9.2 C
Wrocław
środa, 28 września, 2022

Like It – na Szczytnickiej coś drgnęło

Na przestrzeni kilku ostatnich lat przerobiłem parę punktów gastronomicznych na ulicy Szczytnickiej – pizzeria, jakiś bar, to przychodzi mi od razu na myśl. Nieźle trzyma się Zdrowa Krowa, ale to właściwie tyle. Szczytnicka wydaje się być kulinarnie wyklętą ulicą, bez specjalnych perspektyw na poprawę sytuacji. Zresztą, wszelkiego rodzaju usługi nie mają się chyba najlepiej w tym miejscu, widząc obdrapane, od dawna puste lokale tuż przy drodze. Dlaczego tak się dzieje, mimo że bezpośrednia bliskość Grunwaldu wskazywałaby na spore możliwości? Powód pierwszy i chyba najważniejszy – parking, a ściślej jego brak. To sytuacja bardzo podobna do tej z ulicą Dubois, przy której znajduje się słynny lokal pod numerem 2. Ktoś powie – przecież można stanąć kawałek dalej i się przejść, a studenci z Polibudy pewnie i tak chodzą na piechotę i nie mają aut. Pewnie, prawda, ale rzeczywistość pokazuje co innego. Większość usług upada, jeśli lokal nie posiada miejsc parkingowych, po prostu. Do tego dochodzi ogólnie mroczna atmosfera samej ulicy – jakby życie stąd uciekło i w całości przeniosło się 300 metrów dalej, w okolice Pasażu Grunwaldzkiego.

Nagle, w całej tej beznadziei ktoś postanowił otworzyć restaurację, choć bardziej podchodzącą klimatem pod bistro. Like It mieści się w części zabudowań na Szczytnickiej bliżej ulicy Wyszyńskiego, w lokalu na sześć stolików. Lik It reklamuje się na FB jako pierwsza restauracja w mieście, posiadająca w ofercie nowojorskie cronuty, czyli usmażone croissanty w formie pączków. Fajny dodatek, choć tę akurat informację zawarłbym gdzieś na końcu, bo na cronutach to raczej się we Wrocławiu nie pociągnie. Dużo bardziej interesuje mnie kuchnia, a ta prezentuje niemały misz masz w formie codziennie zmieniającego się menu lunchowego. Co ważne, ceny wydają się być przystępne – za zupę zapłacicie 10 zł, za danie główne około 20, ale zamawiając zestaw cena spada do 25 zł, co na lunch w centrum miasta nie jest kwotą zawrotną.

Podczas mojej pierwszej wizyty trafiłem na awarię oświetlenia w lokalu. Obawiałem się, że nie będzie mi dane skosztować tutejszych specjałów, ale niczym nieprzejęty kelner zaprosił do stolika, informując jednocześnie, że prąd na kuchni jest, więc można jeść. Przyznam, że nawet nie zaświtała mi w głowie myśl o wyjściu, zwłaszcza, że nie miałem zbyt wiele czasu, ale podejście obsługi kupiło mnie w 100%.

Na dzień dobry otrzymuję czekadełko w postaci pieczonego na miejscu chleba – zwartego, z chrupiącą skórką, z drożdżowym aromatem i słodkim posmakiem w tle. 

Za pierwszym razem – przy zapalonej świeczce – trafiam na krem z selera połączony w dość nieoczywisty sposób z topinamburem, ciastkiem kawowym i musem z papryki. Po pierwsze – sposób podania, jak na miejsce, w którym jestem, zasługuje na pochwały. Najpierw otrzymuję talerz z ułożonymi starannie składnikami, dopiero po chwili kelner przynosi dzbanek z gorącą zupą i wypełnia całość. Dominują zdecydowanie korzenne smaki głównego bohatera, czyli selera, topinambur pojawia się na granicy autosugestii, a nieco dziwnie zgrywa się z całością słodycz ciastek. Oczekiwałbym chyba jednak czegoś bardziej odświeżającego, co pomogłoby przełamać selerowy posmak, ale doceniam za eksperyment, bo na pewno nie było to słabe danie.

Piękny, pomarańczowy kolor ma z kolei krem z pomidorów. Niby oczywisty, ale lepszy od 80% tych z włoskich restauracji, zachowujący idealny balans pomiędzy słodkością i kwasowością. Na talerzu pojawiła się także tarta marchewka – niespecjalnie trafiony dodatek do i tak już dość słodkiego smaku oraz risotto, a właściwie coś na kształt risotto. Rozgotowana breja ryżowa trochę zepsuła ogólne wrażenie, ale za samą zupę – piątka.

Gnocchi z grzybami i lubczykiem (13 zł) w gęstym śmietanowym sosie, przyozdobione całkiem pokaźną porcją pamezanu, prezentują się świetnie. Nieco gorzej mają się kwestie smakowe. Kluseczki idą w stronę rozgotowanych kopytek, sos urzeka moje podniebienie leśnym aromatem kozaków, ale jest ciężki, cholernie ciężki, przez co zjedzenie całej porcji powoduje, że powstanie od stolika sprawia niemały problem. Miruna z puree ziemniaczanym, puree buraczanym i sosem porowym ponownie dostaje plus za prezentację. Tak, tak, wiem, maziaje wyszły już z mody, ale cały czas biorę poprawkę, że Like It to bistro w cichej uliczce, gdzie bardziej spodziewałbym się schabowego na talerzu z duralexu, niż ciekawie podanej ryby na ładnej zastawie. Sama ryba jest delikatna, co samo w sobie jest przyjemne, ale gorzej, że została zestawiona ze składnikami, które bez odpowiedniego podkręcenia przyprawami również nie wywołują smakowej ekscytacji. Nawet krem z buraka nie wprowadza tak potrzebnych słodszych, może kwaskowych nut. 

Coś, gdzieś świta, nieźle to wygląda, choć nad smakiem na pewno w Like It należy popracować. Co nie zmienia faktu, że jak na pierwsze tygodnie działalności, bistro wypada nieźle. Więcej odwagi ze smakami, trochę więcej wyrazistości i powinno być ok. Może w końcu uda się odczarować tę ulicę i ją trochę gastronomicznie rozruszać. Osobiście trzymam kciuki, bo widzę w Like It potencjał. Aha, z tego wszystkiego zapomniałem w końcu zamówić te osławione kronuty.

Like It

Szczytnicka 36 a

FB

Total 16 Votes
3

Tell us how can we improve this post?

+ = Verify Human or Spambot ?

Komentarze

komentarze

Podobne artykuły

1 KOMENTARZ

  1. Ja bylem, trafilem, przez przypadek ale sibie zachwalam. Bylem akurat na sniadaniu i tosty byly przepyszne. Powiedzialbym jedyne w swoim rodzaju. Cos co jest dobre a jednakze porcja jest sluszna, nie tak jak w innych restauracjach. Polecam!

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj

Polub nas na

103,169FaniLubię
42,400ObserwującyObserwuj
100ObserwującyObserwuj
100ObserwującyObserwuj
1,420SubskrybującySubskrybuj
Agencja Wrocławska

Ostatnie artykuły