W jaki sposób miasto Wrocław wspiera gastronomię i dlaczego robi to tak nieudolnie? Zapraszam na moją opinię na ten temat.
Rosnąca z roku na rok, nakręcana m.in. popularnością social mediów, turystyka kulinarna stała się obszarem niezwykle istotnym w działaniach promocyjnych każdego z miast zainteresowanych pozyskiwaniem coraz większej ilości turystów. Turystów lokalnych – w obszarze jednego kraju, jak i zagranicznych. Wrocław jako jedno z miast, dla których turystyka stanowi ważny element całorocznego funkcjonowania, musi mocno działać na polu promocji. Zgodnie z danymi World Food Travel Association (WFTA) turyści przeznaczają średnio 25% swoich środków właśnie na jedzenie. Jest więc o co walczyć.
A jak to wyglądało w ostatnich latach i czy zostało wykonane wszystko, aby także gastronomia obok architektury czy licznej liczby muzeów stanowiły istotny element turystyki? Sprawdzamy!
Jeśli doceniasz co robię w internecie:
A MIAŁO BYĆ TAK PIĘKNIE
Na sam start gastronomicznej rewolucji, która wydarzyła się w Polsce na początku drugiej dekady XXI wieku Wrocław jeszcze się nie załapał. Przodowała w tym Warszawa, co w sumie nie jest przesadnie dziwne. To właśnie stolica jako pierwsza powitała nie tylko michelinowskie gwiazdki, ale i burgerownie, nowoczesne bistra, autorskie restauracje. Gdzieś w międzyczasie do peletonu podłączał się Kraków, później Poznań, Trójmiasto, ale i stolica Dolnego Śląska, choć wówczas największym wydarzeniem w naszym mieście była Europa na Widelcu, podczas której pod przykrywką prezentowania smaków świata, podawano bez żadnych ceregieli podłej jakości sosy z prochu i tym podobne smakołyki.
Co by jednak nie mówić o sensowności takich działań, magistrat w temacie promocji gastronomii robił coś, a to już w odniesieniu do teraźniejszości całkiem sporo. Otóż m.in. funkcjonował miejski portal Smaki Wrocławia, przedstawiający lokalne restauracje w więcej, niż przyzwoity jak na tamte czasy sposób.
A MOŻE BY TAK COŚ Z TĄ GASTRONOMIĄ?
Lata 2013 i 2014. To właśnie wtedy, jak się wydaje z perspektywy czasu, wrocławskie gastro ruszyło z kopyta. Trochę oddolnie, przy pomocy momentami partyzanckich prób foodtruckowych, rozpoczęła się rewolucja. Rewolucja, która w połączeniu z coraz większą popularnością podsycanych tanimi lotami zagranicznych podróży, sprawiała że popyt stawał się coraz większy, oczekiwania jeszcze tak bardzo nie wystrzeliły w kosmos, a jedzenie – choć nierzadko słabiutkie – schodziło jak ciepłe bułeczki.
Niewielka konkurencja w opisywanym okresie wykreowała ogromną łatwość wejścia w gastro biznes niewielkim kosztem, co oczywiście dość szybko – jak ma to miejsce zawsze przy gwałtownych rewolucjach – przepoczwarzyło się kuriozum. Kolejne przyczepy z burgerami otwierali następni śmiałkowie, a ich wiedza gastronomiczno-ekonomiczna oscylowała na poziomie trzeciej klasy podstawówki. Początki jednak bywają trudne i każda rewolucja najpierw pochłonąć musi sporo ofiar. W tym przypadku wszystkich odważnych, którym w gastro nie wyszło.
ZRÓBMY COŚ, BO TAK WYPADA
Jeszcze w 2017 roku Biuro Promocji Miasta i Turystyki przy Urzędzie Miasta próbowało pojedynczych akcji, widząc rosnącą popularność gastronomii nie tylko wśród mieszkańców stolicy Dolnego Śląska, ale i turystów. W mieście pojawiały się coraz to ciekawsze smaczne adresy, a pierwsze lokalne koncepty wyfruwały ze swoimi pomysłami nawet w Polskę. Zdecydowanie czuć było, że atmosfera dla restauracji i wszelkiej maści barów robi się coraz lepsza.
Sam zresztą podejmowałem współpracę z miastem. Choćby przy okazji premiery portalu visitwroclaw.eu. Ten oczywiście w dłuższej perspektywie okazał się drogą zabawką urzędników, z której nic nie wynikało. Brak aktualizacji, wprowadzania nowych miejsc, pomysłu na portal. Ja stworzyłem wówczas sześć kulinarnych ścieżek po mieście, mających trafić do lokalesów oraz przyjezdnych. I wiecie co było najlepsze – mimo że miasto zapłaciło za tę usługę, nigdy nie opublikowało na portalu moich tekstów. Ja nie płakałem, ale to pięknie pokazywało, jak wielki nieporządek panuje. A ile podobnych przepalonych budżetów zdarzało się w mieście co miesiąc? Możemy się tylko domyślić.
Zresztą visitwroclaw.eu to kopalnia niekompetencji urzędników zajmujących się prowadzeniem strony mającej być w założeniu oknem wystawowym miasta na turystów. Brak aktualizacji, losowo dobrane miejsca wpisane bez ładu i składu, teksty promujące zamknięte dawno lokale, a także takie, które brzmią niczym stworzone przez Chat GPT.
Screeny zrobione 24. lutego 2025 roku. Przykładowo poniższe cztery restauracje nie istnieją już od ponad roku, niektóre dłużej. Ale i tak największe zdziwienie na mojej twarzy wywołał brak restauracji Tarasowej na liście knajpek. Tak, tej miejskiej. Pomieszanie z poplątaniem. Dla kontrastu proponuję zerknąć na stronę visitpoznan czy madrycki odpowiednik.



A po co powstał ten portal? Przeczytajmy:

Miało być pięknie – trzy języki, mnóstwo informacji, prosta obsługa, użyteczność. Miało być. Więc teraz wyobraźcie sobie przykładowego przybysza z Portugalii, który wchodzi na oficjalny portal turystyczny miasta i… nie jest w stanie dowiedzieć się z niego czegokolwiek. Wielopoziomowa żenada. Niewykorzystanie potencjału Wrocławia boli najbardziej.
Jeszcze w tym samym roku w ramach festiwalu Europa na Widelcu, jego pomysłodawcy – Robert Makłowicz oraz Piotr Bikont wydali przewodnik Wrocław na widelcu. I kiedy teraz do niego spojrzałem, z perspektywy czasu mogę uznać, że był stosunkowo udany pod względem doboru miejsc oraz ich różnorodności. Przewodnik ów posiadał jednak pewien maleńki mankament marketingowy – otóż nie zaistniał w świadomości ludzi, nie można go było kupić czy zdobyć. Podobnie więc, jak w przypadku moich publikacji, kasa poszła w siną dal. W myśl zasady – przecież zrobiliśmy.
WYMYŚLIMY COŚ?
Początek pierwszej kadencji Jacka Sutryka w roli prezydenta Wrocławia dawał pewne nadzieje. Mianowicie Biuro Promocji Miasta – działające do teraz w niemal niezmienionym kształcie, delikatnie bo delikatnie, ale badało temat wspierania gastronomii. Że było to trochę pozorowane? Oczywiście, ale cokolwiek się działo. Właściciele restauracji zapraszani byli na spotkania w biurze, aby przedstawić nie tyle swoje oczekiwania, co bardziej pomysły związane ze współpracą na linii miasto i gastronomia.
Padały pomysły przewodnika, promowania gastro na zewnątrz, może miejskiego festiwalu, ale jak to zwykle bywa, większa część podrzucanych idei – z obu stron, aby być sprawiedliwym – była totalnie odcięta od rzeczywistości. Wyszło z tego tyle, ile wyjść mogło, czyli nic.
WROCŁAWSKA RADA GASTRONOMII
Nadeszła pandemia, nadszedł czarny czas dla wielu gastronomów, a miasto najpierw milczało, później obniżyło czynsze w lokalach, które znajdują się pod kuratelą ZZK, aż w końcu prezydent Jacek Sutryk wraz ze swoją świtą wpadli na genialny pomysł uzdrowienia lokalnej gastronomii. Mianowicie w maju 2021 roku powołano Wrocławską Radę Gastronomii – taki twór mający… no właśnie, co?
Zacytuję miejskie media:
Zaproszone do Rady osoby są przedstawicielami szeroko rozumianej wrocławskiej branży gastronomicznej, a ich zadaniem będzie opiniowanie i inicjowanie działań zmierzających do poprawy sytuacji w tym sektorze.
I dalej:
Ponadto do zadań Rady będzie należało m.in. inicjowanie współpracy i zrzeszania się przedsiębiorców z branży, wspieranie promocji Wrocławia poprzez gastronomię, promowanie konkursów, festiwali i wydarzeń gastronomicznych, a także wspieranie praktycznej nauki zawodów gastronomicznych oraz doskonalenia zawodowego pracowników gastronomii.
Tyle klasyczne pierdololo urzędnicze, a jakie są fakty? Przez cztery lata działalności Wrocławskiej Rady Gastronomii debatowano m.in. nad tak istotnymi kwestiami z punktu widzenia lokalnego biznesu i jego promocji, jak:
- możliwość ustawienia potykaczy przed restauracjami na Rynku pół metra dalej, niż wcześniej
- pomysłach na miejski festiwal, z którego nic nie wyszło
- nad wrocławską marką gastronomiczną, z której… tak, tak, nic nie wyszło
- oznaczenie miejskich szaletów, żeby turyści nie wchodzili do knajp

- gruby z WPK
- no i najlepsze – miastu potrzebny jest…
MIEJSKI BLOGER
Jako że ja postanowiłem co jakiś czas pokazywać patologiczne zachowania władz miasta z prezydentem na czele w swoich socialmediowych kanałach, miasto wpadło na genialny pomysł podczas jednego z posiedzeń wspomnianej już Rady Gastronomii. Mianowicie – skoro ten WPK nas krytykuje, stwórzmy swojego blogera. Tak, to nie żart.
Doprawdy ciężko w ogóle odnieść się na poważnie do tego typu pomysłów, które pokazują skalę szaleństwa, jaka ma miejsce w biurowych gabinetach naszych jaśnie panujących stolicą Dolnego Śląska. Ile bym nie myślał, na pewno bym tego nie wymyślił.
Ważne jednak, aby poznać backup tego pomysłu. Otóż swego czasu w mieście wpadli na pomysł stworzenia audytu na temat lokalnej gastronomii, gdzie jednym z tematów było to, z jakimi ludźmi/twórcami z Wrocławia miasto powinno współpracować w ramach promocji. Jakież było zdziwienie, kiedy okazało się, że miasto Wrocław powinno współpracować z takim jednym blogerem, który w social mediach gromadził setki tysięcy fanów. Tym kimś był niewygodny dla jednej osoby w mieście Piotr Gładczak, prowadzący Wrocławskie Podróże Kulinarne.

Niestety audyt nie ujrzał światła dziennego, a został jedynie przeanalizowany oraz przedstawiony podczas jednego z posiedzeń Wrocławskiej Rady Gastronomii. Był niewygodny, więc go przemilczano.
Czy miałem kiedykolwiek propozycję uczestnictwa we Wrocławskiej Radzie Gastronomii? Oczywiście, że nie, bo prezydent nigdy nie wydałby na to zgody. Czy ja sam zgodziłbym się na uczestniczenie w tym dziwnym tworze? Nigdy w życiu. Za bardzo cenię sobie niezależność.
Niedługo potem miasto przy pomocy swojego portalu wroclaw.pl postanowiło tworzyć treści kulinarne, aby podszczypać mnie trochę i zapewnić sobie kolejny obszar, który mógłby śpiewać panu Jackowi „łubu dubu, łubu dubu”, przyklaskując pomysłom o tworzeniu własnej restauracji za pieniądze podatników. W samym założeniu takich treści nie ma nic złego. Chyba, że to Wrocław.
O poziomie owego medium świadczą choćby teksty opisujące dział gastronomiczny na stronie – a jakże – finansowanej ze środków publicznych. Zerknijmy na kilka z tych prawd objawionych:

Tak, Pierogarnia…

Dowiadujemy się z tejże strony m.in. o tym, że wrocławska gastronomia wyróżnia się na tle innych dzięki jarmarkowi oraz Europie na widelcu, która już nie istnieje. A że ktoś totalnie losowo promuje francuską knajpkę Ratatouille, która to… już od dawna nie działa. A co tam! Kolejny strzał w kolano, bo jeśli ktoś przez przypadek trafi na te bzdury, na pewno nie trafi do najlepszych gastro miejsc w mieście.
MICHELIN? A KOMU TO POTRZEBNE?!
W 2013 roku Atelier Amaro zostało pierwszą polską restauracją nagrodzoną gwiazdką Michelin. Mimo że segment fine diningu rozwijał się u nas miarowo, ale raczej powolnie, właściciele przewodnika podchodzili do rynku polskiego dość spokojnie. Już wtedy było jednak wiadomo, że 38-milionowy kraj stanowi dla nich łakomy kąsek, a rozwój gastronomii w naszym obszarze geograficznym – w Czechach czy na Słowenii, pozwalał mieć nadzieję że rozszerzenie o Polskę będzie kwestią czasu.
W okolicach 2018 i 2019 roku rozpoczęły się pierwsze rozmowy na temat poszerzenia Michelin o kolejne miasta – Trójmiasto, Poznań, Wrocław. PLOT, a więc Poznańska Lokalna Organizacja Turystyczna oraz choćby Gdańska Organizacja Turystyczna do tego stołu się dosiadły. Co ważne, przy wsparciu władz miasta, ale i w porozumieniu z przedstawicielami gastronomii, którą już wtedy edukowano czym ów Michelin jest, na jakie elementy podczas obsługi oraz samego projektowania restauracji zwracać uwagę. W tym samym czasie we Wrocławiu stwierdzono, że to jeszcze nie czas, a poza tym może to kosztować zbyt wiele.
Warto tu tylko przytoczyć wszelkie badania, mówiące o tym, jak mocno obecność przewodnika Michelin wpływa na zwiększenie liczby turystów nie tylko, ale przede wszystkim tych kulinarnych do danego miasta. Poznań jest chyba najlepszym z polskich przykładów na to, że logiczne działania promocyjne w kierunku zaistnienia w przewodniku podniosły ogólny poziom tamtejszej gastronomii, a to w prostej linii przełożyło się na kolejnych turystów przybywających do wielkopolskiej stolicy.
Co wtedy zrobiły władze stolicy Dolnego Śląska? Zdrowy rozsądek nakazywałby rozpoczęcie lobbowania w stronę pojawienia się przewodnika Michelin we Wrocławiu. Nasze miasto i jaśnie nam panujący ze swoją świtą mieli jednak inny plan. Otóż, aby starania zakończyły się pozytywnym rozstrzygnięciem, należy wyłożyć pewną kwotę. Mniej więcej taką, jaką w trzy miesiące zarabiają niektórzy piłkarze finansowanego przez wrocławskich podatników Śląska Wrocław.
Pozwoliłem więc sobie zadać wtedy pytanie skierowane do osób zasiadających w Biurze promocji miasta Wrocławia, na co przemiła pani oddzwoniła do mnie, aby porozmawiać o postępach w lobbowaniu za Michelin. Finału tej rozmowy nie mógł się spodziewać nawet tak zażarły przeciwnik działań władz miasta, jak ja. Mianowicie pani Gosia zdaje się, powiedziała mi, że podjęto decyzję, aby nie przystępować do michelinowskiego wyścigu, a w zamian za to, ze względu na mniejsze finansowanie (konkretnie pada tu kwota 4000 euro) wejść w program Delice.

W jaki program?!?!?!? Tak, Delice. Ten sam, o którym na całym świecie słyszały ze trzy osoby, które to wymyśliły. Ciężko było mi nawet znaleźć jakiekolwiek informacje na temat Delice w internecie, ale miasto szło w zaparte, tworząc później nawet rynkowy festiwal Delicje Wrocławia (to nie żart). Odbyła się jedna edycja, podczas której poza pojedynczymi sensownymi lokalnymi wystawcami, mogliście zjeść m.in. bardzo kraftowe włoskie cannolo z Czech i tym podobne specjały.

Czy ów festiwal wzmocnił markę Wrocławia przez kulinaria? Chyba nie muszę odpowiadać na to pytanie. Natomiast pomysł, który jak mniemam miał zastąpić Europę na Widelcu, utwierdził mnie w przekonaniu, iż któryś z urzędników posiada pewien fetysz zastawiania pięknego wrocławskiego Rynku badziewnymi namiotami. Lub budami jarmarcznymi, pod które miasto oddawało przez lata teren za darmo. Więcej o tej jarmarcznej patologii pisałem już tutaj.
OTWORZYMY SWOJĄ RESTAURACJĘ, A CO!
W 2022 roku głośnym echem odbiła się informacja o otwarciu restauracji w kompleksie Hali Stulecia tuż przy Pergoli. Otóż okazało się, że po latach dzierżawienia lokali prywatnym inwestorom – tak, również przyznaję, że było to robione w sposób skandalicznie słaby – miasto przy pomocy swojej spółki Hala Stulecia… samo otworzy tę restaurację.
Ile podatników kosztowała restauracja Tarasowa? Po zadaniu pytania otrzymałem informację zwrotną w tym temacie:

Kiedy później próbowałem wywiedzieć się czegoś na temat dochodów restauracji, usłyszałem iż nie da się wyodrębnić kosztów restauracji oraz cateringów przygotowywanych w tym samym miejscu. Żeby była jasność – restaurację oceniam pozytywnie, jest pięknie urządzona, ale aspekt etyczny wchodzenia w sektor przeznaczony dla prywatnych przedsiębiorców uważam za rzecz niedopuszczalną. Dziwnym trafem Wrocław jest jedynym miastem w całym kraju posiadającym własną restaurację. Znamienne, ale to nie koniec niespodzianek. Mianowicie inna spółka miejska również postarała się o swoją gastronomię.
Wrocławski Park Wodny, a więc Aquapark otworzył własną plażę miejską – Port Węglowy beach bar. Tuż przy innej, prowadzonej przez prywatnych przedsiębiorców, którzy nie posiadają całej machiny promocyjnej zbudowanej przez Jacka Sutryka.

A MOŻE EDUKACJA?
Nie, nie będzie o wrocławskim gastronomiku, w którym dzieciaki zamiast uczyć się gotować, lepią pierogi na sprzedaż. To akurat nie rola miejskich władz, aby ustalać program nauczania w podobnych placówkach. Żeby nie było, że tak bardzo narzekam, czy też jak to zwykł mawiać prezydent Sutryk – hejtować, postawię dwa małe plusiki. Jak zazwyczaj w przypadku Wrocławia, to takie trochę działania pozorowane i na pokaz.
Pierwsza seria szkoleń, skierowana do osób chcących się parać gastronomią w przyszłości. Już sam fakt namawiania ludzi do brania się za ten biznes powinno być karalne, ale dobra. Akademia Gastro to projekt realizowany w ramach Akademii Wrocławskiego Przedsiębiorcy, prowadzonej przez Biuro Rozwoju Gospodarczego Urzędu Miejskiego Wrocławia w Krzywym Kominie. Podobno niebawem ma odbywać się kolejna edycja, choć na temat absolwentów cisza.
Druga kwestia to z kolei seria spotkań dla szefów kuchni i właścicieli gastro zainteresowanych historiami o gwiazdkach. Tu akurat mogę powiedzieć – w końcu, bo podobne spotkania powinny odbywać się już wcześniej. Może nie doszłoby do sytuacji, w której inspektorzy Michelin odwiedzili kilkadziesiąt miejsc we Wrocławiu i żadnej z restauracji nie wyróżnili, o gwiazdkach nie mówiąc. Za cykl spotkań m.in. z gwiazdkowymi szefami z Hiszpanii czy Skandynawii odpowiada Maciej Dobrzyniecki.
WROCŁAWSKA ORGANIZACJA TURYSTYCZNA
W teorii za działania promocyjne także mające na celu promowanie turystyki kulinarnej odpowiada Wrocławska Organizacja Turystyczna. Niestety jest to prawdopodobnie jedyna taka organizacja w Polsce, w której działają miejscy urzędnicy, a nie specjaliści od promocji, turystyki czy marketingu. Dzięki temu mamy tu m.in. żonę członka zarządu Aquaparku, a wcześniej pracownicę ZOO – oczywiście kolejnej miejskiej spółki. I tak to się kręci w tym Wrocławiu i tak oto mamy później ciekawe kwiatki z akcji WROT-u.
Na ten przykład zapraszanie dziennikarzy z innych krajów, aby zaprezentować im to, co najlepsze miasto do zaprezentowania posiada. I takim oto sposobem ekipa z Czech zjadła jakże genialne i lokalne pierogi z pierogarni na Rynku.

Ogólnie WROT zaprasza do miasta oraz na Dolny Śląsk blogerów z różnych stron świata – Belgii, Finlandii, Brazylii czy Włoch, co samo w sobie jest chwalebne, bo jeszcze lata temu na moją propozycję, aby w taki sposób promować Wrocław na zewnątrz, panie z Biura Promocji Miasta patrzyły na mnie, jak na wariata. Miła odmiana, choć warto byłoby pokazać im – w zależności od zainteresowań oraz tworzonego contentu, coś więcej niż najsłabsze we Wrocławiu pierogi czy tysięczny raz Piwnicę Świdnicką, której historia trafić może najwyżej do niemieckich emerytów, którym ktoś poda tam lokalny makaron z krewetkami.
Sam uczestniczyłem w podobnych wyjazdach i aby miały one sens, muszą mieć jakiś motyw przewodni, odpowiednio trafiać do czytelników czy też fanów danego influencera. Tutaj jeszcze jest sporo do zrobienia – choćby kwestia selekcji tych ludzi – ale już się coś zadziało. Natomiast polecałbym, aby tematem Influencer marketingu zajmowali się ludzie rozumiejący internet.
CO POPRAWIĆ?
No dobra gruby, ale narzekasz tylko, wszystko krytykujesz, a może wcale nie da się lepiej? Otóż niestety się da. We Wrocławiu zrobiono wiele, aby lokalnej gastronomii, producentów, nie promować. Wspomniana wielokrotnie marka wrocławskiej gastronomii nie została odnaleziona, a promowanie w miejskich social mediach ciągle tych samych miejsc jest zwyczajnie słabe. Taki to już jednak mental wrocławskich urzędników, że swoich trzeba zadowolić.
Jakie pomysły? Po pierwsze – nie trzeba szukać daleko. Poznań i tamtejsza Poznańska Lokalna Organizacja Turystyczna służyć mogą za wzór tego, w jaki sposób działać, żeby tworzyć przyjazny klimat dla gastronomii i nie tylko w mieście. Przykład rogali świętomarcińskich jest chyba najlepszym z najlepszych. Umiejętne stworzenie dobrego podłoża pod rozmawianie o nim, jego historii, osadzeniu w wielkopolskich realiach, sprawiło że o rogalu mówi cała Europa, a Polska wręcz na ich punkcie oszalała. Ale to tylko jeden z przykładów.
Kluczem do sukcesu w promowaniu miasta jest zrozumienie, że szeroko pojmowana turystyka i jej promocja nie może skupiać się tylko na jednym aspekcie. Że Jarmark zapewnia dopływ turystów w grudniu – super, ale pokażmy im, że wrocławski jarmark może wyjść poza przeciętniactwo każdego z jarmarków. Jeśli festiwal kulinarny, to pewnie nie na taką skalę, ale można się inspirować choćby Madrid Fusion. Promocja poprzez influencerów? Totalnie tak! Ale jak napisałem powyżej, umiejętnie.
Nie przeszkadzać. To banalne hasło, ale mogłoby przyświecać władzom Wrocławia. Bo przedsiębiorcy doskonale potrafią odnaleźć się w rynkowych warunkach, ale nie lubią, gdy rzuca się pod ich nogi kłody. Choćby w postaci konieczności rozmontowywania ogródków na okres Jarmarku czy kiedy zabrania się wieszania szyldów nad restauracyjnymi drzwiami. Ale to oczywiście szczegóły, które nawet nie powinny być poruszane.
Podstawowym zdaniem miasta jest tworzenie odpowiedniego klimatu do działania, tworzenia pozytywnej aury turystycznej w mieście, aury otwartości oraz myślenia krok do przodu, a nie jak w przypadku Michelin – po fakcie, gdy Trójmiasto oraz Poznań już mogą cieszyć się pierwszymi pozytywnymi konsekwencjami zaistnienia w przewodniku.
Wrocław swoimi ruchami zrobił w ostatnich latach wiele, aby nie przyciągać inwestorów z branży gastro do miasta. Przynajmniej takich, których ambicje sięgają nieco wyżej, niż pierogi sprzedawane na rynku. Niewykorzystanym potencjałem jest mocna koreańska mniejszość w mieście, a przecież ilość koreańskich restauracji we Wrocławiu stanowi absolutny wyróżnik w skali nie tylko Polski, ale i Europy. Genialnie rozwija się na Dolnym Śląsku winiarstwo, serowarstwo, do pewnego stopnia również browarnictwo, ale niestety to wszystko ginie w świecie urządzanym przez pana znanego głównie z afery uczelnianej.
Brak we Wrocławiu ludzi kompetentnych oraz doświadczonych, a także obeznanych w branży gastro i z branżą gastro. Bo z całym szacunkiem, ale jakie problemy lokalnej gastronomii zlokalizować czy rozwiązać może urzędnik siedzący od 20 lat na jednym stołku? Brutalne, ale prawdziwe. Przeciętny właściciel wrocławskiej restauracji nie ma pojęcia kim są osoby zasiadające w Biurze Promocji miasta. Warto tu przypomnieć kto stoi na czele Wrocławskiej Organizacji Turystycznej, a przede wszystkim jakim doświadczeniem dysponuje. Oto pan Alfred Wagner:
Alfred Wagner urodził się w 1987 roku. Ukończył studia filozoficzne i zarządzanie (MBA). W latach 2013-2018 był wiceprezesem i dyrektorem biura fundacji Instytut Tertio Millennio, która zajmuje się popularyzowaniem treści społecznego nauczania Kościoła, w szczególności upowszechnianiem i komentowaniem nauczania Jana Pawła II. Od 2019 roku piastuje stanowisko zastępcy dyrektora Wydziału Promocji Miasta i Turystyki Urzędu Miejskiego Wrocławia.
Dopóki ktoś we Wrocławiu nie zrozumie, że turystyka kulinarna i chęć odwiedzania nowych smacznych miejsc podczas wyjazdów, stały się jednym z kluczowych bodźców do podróżowania – niektóre statystyki wskazują na ponad 50% takich wypadów motywowanych właśnie jedzeniem – tak długo wrocławska gastronomia będzie żyła Europą na widelcu i Delicjami. Kuchnie danego regionu są wyrazem jego kultury, a turystyczne poznawanie miasta oraz okolicy często stanowią główny punkt turystycznego doświadczenia. Budowanie lokalnej tożsamości to klucz do zrozumienia problemów oraz potrzeb lokalnych przedsiębiorców, którzy mogą z kolei przyciągać gości z całego świata.
JAKIE ROZWIĄZANIA?
Wrocław nie posiada swojej wyodrębnionej kuchni regionalnej, którą może się chwalić w kontekście historycznym. Bliższe jest mi myślenie, że to co wrocławskie, to tworzone przez mieszkających tu obecnie ludzi – mikro przedsiębiorców w barach z knyszami, właścicieli większych restauracji, barów mlecznych oraz obcokrajowców tworzących przy pomocy smaków swoje małe oazy. I wydaje mi się, że stworzenie obrazu Wrocławia, jako otwartego miasta jest kluczem do sukcesu. Miasta dla młodych i starszych, dla Polaków i Francuzów, dla rodzin oraz chcących dobrze się bawić singli. Stworzenie marki wrocławskiej gastronomii nie wyszło, bo ciężko ją zaklasyfikować, ale też nikomu w mieście na tym nie zależało. Rada gastronomii była kolejną pozorowaną gierką mającą zamknąć buzie tym wszystkim narzekającym na opieszałość promocyjną miasta.
Kluczem do sukcesu myślenia o promocji miasta poprzez gastronomię, muzea czy letnie atrakcje, jest znalezienie swojej niszy. Promocja nie polega na trafianiu do każdego, a do potencjalnego klienta dobrze wyselekcjonowanego. Stolica Dolnego Śląska niekoniecznie musi rywalizować i grać w tej samej lidze, co Barcelona, Rzym czy Paryż. Mamy do zaoferowania coś innego, a bliżej nam na pewno – nie tylko kulturowo – do genialnie rozwiniętej turystycznie Pragi.
Planowanie strategii promocyjnej nie tylko samej gastronomii, ale i turystyki w ogóle, to wieloletni proces, który bez odpowiedniego zaplanowania po prostu traci sens. We Wrocławiu na przestrzeni jedenastu lat działania z WPK, ci sami urzędnicy zmieniali koncepcję kilka razy. Efekty widać. Znaczy się ich brak. Bo wspieranie działań mających na celu zwiększenie popularności miasta nie odbywa się jedynie na poziomie promocji turystyki. To przede wszystkim tworzenie odpowiedniego klimatu do działania na miejscu.
Jest po prostu przykre, że Wrocław trafił tak źle w kwestii doboru ludzi zajmujących się ogromnie poważnymi kwestiami, jak promocja poszczególnych obszarów działalności miasta. Dla sutrykowego Wrocławia ważniejszy jest oddawany za darmo Jarmark, niż przedsiębiorcy tworzący obraz miasta przez 12 miesięcy w roku. Dla sutrykowego Wrocławia ważniejsze jest podkopywanie dołków pod blogerem, niż dobro miasta. Dla sutrykowego Wrocławia ważniejsze jest, aby otworzyć własną restaurację za pieniądze podatników, niż wspomóc promocję miasta.
Na konie chciałbym zaznaczyć, że opisałem głównie temat promocji gastronomii, ponieważ zajmuję się nią od lat i jest mi najbliższa. Natomiast nie uważam, aby stanowiła najważniejszy aspekt promocji miasta jako takiej. Jednak historia wielu miast na świecie pokazuje, że poprzez jedzenie, budowanie historii, tradycji oraz dbałości o kulturę kulinarną regionu, można stworzyć wspaniały produkt. Produkt będący jednym z elementów całej układanki pod tytułem promocja miasta/regionu. We Wrocławiu przespano ten okres, a duża część polskich miast odjechała dość mocno. Mam nadzieję, że ktoś w końcu weźmie się w garść i zamiast gadania, naprawdę zacznie pisać gastronomiczną, smaczną i wypromowaną kartę historii Wrocławia.
POMYSŁY NA LEPSZĄ PROMOCJĘ GASTRONOMII WE WROCŁAWIU
- aktualizacja oraz rozwój portalu visitwroclaw.eu
- współpraca z mocnymi influencerami z całego świata. Częste działania nastawione na coś więcej, niż pokazywanie tylko Piwnicy Świdnickiej.
- promocja w platformach streamingowych – odcinki popularnych seriali we Wrocławiu, serial osadzony we Wrocławiu, itp
- Festiwal/święto wrocławskiej gastronomii – kilkudniowy, może kilkutygodniowy festiwal z tematem przewodnim, zaproszeniem ważnych osób ze świata gastro, promocją dolnośląskiej wyjątkowości produktowej
- zadbanie o obecność Wrocławia na łamach najpopularniejszych mediów w całej Europie
- stworzenie aplikacji turystycznej Wrocławia z dużym naciskiem na wyszukiwarkę restauracji
- wytworzenie dobrego klimatu dla nowych skupisk gastronomii, zlokalizowanych poza ścisłym centrum. Przykład? Nadodrze, gdzie można wyłączyć z ruchu jedną czy dwie ulice i stworzyć coś na wzór berlińskiego Kreuzbergu
- wykorzystywanie lokalnych influencerów do promocji miasta
- wykreowanie tożsamości miasta, znalezienie jej. Myśl przewodnia? Stare miasto z młodym charakterem i otwartością
- stworzenie programu miejskiego polegającego na promocji nie tylko zdrowego, ale i ciekawego jedzenia w przedszkolach. Pomysły? Zajęcia prowadzone przez właścicieli/szefów kuchni, poszerzających kulinarne doświadczenia dzieci
- działania promocyjne we współpracy z Wizzair czy Ryanair włącznie z dopłacaniem do lotów do Wrocławia z różnych stron świata
Spodobał Ci się mój wpis? Polajkuj go, udostępnij, a po więcej zapraszam na Instagram oraz fanpage i TikTok. Używajcie naszego wspólnego, wrocławskiego hasztagu #wroclawskiejedzenie



Imponujący tekst. Szukałem błędów merytorycznych, braków logicznych, ściemy. Znalazłem tylko 3:
– brak literki „Na konie”
– dwa akapity po sobie zaczynające się od: zresztą i sam zresztą,
– gdzieś mi ostatnie umknęło, ale niech bedzie: na ten przykład i wywiedzieć, choć te mnie rozbawiły bo wyczułem przekąs polskich komedii i twitterowych odzywek..
Brawo!
P.S. Podajesz gotowe rozwiązania, a zapomniałeś podać numeru konta dla łebskich pracowników samorządowych? Teraz pozostaje czekać aż ktoś te pomysły podniesie i wzorowo spartoli. A frajerzy/ mieszkańcy zapłacą za brak efektów i koszty.