9 grzechów głównych wrocławskiej gastronomii


Długo zabierałem się do tego tekstu, ale w końcu jest. Sporo rzeczy musiałem porządnie przemyśleć, przeanalizować i sięgnąć głęboko do własnej pamięci. Ogólnie należę do osób, które starają się wrocławską gastronomię chwalić ile się da, motywować, bo faktycznie jest coraz lepiej. Jeśli jednak czytacie regularnie blog, wiece, że kiedy muszę zareagować ostrzej, to nie przebieram w środkach. Stąd właśnie poniższe zestawienie. Żeby nie osiąść na laurach, żeby się rozwijać, bo na rozwoju miejscowej gastronomii zależy każdemu z nas – właścicielom, klientom i osobom piszącym o niej.

Celowo odpuściłem sobie lub potraktowałem delikatnie takie punkty jak choćby obsługa, bo to problem stary jak świat, ale odnoszę wrażenie, że jest coraz lepiej w tym temacie, pomijając tylko fakt, że młodzi niezbyt chętnie garną się do pracy w gastronomii. Mimo wszystko odnoszę wrażenie, że proporcje złej obsługi do dobrej, idą zdecydowanie w stronę przewagi tej drugiej. Nie znalazło się miejsce także dla nieśmiertelnych rozmazów z sosu balsamicznego na talerzach oraz wymyślnych opakowań – słoików, koszyków, itp. Mam wrażenie, że to już także margines. No więc, startujemy!

Burgery, Panie, burgery. I lody na dokładkę, naturalne

wroclove-burger-mobile-1

Tytułowe burgery są tylko przyczynkiem do powstania tego podpunktu. To synonim braku pomysłu i oryginalności, ściągania od kogoś gotowych konceptów. Jest moda na burgery, róbmy burgery, no i lody naturalne, a najlepiej to jedno i drugie naraz, bo się sprzeda. Jak pokazuje jednak historia, na rynku najdłużej zostają Ci, którzy wprowadzają pewną innowacyjność, te miejsca, których właściciele cały czas obserwują rynek, doskonalą się i eliminują błędy. Nie zrozumiem, naprawdę, nigdy nie zrozumiem, że do tej pory ktoś wpada na pomysł wystartowania z nowym food truckiem z burgerami.

Dzieci napchamy frytkami, i nuggetsami

dzieci menu

Nieśmiertelny zestaw dziecięcy – krem z pomidorów, frytki oraz nuggetsy z frytkami. Ja rozumiem, że świadomość dużej części rodziców jest tak niska, że napchanie dziecka frytkami uznawane jest za normę. Ale do cholery – rola edukacyjna należy także do restauratorów! Wysilcie się trochę, porozmawiajcie z szefem kuchni, co by można przygotować dla tych dzieci. Żeby zgadzał się food cost, a dzieci nie jadły syfów. Wzorem, dotychczas niedoścignionym pod tym względem jest Dinette. Kucharze przygotują dla dziecka w określonej kwocie wszystko to, na co ma ochotę i mieści się w granicach rozsądku oraz tego, co znajduje się na kuchni. Ale nie są to frytki i nuggetsy. Drodzy właściciele, wychowujcie te dzieci, w końcu to przyszłe pokolenie Waszych klientów.

A na śniadanie zapraszamy od 11

Należę do osób traktujących sen jako zło konieczne. Wchodzę do łóżka grubo po północy, wstaję bardzo szybko, a zjedzenie śniadania ustawiam na szczycie listy codziennych priorytetów. Tyle tylko, że pierwszy posiłek jem w okolicach siódmej, kiedy 95% wrocławskich miejsc oferujących śniadania, jest jeszcze zamkniętych. Średnia godzina otwarcia „śniadaniowni” to 9.00, ale nierzadko śniadania podawane są od 10, a zdarzają się i perełki, zapraszające klientów na poranną jajecznicę o 11. Wtedy to jestem właśnie po drugim śniadaniu i powoli zaczynam zastanawiać się, dokąd wyskoczyć na obiad.

Pierożki, pizza, a na dokładkę burgerek

Jednym tchem mogę wymienić pięć, sześć restauracji z niemal identycznym menu we Wrocławiu. Carpaccio z gotowca na przystawkę, poliki wołowe , krem z pomidorów, polędwiczki w sosie kurkowym, szpagetii poloneze, a na dokładkę burgery i pizza. Zdarzają się też perełki z zestawem: burgery, pizza, kebab lub burgery, pizza, domowe obiady i lody naturalne. Potworki gastronomiczne, pokazujące totalny brak pomysłowości ich właścicieli, chęć dotarcia ze swoją ofertą najlepiej do wszystkich, a nie ma nic gorszego, jak nieumiejętność wyróżnienia się na tle konkurencji. Nie sztuką jest skopiować, sztuką jest zaproponować coś nowego i przekonać niezdecydowanych dobrym jedzeniem. A sloganu o tym, że jak coś jest do wszystkiego, to jest do niczego, powtarzać chyba nie muszę.

Bierz koncerniaka za ósemkę, nie dyskutuj

restaurant-296225_960_720

Jak pewnie wiecie, dość mocno wszedłem w temat piw rzemieślniczych, staram się go zgłębiać i poszerzać wiedzę, a wraz z tym procesem, zaczyna mnie wkurzać jedna rzecz. Jesteśmy zasypani restauracjami oferującymi piwa czeskie, niemieckie, belgijskie, no i oczywiście koncernowe. A bo koncern dorzuci parasole na ogród, może i lodówkę, a pewnie jeszcze podeśle szkło. Ale, ale, w samym Wrocławiu i najbliższej okolicy swoją siedzibę ma około dziesięciu browarów. Owszem, cena tych piw jest minimalnie wyższa, ale próbujmy promować lokalnych producentów i przedsiębiorców, zwłaszcza w gastronomii. Przyjeżdżając do Wrocławia fajnie byłoby się napić w rynkowych restauracjach piwa z Browaru Stu Mostów, Browaru Widawa czy Profesji, a nie koncernowego, pozbawionego smaku Tyskiego. Mało tego, czy naprawdę ludzie prowadzący restauracje na wysokim poziomie, a przynajmniej do tego poziomu aspirujące, nie rozumieją, że podawanie koncernowego piwa do super steka z argentyńskiej wołowiny ze sobą nie współgra? To tak, jakby to mięso usmażyć na well done i polać sosem amerykańskim z Fanexu.

Wpadnij do nas na lunch zagadkę

buddha-lounge-2-1

Na ten temat planowałem nawet poświęcić osobny wpis. Lunche, które w świadomości Polaków właściwie zastąpiły obiady (korpo je lancz, nie obiad), to bardzo wdzięczny temat do naśmiewania się. Lunche są na czasie, stały się popularne i każdy chce je jeść, a każda restauracja chce je serwować. Jest tylko jeden problem – przynajmniej połowa restauracji, chwalących się posiadaniem lunchu w ofercie, nie chwali się co to za lunch, kiedy można go zjeść, a przede wszystkim za ile. „Mamy lunche, wpadajcie!” – to klasyka facebookowych wpisów takich knajpek. Jak, gdzie, kiedy, za ile – a po co to komu. Są też tacy, którzy podają lunche o 12, a o 13.30 przypomną sobie, że warto by powiadomić o tym klienta, więc na FB wpada post z menu lunchowym. Niestety, kiedy w końcu dotrzesz, okazuje się, że pozycji numer 1,3 i 5 już nie ma. To naprawdę nie jest ciężka praca – zawsze o np. 10.00 wrzucić na FB post z aktualnym menu lunchowym i ceną. Gwarancja sukcesu.

Lokalna i sezonowa ściema

menu-sezonowe-czerwiec2016-110x210mm_1

W ostatnich czasach dobrze wdziane jest wpisanie sobie do charakterystyki restauracji lokalności oraz sezonowości. Swoje menu opieramy tylko na miejscowych składnikach, w dodatku kartę zmieniamy co dwa miesiące, kiedy tylko pojawiają się konkretne warzywa czy owoce. Owszem, kilka wrocławskich restauracji faktycznie trzyma się tych zasad, i chwała im za to. Niestety istnieje jeszcze większe grono knajpek, chcących się podpiąć pod trend i ślizgać się na tej w sumie bardzo fajnej modzie. W tym roku mieliśmy świetne przykłady, kiedy to w większości restauracji już w kwietniu pojawiły się lokalne truskawki, wprost z Maroka. To podobny casus do mrożonego dorsza podczas wakacji nad morzem. Co jak co, ale nie róbcie sobie z nas jaj drodzy Szefowie Kuchni, obecnie każdy ma dostęp do wykazu sezonowych warzyw i owoców.

Mam dzisiaj gorszy dzień, więc Cię nie obsłużę

Obsługa i jej poziom to temat rzeka. Chyba najbardziej wkurza opieszałość w działaniu i wieczny foch, mówiący o tym, że obsługująca nas Pani/Pan prawdopodobnie przyszli do pracy za karę. Na równi do szaleństwa doprowadza niewiedza kelnerów. Ich wyraz twarzy po usłyszeniu pytania o skład dania wskazuje na pełna pustkę i brak przygotowania, a to cholernie boli. Wybaczyć można wiele – oblanie kawą, pomyłkę przy wydawaniu dania czy nawet złe naliczenie rachunku, ale nigdy nie zaakceptuję opryskliwości, braku wiedzy czy, co gorsze, chęci oszukania. W przyzwoitych restauracjach większe problemy raczej nie występują, gorzej sprawa ma się w nowo otwartych knajplach i barach, gdzie panuje pełna samowolka.

Fejsbuki nie są dla nas

facebook kopia3

9 największych błędów popełnianych przez restauracje w social media opisałem w osobnym wpisie. Przyznam, że do prawdziwego szaleństwa doprowadzają mnie restauracje niedbające choćby o swojego Facebooka. Nie wymagam, żeby w pakiecie był FB, Instagram, Twitter, Snapchat i na dokładkę YouTube. Stary poczciwy Facebook, gdzie wrzucisz menu, adres, podasz godziny otwarcia i poinformujesz o ewentualnym lunchu. Tylko tyle, i nigdy nie trafią do mnie tłumaczenia o braku czasu. Hej, właścicielu, ogarnięcie jednego wpisu dziennie to jakieś 56 sekund roboty, w dodatku bez konieczności otwierania komputera.

BONUS

Nauczcie się robić pierogi ruskie!

Jestem totalnym psychofanem pierogów ruskich, jem je regularnie wszędzie, gdzie się da i tym bardziej jestem wyczulony na słabą jakość. Miejsc przygotowujących naprawdę dobre pierogi mógłbym naliczyć może pięć, ale to i tak trochę musiałbym naciągnąć. Cholera, proszę Was, zrozumcie – pierogi ruskie to nie tylko ziemniaki, choć wiem, że w niektórych domach takie się jada. Dodajcie twarogu, dodajcie soli i pieprzu, podsmażonej cebulki, i rozwałkujcie porządnie ciasto. Tak niewiele potrzeba, a tak niewielu potrafi to zrobić. Ruskie to najbanalniejsza potrawa, na której jak widać wykładają się regularnie nawet pierogarnie, które, przynajmniej w teorii, powinny mieć przepis opanowany w najmniejszych szczegółach.

Total 58 Votes
18

Tell us how can we improve this post?

+ = Verify Human or Spambot ?

Comments

comments