

Różne są sposoby radzenia sobie z tą absolutnie nietypową sytuacją. Pisałem zresztą na ten temat ostatnio. Jedni rzucili ręcznik od razu, zamykając restauracje na cztery spusty z różnych względów – nie widząc perspektyw na dowożenie swojego jedzenia, nie widząc perspektyw na zarobkowanie, chcąc zachować wszelkie zasady bezpieczeństwa i zadbać o zdrowie swoje oraz swoich pracowników. I ciężko nie zrozumieć takiego postępowania. Wśród nich wymienić należy m.in. Ragu czy Pasibusa. Inni początkowo podjęli podobną decyzję, ale szybko doszli do wniosku, że jednak przerwa w działalności może okazać się przerwą na zawsze, więc po tygodniu czy dwóch wznowili działania, głównie w sektorze delivery. Największa część właścicieli restauracji natychmiast postanowiła działać i podjąć wszelkie kroki, aby zrobić wszystko dla utrzymania się na powierzchni. Obszary działań są różnorakie – własny dowóz i odbiory osobiste, delikatesy własnej produkcji, delivery poprzez różne portale, gotowe zestawy do gotowania, a nawet kooperacje kilku konceptów.

Bardzo szanuję wszystkich, absolutnie wszystkich, bo zdałem sobie sprawę, że każdy – niezależnie od tego, jaki status przed wybuchem pandemii miał, jest dokładnie w tej samej sytuacji. Mówiąc krótko – dokładnie każdy jest w takiej samej dupie. Dokładnie każdy się martwi, walczy o klienta i głęboko w duszy wypatruje zakończenia tej przymusowej kwarantanny, mając na głowie nie tylko sprawy bieżące, ale i opłaty za kredyty, leasingi, wypłaty, czynsz za lokal, a nade wszystko zdrowie swoje i swoich ludzi. Trochę dużo, przyznacie. Zresztą, co ja mówię – wielu z Was znajduje się w podobnej sytuacji, ja sam w sumie zresztą też. Może właśnie dlatego z tak wielką empatią i niepokojem spoglądam na każdego, kto funkcjonuje w gastronomii.

Dlaczego w ogóle o tym piszę? Chciałbym Was zachęcić do akcji #WSPIERAMGASTRO. Doskonale zdaję sobie sprawę, że każdy z Was obawia się obecnie przede wszystkim o swoją przyszłość, ale mam w sobie mocne przekonanie na temat siły drzemiącej w konkretnych społecznościach. Wydaje mi się, że wokół wrocławskiej gastronomii przez ostatnich kilak lat udało się zgromadzić całkiem pokaźną i zaangażowaną społeczność – także przy pewnym udziale WPK w tym procesie – zdolną do niesienia pomocy w różnym wydaniu dla swoich ulubionych miejscówek. Osobiście od początku całej sytuacji z koronawirusem postanowiłem, że będę całym sercem z restauracjami, barami, kawiarniami, nawet browarami, które są mi w jakimś sensie emocjonalnie bliskie, ponieważ wiem jak ważne dla każdego z nich jest zaufanie okazywane przez gości każdego dnia. Każde pojedyncze zamówienie to dla nich kroczek oddalający właścicieli i pracowników od tak koszmarnie szybko zbliżającego się dramatu. Chyba jeszcze nigdy w historii nasze 10, 20, 50 zł wydane w danej restauracji nie miało takiej ogromnej siły. Uwierzcie, naprawdę. Pomijając fakt, że szczęściarze robią około 30% swoich dotychczasowych obrotów, ale są i dobijający ledwie do 1/10, co jak sami rozumiecie nie wystarcza nie tylko do zarabiania co oczywiste, czy opłacenia czynszu, ale tym bardziej nie zapewni odpowiednich wpływów na wypłaty.

Jest jednak inny, bardzo ważny czynnik akcji #wspieramgastro. Dla sporego grona osób działających w gastro ta praca to uzależnienie, ulubione zajęcie, dla niektórych miłość, dla zdecydowanej większości po prostu główne źródło dochodów. Dla nich każde Wasze zamówienie to także aspekt wsparcia psychologicznego, pozytywnego kopniaka w złym okresie. I naturalnie zdaję sobie sprawę z tego, że jedzenie z restauracji nie należy do produktów pierwszej potrzeby, ale w końcu jesteśmy na blogu opisującym codzienną rzeczywistość restauracji, więc siłą rzeczy ta tematyka interesuje nas najbardziej. Chyba jeszcze nigdy wcześniej pojęcie lokalności, wspierania znajdujących się blisko ciebie przedsiębiorców, nie było tak ważne. Przy całej globalizacji nagle zostaliśmy postawieni przed faktem konieczności radzenia sobie ze zdobywaniem produktów pierwszej potrzeby wokół komina, tuż po domem, we własnym mieście, wiosce czy osiedlu. To właśnie teraz malutka piekarnia rodzinna trzy ulice dalej liczy na Twoje wsparcie – Plon lub Pan Kłos, to teraz pani sprzedająca ziemniaki i jajka pod Biedronką powinna być głównym dostawcą tych produktów, a cukiernia z rzemieślniczymi deserami ucieszy się, kiedy zabierzesz coś słodkiego dla swoich dzieciaków. Mało tego – kupmy piwo w pobliskim browarze, a tych we Wrocławiu i okolicach mamy wiele, podobnie jak winnic.

Paradoksalnie, w tym dramatycznym okresie może dotrze do wielu z nas, jak ważną rolę pełnią te małe, lokalne społeczności. Wiele restauracji wprowadziło na rynek własne delikatesy – Dinette, Petits Fours, Concept Stu Mostów z rzemieślniczymi produktami, których jakoś w większości wielokrotnie przewyższa smaki znane z dyskontów. Zdecydowanie bardziej przemawia do mnie aspekt przepływu pieniędzy pomiędzy lokalnymi społecznościami, niż wielkimi sieciami.

Jak pisałem na początku, rozmawiam sporo z właścicielami różnych miejsc. Tych popularnych, mniej i bardziej znanych, hajpowanych i zapomnianych. Każdy wie jedno – gastronomia stanęła w obliczu największego zagrożenia w swojej historii. Czasami słyszę w ich głosie bezsilność, zrezygnowanie, brak nadziei – wtedy tym bardziej chcę pomagać, w innych przypadkach dyskutujemy o przyszłości, konieczności przetrwania i z uśmiechem na ustach żartujemy o całej koronawirusowej rzeczywistości. Powyżej napisałem dosadnie – każdy jest w tak samo głębokiej dupie. Mocno, niespecjalnie kulturalnie, ale to stwierdzenie idealnie oddaje sytuację, w jakiej się znajdujemy wszyscy. Totalna bezsilność.

W ramach swego rodzaju eksperymentu, wciągu jednego dnia zamówiłem jedzenie z odbiorem z dwóch miejsc umiejscowionych na dwóch skrajnych końcach piramidy gastronomicznej. Z jednej strony uchodzące na najlepsze miejsce na sushi w Polsce – Noriko, z drugiej mój ulubiony malutki bar z klasycznym, niedrogim jedzeniem – Domowe Obiady z ulicy Sępa Szarzyńskiego. I wiecie co? Dokładnie potwierdza się to, o czym pisałem – jedni i drudzy są teraz w tym samym punkcie. Bez hajpu, bez tłumu gości. Za to jedni i drudzy – optymistyczny Marcin Jasiura i uśmiechnięte panie przygotowujące codziennie pierogi – walczą o przetrwanie bez możliwości przewidzenia, w jaki sposób skończy się ta zabawa.

Mam wielki szacunek do jednych i drugich, choć przecież w normalnych warunkach tak wiele ich różni. Teraz stanęli na jednej platformie pociągu zmierzającego do przodu z tabliczką KORONAWIRUS. Z jednej strony mamy historię zakochanego w ortodoksyjnym podejściu do sushi człowieka, z drugiej opowieść o rodzinnym biznesiku na peryferiach, założonym przed kilkoma laty w nadziei na zapewnienie sobie bytu. Dwie inne historie, i raz jeszcze – dokładnie ta sama sytuacja podczas pandemii. Brak gości uderza w każdego, konieczność płacenia czynszu uderza w każdego tak samo, brak przychodów to dla każdego ten sam dramat, niezależnie od ich wysokości.

Od początków swojego bloga pokazywałem Wam, że czerpię radość zarówno z jedzenia pierogów w barze pod domem, jak i potraw przygotowywanych w pięknych wnętrzach przez czołowych Szefów Kuchni. Jedzenie to w moim przypadku przede wszystkim radość czerpana z każdego gastro doświadczenia. Obcowanie z człowiekiem pokroju Marcina Jasiury to dla mnie wielka przyjemność, zaszczyt i możliwość nauczenia się wielu rzeczy. Jedzenie pierogów to docenienie wartości sentymentalnych i tego, jak ważną rolę w naszym życiu pełni cieszenie się małymi rzeczami. Wspierajcie gastro, jeśli kochacie jeść. Wspierajcie gastro, bo w większości za restauracjami stoją wspaniali ludzie z niesamowitymi historiami. Wspierajcie gastro, bo kiedy jak nie teraz powinniśmy doceniać lokalne biznesy. #wspieramgastro

Aha, nie będę Was zanudzał relacjami z wszystkich dań, jakie jadłem w Noirko czy Domowych Obiadach. Powiem tylko jedno – pierogi na Sępa dalej są sztosem, a duszony boczek w glazurze z sosu sojowego, m.in. z onigiri w zestawie i japońskim piwem jest… jeszcze większym sztosem. Ciekawe zderzenie tak dwóch różnych kulinarnie światów, w obu przypadkach zamkniętych w styropianowych czy też papierowych pudełkach. Jeden i drugi świat utwierdza mnie w przekonaniu, że świat jedzenia, gotowania, jest jeden i ogranicza się do tego, czy coś jest dobre czy nie. Noriko i Domowe Obiady są dobre, po prostu. Dlatego wspierajcie gastro, wspierajcie swoje ulubione restauracje. To dla nich mega ważne. Dziękuję i zostawiam Was z nadzieją, że to tylko tymczasowy stan.

Bar Domowe Obiady

ul. Sępa Szarzyńskiego 67 b

Noriko Sushi

pl. Wolności 7

Total 33 Votes
17

Tell us how can we improve this post?

+ = Verify Human or Spambot ?

Comments

comments