Folgujemy – pozwólcie sobie na chwilę przyjemności!


Na temat Folgujemy pierwszy raz usłyszałem co nieco przed końcem 2016 roku. Pomysł był podobno taki – bistro z jedzeniem i koszykami, które będzie można zabrać ze sobą do pobliskiego parku i ucztować na trawie. Stąd pełna nazwa Folgujemy, kuchnia na trawie. Ostatecznie koszyków nie ma, trawy raczej też nie, za to ostał się całkiem przyjemny, choć niewielki lokal z drewnianymi meblami oraz najbardziej mnie interesującą półką z książkami, której wyposażenie zrobiło na mnie – psychofanie książek kulinarnych – spore wrażenie, bo liczba i jakość tytułów działa na wyobraźnię. Na regale pojawiają się tytuły polskie i zagraniczne, nowe i stare, typowo przepisowe, jak i merytoryczne. Tak, chciałbym tu posiedzieć przy kawie i przeglądać te książki, których sam nie mam, całymi dniami.

Książki póki co odstawiam jednak na bok, bo liczba czekających na przeczytanie pozycji z moich pólek przyprawia o ból głowy. W sumie w Folgujemy wylądowałem trzykrotnie, za każdym razem dość przypadkowo, przejazdem, ale mając w głowie fakt, iż takie miejsce funkcjonuje od początku roku. Imponuje mi zestawienie menu, podzielonego na kilka podgrup – śniadanie słodkie i słone, pięć dań głównych w karcie, codziennie trzy dania lunchowe – zupa, mięsne i wege oraz ostatnia, najmniejsza, za to najbardziej społeczna forma, a więc piknik na ścianie. Ten ostatni składa się z dziewięciu małych przekąsek – 7 zł każda, z możliwością pofolgowania i urządzenia sobie faktycznie małego pikniku ze znajomymi. Wtedy zestaw wszystkich przystawek kosztuje 48 zł. Podczas moich wizyt udało mi się zahaczyć o każdy z tych elementów. 

Plus numer jeden – Folgujemy otwiera się o 7.30. O take wczesne śniadania walczyłem. Pięknie jest podjechać w drodze do pracy na aromatyczną, gorącą kawę i smaczne śniadanie. No więc podczas moich premierowych odwiedzin na Kniaziewicza wybrałem kawę oczywiście i wrap jajeczny (12 zł). Nie ma co ukrywać, że trafiłem idealnie. Zawinięty w tortillę omlet skrywał w sobie doskonale uwędzoną, charakterystyczną, słodkawą makrelę, sałatę, ser lutomierski i, uwaga, drobno skrojone habanero, które idealnie podkręciło smak. Jedynym mankamentem okazała się sama owsiana, lekko rozpadająca tortilla. Co do zestawienia smaków, bez uchybień, wręcz na duży plus, drugi już tego dnia.

Menu lunchowe rozpoczynam od spróbowania kremu z buraków i pomarańczy (7 zł). Imponuje mi to, że ktoś odszedł od banału jakim jest połączenie buraka i koziego sera na rzecz bardziej orzeźwiającej, pasującej do nadchodzącego lata wersji z pomarańczą . Zupa jest aksamitna, o nieco wyblakłym zabarwieniu, za to z doskonale zachowanym balansem pomiędzy słodyczą, wytrawnością i kwasowością, z przyjemnym, pojawiającym się w tle kremowym serze o bardzo delikatnej nucie wędzonej. Mało która zupa, w dodatku w takiej cenie, zaskoczyła mnie w ostatnim czasie tak pozytywnie. Sajgonki z serem lutomierskim (7 zł) to pozycja, którą broni smak sera – słony, a przy tym odpowiednio rozciągliwy. Forma podania nieco kuleje, a ciasto okalające ser właściwie pojawia się w ilościach śladowych.

Karta dań głównych to przekrój przez Włochy, Azję, Polskę, a także streetfoodową Amerykę. Wybieram wersję ostatnią, a więc domowy burger z pulled pork w wersji mniejszej (15 zł). Talerz który trafia do mnie po kilkunastu minutach, wygląda obłędnie, a problemy pojawiają się dopiero w momencie, kiedy chcemy zacząć. To jeden z tych burgerów czy też kanapek, jakich nie dałem zjeść rękami, bo połowa wkładu wypadła na stół już w trakcie pierwszego kontaktu z dłońmi. Ostatecznie jednak burger broni się – bułką i solidną porcją przyjemnie miękkiej, nieco słodkiej rwanej wieprzowiny w sosie BBQ. Do środka trafiła jeszcze surówka coleslaw z czerwonej kapusty oraz kilka plasterków podostrzającego atmosferę chili. Pewne zastrzeżenia mam także do głównego dania lunchowego, a najważniejsze z nich brzmi – dlaczego kurczak w panko okazał się być bez panko? Tego nie wie nikt, a co najlepsze, nie spytałem obsługi, bo dopiero w domu zorientowałem się, że wypisane na tablicy menu lunchowe trochę różni się od tego, co na pojawiło się na talerzu. Otóż otrzymałem faktycznie kurczak teriyaki w panko z makaronem ryżowym i kremem z batatów, ale bez panko. Sam sos z batatów stracił sporo wyrazistości po dodaniu mleczka kokosowego, za to zyskał podwójnie dzięki liściom kaffiru, które nadały ciekawego, azjatyckiego sznytu. Kurczak trafiony w punkt, soczysty i lekko podsmażony, ułożony na makaronie wzmocnionym jeszcze liśćmi szpinaku. 

Pomimo drobnych wpadek, doceniam, cholernie doceniam kierunek, w jakim zmierza kuchnia Folgujemy. Widać, że Szef Kuchni nie boi się eksperymentów, ma wyczucie do łączenia smaków, a przy tym korzysta z oryginalnych produktów. W dobrą stronę zmierza to niepozorne na pierwszy rzut oka bistro. Folgujemy, mocno trzymam kciuki!

Folgujemy

Kniaziewicza 16

FB

Total 19 Votes
1

Tell us how can we improve this post?

+ = Verify Human or Spambot ?

Comments

comments